Subskrybuj
Historyk, pracuje w Instytucie Historii UJ. Zajmuje się teorią pisarstwa historycznego i historią intelektualną. Autor książki Polityka pisarstwa historycznego (2015).

Logika rewolucji

Warto przyjrzeć się Solidarności jako rewolucji. Termin ten pozwala lepiej zrozumieć ruch społeczny jako zjawisko masowe, kierowane określonymi emocjami, rozrastające się zgodnie z charakterystyczną dynamiką. Umożliwia odniesienie tamtych wydarzeń do rozpoznanych mechanizmów rewolucji, np. postępującej radykalizacji postulatów i postaw.

W swojej najnowszej książce nazywa Pan wydarzenia lat 1980–1981 rewolucją. Wcześniej postąpili tak np. Timothy Garton Ash i Jadwiga Staniszkis. Dlaczego warto w ten sposób myśleć o Solidarności?

Nie tylko oni. O rewolucji już jesienią 1980 r. mówił Jacek Kuroń, który jest bardzo ważnym bohaterem mojej książki. W ten sposób rozumieli ją też inni. W pewnym sensie to oczywiste, że ruch Solidarności był rewolucją. Był bowiem masowym, bardzo daleko idącym zaangażowaniem milionów ludzi w zmianę istniejącego systemu. I w gruncie rzeczy ta zmiana nastąpiła. Nie obalono władzy, rządziła ta sama grupa osób, ale zmieniły się reguły ustroju politycznego. Partia utraciła kontrolę nad społeczeństwem, nie mogła podejmować decyzji w sposób dowolny, rozpadł się system nadzoru nad przepływem informacji. To była rewolucja, aczkolwiek samoograniczająca się z przyczyn geopolitycznych. Nie dokonała aktu, który jest ważny w rewolucji, czyli fizycznej zmiany władzy – ale zniszczyła ważne mechanizmy jej sprawowania.

Kuroń mówił w tamtym okresie o samoograniczającej się rewolucji. Najogólniej hasło to oznaczało, że ruch nie mógł całkowicie przejąć władzy w państwie ze względu na radziecką obecność w tej części Europy i groźbę interwencji. Jeżeli chciał przebudować społeczeństwo, zmienić system, musiał zachować tę czapkę pezetpeerowską, która wiązała je z Moskwą.

Kuroń używał terminu „rewolucja”, ale czy inni, zwykli uczestnicy ruchu uważali, że biorą udział w rewolucji?

Nie, oczywiście, że nie. Bardzo często ludzie, którzy uczestniczyli w rewolucji, nie wiedzieli, że brali w niej udział. Dopiero po latach okazuje się, że warto w ten sposób myśleć o określonych wydarzeniach. Solidarność natomiast w ramach samoograniczania uważała na język, jakim się posługiwała. W dyskusjach, na zebraniach słowo „rewolucja” było zakazane. Użycie go oznaczałoby przyznanie, że Solidarność była ruchem demontażu istniejących struktur, zamachu na władzę. Posługiwanie się nim byłoby równoznaczne z samooskarżeniem się. Poza tym ruch nie chciał używać języka ideologii komunizmu. Nikt nie chciał porównywać Solidarności z rewolucją październikową.

A jak rozumieli ruch przedstawiciele władzy?

Władza była uwięziona w gorsecie języka, którego używała. Nie mogła nazywać rewolucją ruchu wymierzonego w partię komunistyczną. Mogła mówić o kontrrewolucji, i mówiła. Dobitnym przykładem języka władzy była ówczesna wypowiedź Nicolae Ceaușescu, w której wzywał władze polskie, aby uruchomiły klasę robotniczą celem położenia kresu kontrrewolucji.

Czego dowiadujemy się o Solidarności, wpisując ją w historię ruchów rewolucyjnych, obok np. rewolucji francuskiej czy właśnie październikowej?

Myślę, że nie powinniśmy obawiać się tego słowa, a mam wrażenie, że trochę się go boimy. Warto przyjrzeć się Solidarności jako rewolucji. Termin ten pozwala lepiej zrozumieć ruch społeczny jako zjawisko masowe, kierowane określonymi emocjami, rozrastające się zgodnie z charakterystyczną dynamiką. Umożliwia odniesienie tamtych wydarzeń do rozpoznanych mechanizmów rewolucji, np. postępującej radykalizacji postulatów i postaw. Solidarność była ruchem napędzanym emocjami ludzi, ich coraz większym ośmielaniem się i wyobrażeniami innej rzeczywistości.

