Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta thinkzina Nowa Konfederacja; pisze dla Polskiego Radia 24, TVP.INFO, „Gazety Polskiej", kwartalnika „Fronda LUX" i tygodnika opinii TYGODNIK.TVP.

Rzecz o smutnych sowizdrzałach

Tuwim, Gałczyński – poeci naznaczeni historią, przeciwnicy i dobrzy znajomi. Dwaj ludzie oddani słowom, wierszom, które wzbogaciły polską kulturę, a jednocześnie słabi mężczyźni zagubieni w politycznych i ideowych zmaganiach swoich czasów. Wirtuozi poetyckich fraz, choć także najemnicy wiernopoddańczych słów i wyrobnicy słabych rymów. Ich twarze, za sprawą biografii pióra Anny Arno i Mariusza Urbanka, znów rozjaśnił płomyk pamięci.

Warto na wstępie zaznaczyć istotną i widoczną różnicę decydującą o odmienności tych dwóch (typów) biografii. Tuwim. Wylękniony bluźnierca pióra wrocławskiego autora w większym stopniu nasycony jest treściami ukazującymi polityczne / ideowe tło epoki. Gdy rozmawiałem z Urbankiem w 2012 r., po ukazaniu się książki Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka, tak opisywał swoją pracę: „to ballada, reportaż z historii, esej. (…) Wolę pokazywać, jak polityka współkształtuje, czasem wynosi, a czasem łamie ludzi, którzy miotają się, próbując znaleźć dla siebie miejsce”. Tymczasem Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta Anny Arno jest nie tylko w większym stopniu pracą popularnonaukową. Znaczniejszy jest w tej publikacji także ładunek analizy krytycznoliterackiej, jednak kosztem żywiołu historii, który choć z konieczności obecny, schodzi na plan dalszy. Nie ukrywam, że bliższa mi jest (z racji własnych pasji) pierwsza metoda, ale i druga ma zapewne swoich zwolenników nie tylko w kręgach zawodowych polonistek.

Koleje losu Tuwima i Gałczyńskiego zbiegały się niejednokrotnie. Obraz ich znajomości staje się bardziej wyrazisty przez podwójne naświetlenie: dokonane zarówno przez Urbanka, jak i przez Arno. Przeciwnicy i przyjaciele, poetyccy konkurenci, których po wojnie pojednał nowy, wspólny, bardzo wymagający mecenas – Polska Ludowa. Ale zanim to się stało, nim starszy poeta stanął nad trumną młodszego, by umrzeć niedługo po nim, wiele się wydarzyło.

Poetyckie nimby

Tuwim urodził się w Łodzi, w domu zasymilowanej żydowskiej rodziny, w 1894 r. Fabryczne, niemiecko- -rosyjsko-żydowskie miasto było pierwszym światem, który poznał i z którym przez wiele lat nie mógł się pogodzić, także ze względu na poczucie obcości wobec łódzkich Żydów. Pisał o nich bez taryfy ulgowej: „Czarni, chytrzy, brodaci / Z obłąkanymi oczyma, / W których jest wieczny lęk, (…) / którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna, / Bo żyją wszędy, / Tragiczni, nerwowi ludzie, / Przybłędy”. On sam szukał dla siebie własnego miejsca – stała się nim polszczyzna, a sposobem wejścia w jej dziedzinę – poezja. Młody Tuwim debiutował wierszem na łamach „Kuriera Warszawskiego” w grudniu 1912 r. Sześć lat później, gdy już zawitał do stolicy, za sprawą – uznanego za skandaliczny – wiersza Wiosna przebojem wdarł się do wyobraźni czytelników. Nastały czasy Kawiarni Poetów „Pod Picadorem”, a chwilę później „Skamandra” i kawiarni „Mała Ziemiańska”.

A zatem: sława dla wciąż młodego, skandalizującego artysty, który nie stronił od przyjaźni z ludźmi władzy i zarabiania pieniędzy w ówczesnym show-biznesie. Poetyckie nimby, przywileje wynikające ze znajomości z byłymi legionowymi pułkownikami, popularność rozchwytywanego tekściarza. Oraz ich długi, z roku na rok coraz dłuższy cień, czyli otwarta wojna z endecką prasą, z polemistami, którzy nie stronili od antyżydowskich wycieczek. Jarosław Iwaszkiewicz stwierdził później: „Począł wszystkie sprawy oglądać pod tym kątem. Sprawa antysemityzmu niechybnie spowodowała pewne skrzywienie jego psychiki. Myślał ciągle o tym”.

W grę wchodziły nie tylko stronice prasy zapełnione mniej lub bardziej wyrafinowanymi obelgami pod adresem poety. Dla Tuwima nigdy nie znalazło się miejsce w Polskiej Akademii Literatury, instytucji gromadzącej najbardziej uznane w tej dziedzinie nazwiska II Rzeczypospolitej. Miało na to wpływ jego pochodzenie, a także to, że się go wówczas mocno wyrzekał. Dramaturg Karol Hubert Rostworowski, który zdecydowanie występował przeciw przyjęciu artysty do PAL, stwierdzał: „Nie lubię pół Żydów, pół Polaków. Tacy szkodzą i Żydom, i Polakom. Nie znoszę asymilatorów wstydzących się swego narodu”. Urbanek zwraca uwagę, że „piszący w jidisz, Tuwim nie przeszkadzałby nikomu, bo wtedy zarzut obcości znalazłby pełne uzasadnienie i łatwo byłoby odmówić mu miejsca w PAL. Ponieważ jednak nie zgadzał się na zamknięcie w getcie, pisarze o mniejszym talencie starali się zdyskredytować go inaczej”.