Patrząc z perspektywy ponad 30 lat, jakie są najważniejsze przyczyny zrywu Solidarności?

To bardzo skomplikowany problem. Można mówić o długotrwałych i bezpośrednich przyczynach tego zrywu. Długotrwałe sięgają początków PRL i wiążą się z takimi zjawiskami jak brak suwerenności państwa, narzucenie systemu politycznego, który uniemożliwia samoorganizację obywateli, wolną wymianę poglądów, obronę swoich interesów i budowanie tradycji. W ten sposób system blokował realizację bardzo istotnych ludzkich potrzeb: wolności wyrażania swoich myśli, dążeń, fascynacji, wiary religijnej. Potrzeby te co pewien czas wyrażały się buntem w wydarzeniach roku 1956, 1968, 1970, 1976. Nawet jeśli były to strajki ekonomiczne, jak w 1970 r., to nie sprowadzały się tylko do tego aspektu, gdyż w ich trakcie ujawniały się potrzeby, których spełnienie ten system uniemożliwiał, np. zrzeszania się robotników dla obrony własnych interesów.

A przyczyny bezpośrednie?

Po pierwsze, wybuch Solidarności poprzedzała zmiana pokoleniowa. W dorosłe życie weszli ludzie, którzy nie pamiętali ani wojny, ani stalinizmu, nie mieli więc zakodowanego strachu i poczucia, że władza wszystko może. Po drugie, w okresie gierkowskim społeczeństwo PRL mogło się zapoznać z zachodnią kulturą masową, płynącymi stamtąd wzorcami. Istniały większe możliwości wyjazdu za granicę, telewizja wyświetlała filmy i seriale przedstawiające inną rzeczywistość, w której wolni ludzie żyli w lepszych warunkach materialnych. Te doświadczenia budowały pragnienie zmiany. Po trzecie, była to kwestia lepszego wykształcenia młodych robotników. Coraz większa ich liczba kończyła technika. To byli bardzo światli ludzie. Osoby z elity robotniczej Solidarności były równorzędnymi partnerami uczestniczących w ruchu studentów i absolwentów uczelni. W życiu towarzyskim, w dyskusji, w działaniu politycznym byli to otwarci, rozważni i mądrzy ludzie.

Następnie czwarta przyczyna to istnienie opozycji demokratycznej, która angażowała intelektualistów wokół kwestii politycznych. Wytwarzała język, który pozwalał mówić o problemach społecznych, gospodarczych i politycznych w sposób inny, niż robiła to władza. Odbudowała możliwość opisywania rzeczywistości i porozumiewania się, a więc i zgłaszania roszczeń, potrzeb i tego, co się ludziom nie podoba. Wreszcie, po piąte, ważną rolę odegrał wybór Jana Pawła II i jego pielgrzymka do Polski, które bardzo dowartościowały i ośmieliły społeczeństwo. Ludzie stali się odważniejsi. Podczas pielgrzymki papieża przetestowana została organizacja działań społecznych w masowym wymiarze. Uczestnictwo w wielkich mszach, w straży kościelnej uświadomiło ludziom coś, co wydawało się wówczas niemożliwe – miliony ludzi mogły się zgromadzić, w sposób odpowiedzialny i z poczuciem ogromnej siły coś od siebie powiedzieć. Władza zaś nie była nam do niczego potrzebna. To był zaskakujący fenomen samoorganizacji.

Moim zdaniem to były najważniejsze czynniki, które zadecydowały o wybuchu Solidarności. Kluczową przyczyną rewolucji był jednak stan gospodarki PRL. Olbrzymim błędem często popełnianym przy omawianiu historii Solidarności jest nieuwzględnianie kryzysu gospodarczego. Według mnie nie można zrozumieć tych wydarzeń, jeżeli nie pamięta się o ich kontekście ekonomicznym. Nie byłoby rewolucji, gdyby nie kryzys. Alexis de Tocqueville opisał ten mechanizm na przykładzie rewolucji francuskiej: bunt pojawia się w momencie, gdy pogarsza się standard życia społeczeństwa, któremu jeszcze niedawno poprawiała się egzystencja. W epoce Gierka sytuacja materialna dużej części społeczeństwa poprawiła się, aby pod koniec lat 70. ulec załamaniu na skutek głębokiego kryzysu.

Polska dzieliła losy krajów „drugiego świata”. Dlaczego okazała się najsłabszym w tym czasie ogniwem bloku wschodniego?

Polska zawsze była najsłabszym ogniwem bloku wschodniego, z kilku powodów. Warto cofnąć się do 1945 r. Poza Czechami Polska była jedynym krajem satelickim, który w czasie II wojny światowej walczył po właściwej stronie. Partia miała więc problem ze stworzeniem narracji historycznej, która uprawomocniałaby przejęcie przez nią po wojnie władzy. Okres poprzedzający nowy reżim nie budził poczucia wstydu, a przeciwnie – dumę narodową związaną z tradycją niekomunistyczną.

Była też jedynym państwem, w którym istniały silne ośrodki wychowawcze tworzone przez Kościół. W innych krajach nie było tak silnych organizacji alternatywnych wobec struktur państwowych. Istniała też mocna, w dużym stopniu niezależna od władzy kultura intelektualna.

Kolejne bunty społeczne wobec władzy oddziaływały jako momenty wypracowywania form organizacji i sprzeciwu. Ważnym czynnikiem było też powstanie w 1976 r. zorganizowanej opozycji, która podjęła uporządkowane działania polityczne. Uczyła niezależnego od władzy myślenia i działania. Budowała inną narrację i pamięć historyczną niż ta biegnąca od jednego do drugiego plenum, od jednego do drugiego zjazdu partii rządzącej.

Wielokrotnie powtarzano, że historia PRL to trwający długie lata proces dezintegracji społecznej. Pan zaś, przywołując stanowisko wielu innych badaczy, twierdzi, że jedną z przyczyn wyłonienia się ruchu Solidarności było wykształcenie się w polskim społeczeństwie dużej grupy ludzi gotowych zaangażować się we wspólne działanie i ponieść pewne ryzyko na rzecz ulepszenia rzeczywistości, w której żyją. Czy te twierdzenia nie są ze sobą sprzeczne?

System akceptował ten rodzaj integracji, którą mógł wyreżyserować i prowadzić, jednym słowem, nad którą mógł sprawować kontrolę. Przygotowywał i promował pochody pierwszomajowe, uroczyste święta, imprezy sportowe, określone formy prac społecznych, np. czyn partyjny. Sprzyjał przedsięwzięciom integracji dużych grup, ale tylko gdy sam je organizował i definiował za pomocą własnego języka.

Natomiast władza była przeciwna wspólnemu działaniu, samoorganizacji czy porozumieniom społecznym, których nie kontrolowała. Blokowała je lub próbowała przejąć pod swój nadzór. To działalność opozycji demokratycznej umożliwiała integrację grup, środowisk poza kontrolą władzy i przeciw niej. Bez tego rodzaju działań jednoczących ludzi wokół określonych spraw nie byłoby Solidarności, jaką znamy.

W książce opisuję strajk w Stoczni Gdańskiej zorganizowany przez grupę ludzi, którzy się znali i mieli do siebie zaufanie. Na początku to było kilkanaście, może kilkadziesiąt osób, które potrafiły współpracować, nabrały odwagi w starciach z reżimem, oswoiły się z represjami i mogły razem coś zrobić. Grupa hierarchizowała się, wyłonili się przywódcy, którzy zdobyli poparcie tysięcy zwykłych robotników stoczni. Tym, co uczyniło z Solidarności akt niespotykany, była skala samoorganizacji obejmującej miliony ludzi w wielu regionach. W niej wytworzyło się poczucie uczestniczenia razem w jednym wspólnym ruchu, z jednym przywódcą – Lechem Wałęsą.

O losach niektórych rewolucji zadecydowało poparcie wsi. Jak było w przypadku Solidarności? Z jednej strony bowiem część ruchu stanowiła Solidarność RI, z drugiej, co zaznacza Pan w książce, wsparcie wsi dla ruchu mogło być większe.

To jest bardzo delikatnie postawione pytanie. W swojej książce stawiam sprawę dużo ostrzej. Uważam, że wieś w nikłym stopniu poparła Solidarność. Samoorganizacja na wsi była bardzo płytka i krótkotrwała. Być może to zadecydowało o klęsce ruchu.