Księżyc i alkohol

Można zaryzykować tezę, że Gałczyński, młodszy o nieco ponad dziesięć lat od Tuwima, miał pecha. Niełaska późniejszego urodzenia sprawiła, że gdy debiutował, najlepsze miejsca przy stolikach warszawskich literatów były już zajęte. Skamandryci mieli i talent, i znajomości. Gwiazda Tuwima świeciła jasno, a i kieszeń nie była pusta. A Gałczyński, związany z „Kwadrygą”? Biografia pokazuje jego młode lata jako warszawskie biedowanie utalentowanego poety z wielkimi ambicjami, ale stale bez grosza przy duszy. Niepewne było życie niesubordynowanego szaławiły, który na własne życzenie tracił posadę za posadą, nawet tak intratną jak ta w polskim Konsulacie Generalnym w Berlinie.

A choć w 1929 r. los zetknął go z Natalią, którą związał w poezji z miłością i obrazem spokojnego, małżeńskiego domu, to przecież wciąż szedł przez życie jak lunatyk. Księżyc był zresztą dla niego ważny. Księżyc i alkohol. Nieustanną zaś niepewność kruchych zarobków odmalował w wierszu: „A kiedy będę bezrobotny, / moja maleńka śpiewna żono, / włożysz kapelusz swój niemodny / i suknię starą, poplamioną”.

Zimą 1933 r. Gałczyński zawędrował za chlebem do Wilna. Młodsi koledzy po piórze przywitali go z otwartymi rękoma. Arno stwierdza: „parę lat starszy od żagarystów stał się nieomal ich guru”. Zaczął pracę w wileńskiej filii Polskiego Radia, wraz z Teodorem Bujnickim stworzyli dobraną parę twórców w służbie radiowej muzy. Poeta wciąż szukał jednak swojego miejsca: niespokojny duch tęsknił za stałością. Bo to nie tylko pieniądze, których wciąż brakowało, popchnęły go ku „Prosto z Mostu”, założonego w 1936 r. przez Stanisława Piaseckiego pisma, które w szybkim czasie stało się literacką tubą dla endeckich i antysemickich treści. Co chciał znaleźć? Chyba patos służby sprawom wielkim, choć tak wiele było w nim z szarlatana.

Pierwsze potyczki Tak pojawia się nowy wątek: Gałczyński kontra Tuwim, Tuwim kontra Gałczyński. Poeci znali się już wcześniej, ustosunkowany skamandryta kilkukrotnie ratował Konstantego Ildefonsa z tarapatów, patronował jego poetyckiej pracy. Młodszy autor odwdzięczał się deklaracjami przyjaźni i listami, do których dołączał bratki. Ale pisał też w jednej z dedykacji: „którego kocham, którego nienawidzę, którego się boję, z którym jest mi najlepiej”. Ujmijmy rzecz w formule paradoksalnej: ambiwalencja uczuć i postaw były dlań stałą. Pierwsze potyczki toczyli w szrankach wierszy. Ale najmocniejszy cios zadał Gałczyński prozą. W maju 1936 r. opublikował w piśmie Piaseckiego swoiste „wyznanie wiary”, które równocześnie było (nie tylko) literacką anatemą: artykuł Do Przyjaciół z „Prosto z Mostu”. Co wyznawał? Wiarę katolicko-narodowo- -poetycką: „Poezja jest nabożeństwem nieustraszonych, gdzie się trzeba modlić z gołą głową”. Tego misterium nie mogą pojąć czciciele „koszernego księżyca”. Ich poezję wyklął: „to tylko słowa i talmudyczny, kabalistyczny kult słowa, straszącej izraelickiej abstrakcji”. Atakował środowisko „Wiadomości Literackich”, skamandrytów, „obwąchiwaczy obopólnych machlojek”. Arno komentuje bezlitośnie: „poeta, który zasłynął jako uparty negocjator honorariów, tutaj stwierdza, że pogardza pieniądzem oraz »wyszachrowaną po gudłajsku« sławą”. Jednak z perspektywy czasu chyba największą ówczesną hańbą Gałczyńskiego było zagrożenie skamandrytom poetycką „nocą długich noży”, kilka lat po tej hitlerowskiej, krwawo-prozaicznej. Urbanek szczegółowo przedstawia kulisy tej historii z perspektywy Tuwima. Początkowo zamierzał on opublikować mocną ripostę na łamach „Wiadomości Literackich”: Humorystyczniak o K. Ild. Gałczyńskim – Smorgoński Savonarola. Ale zwyciężyła słabość do młodszego kolegi. Artykuł nie został opublikowany, długo uważano go za zaginiony, aż odnalazł się w zbiorach poloników Tomasza Niewodniczańskiego z Bitburga. Ukazał się drukiem dopiero w 1999 r. w zbiorze Utwory nieznane. Zagniewany poeta nie szczędził swojemu (nie)przyjacielowi ostrych…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Praca