Wieś w gruncie rzeczy organizowała się pomiędzy styczniem a majem 1981 r. W kolejnych miesiącach nastąpiło rozprężenie struktur Solidarności Wiejskiej i 13 grudnia ten rozkład był już bardzo głęboki. Pojawiły się silne spory wewnętrzne, brakowało spójnego programu działania i istotnych akcji protestacyjnych. Ruch wiejski nie potrafił wypracować spójnej, długofalowej formuły działania i współdziałania z Solidarnością. Nie umiał zapanować nad chłopskim egoizmem. Postawa chłopów była jedną z głównych przyczyn tego, że wszystko się zawaliło. Była jednym z powodów rozpadu rynku wewnętrznego postępującego już w sposób gwałtowny od połowy roku 1981. Chłopi nie chcieli sprzedawać do miast żywności po cenach, które ich nie zadowalały, czekali na jeszcze wyższe ceny skupu. W miastach pojawiło się widmo głodu, brakowało zaopatrzenia na pokrycie kartek. Ani władza, ani Solidarność nie mogły ich nakłonić do współpracy. Moja ocena postawy chłopów czy wsi w okresie Solidarności jest bardzo krytyczna.

W Solidarności fundamentalną rolę odegrały środowiska katolików świeckich, przede wszystkim KIK-u, z którym Pan był i jest związany. Jak wyglądała wówczas relacja między władzami kościelnymi a grupą ekspertów związanych z KIK-iem?

To był czas, w którym te stosunki układały się bardzo dobrze. Zarazem jednak KIK nie był przedłużeniem hierarchii kościelnej i Kościół do pewnych osób miał większe, a do innych mniejsze zaufanie. Można to zaobserwować w procesie – omawianym przeze mnie w książce – powoływania przez kard. Wyszyńskiego pod koniec sierpnia 1980 r. grupy rezerwowych doradców, która miała służyć strajkującym. Jedną z tych osób był Andrzej Święcicki, prezes Klubu, który ściśle współpracował z kardynałem, tymczasem inni członkowie KIK-u, z Tadeuszem Mazowieckim na czele, uczestniczyli już w strajku, Mazowiecki w tym czasie finalizował negocjacje o utworzenie niezależnego Związku. Nie oznacza to, że do tych drugich kardynał nie miał zaufania. Właśnie Mazowiecki podczas wielkiego kryzysu w marcu 1981 r. zorganizował spotkanie delegacji Solidarności z prymasem.

Dysponujemy zapisami uwag prymasa z tego okresu, z których wynika, że obawiał się zbyt daleko idących kontaktów Solidarności z Zachodem. Kościół bał się interwencji, ale też oceniał, że na Zachodzie mieliśmy do czynienia z siłami politycznymi, którym interwencja lub duże niepokoje w Polsce mogą być na rękę, gdyż osłabiają ZSRR. Dlatego też po Sierpniu prymas niechętnie odnosił się do KOR-u, w tym Kuronia, gdyż był przekonany, że KOR ma powiązania ze zdecydowanie antyradzieckimi nurtami zachodniej polityki i w związku z tym będzie dążyć do zaostrzenia sytuacji.

Sytuacja Kościoła w okresie Solidarności jest o tyle skomplikowana, że w latach 70. w relacjach władza–Kościół wypracowano konsensus, który uwzględniał interesy obydwu stron. Kościół obawiał się więc naruszania status quo, a do tego dążyła Solidarność. Zacznę od pierwszego elementu tej relacji, czyli dość zróżnicowanego wówczas środowiska władzy. Współtworzyły go różne grupy. Był beton, który uważał, że Solidarność należy zdławić siłą i jest tylko kwestią czasu, kiedy to się stanie, ale byli też tacy, którzy myśleli o włączeniu Solidarności w struktury systemu. Ci drudzy liczyli na rozbicie Związku, stworzenie kilku organizacji i rozgrywanie sporów między nimi, oswajanie ich, osłabianie. Sądzili, że wobec Związku należy stosować strategię negocjacji i manipulacji, a nie przemocy. Tę linię reprezentował Stanisław Kania. W jej ramach chciano, aby Kościół współuczestniczył w oswajaniu Solidarności i wpływał na Związek, schładzając gorące głowy. Ta część aparatu partyjnego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobrazić sobie Boga dzisiaj