Pierwszy tom dzienników Agnieszki Osieckiej to dopiero przedsmak tego, czego możemy się spodziewać. Osiecka, której sugestywna legenda trwa do dzisiaj, nie jest postacią „historyczną” w sensie, jaki zazwyczaj nadajemy temu określeniu: nie wypowiadała wojen, nie sprawowała funkcji politycznych (poza działalnością „agitacyjno-propagandową” i sekretarzowaniem w kole ZMP, skąd została wyrzucona za niepoważną postawę po śmierci Stalina). Tworzyła jednak historię – i to nie tylko w tym sensie, w jakim tworzy ją każdy człowiek swoimi życiem, czyli „małą historią” (na podobieństwo „małej ojczyzny”). Osiecka wpłynęła zarówno na to, jak odbierano rzeczywistość w czasach PRL, jak też i na to, jak patrzymy na tamte lata z dzisiejszej perspektywy. Niejednokrotnie postrzegamy czas Polski Ludowej przez pryzmat jej Okularników. Piosenki Osieckiej, których napisała podobno 2 tys. (czy to prawda?…), mają niepowtarzalny klimat. Można w nich odnaleźć empatyczną wizję ludzi mieszkających w konkretnym miejscu i czasie, wiernych tradycji i pewnym zobowiązaniom: klasycznej polskiej inteligencji. To o ich problemach mówią Okularnicy („Potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące”).
Źródło do dziejów PRL
Ale Osiecka to przecież także autorka Zielono mi do muzyki Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Małgośki i Sing Sing śpiewanych przez Marylę Rodowicz czy… Ballady o pancernych (piosenki tytułowej z serialu Czterej pancerni i pies, często, np. w latach 80., wykorzystywanego propagandowo). Sama także była postacią nie pasującą do szablonu, wymykającą się jakimkolwiek przyporządkowaniom. Była blisko związana z Markiem Hłaską, później z Jeremim Przyborą, z Danielem Passentem, jednak nazwanie jej „kobiecym Don Juanem Polski Ludowej” byłoby krzywdzące, ukazywałoby tylko jeden wymiar biografii, w dodatku nie w pełni. Niewątpliwie była niezwykła – zafascynowała nawet Jerzego Giedroycia, redaktora paryskiej „Kultury”. Pierwszy tom dzienników Osieckiej zapowiada niesamowite źródło do dziejów PRL – nie w sensie nowej wiedzy o faktach politycznych i decyzjach z najwyższych szczebli, ale dzięki temu, że mamy szansę przyjrzeć się czemuś może istotniejszemu: codziennemu życiu niektórych środowisk warszawskiej inteligencji. To dosyć specyficzna warstwa – w pewnym sensie uprzywilejowana. Mimo wszystko łatwiej było żyć w PRL inteligentowi w Warszawie niż w małym miasteczku czy nawet mieście wojewódzkim (przypomnijmy sobie teksty z „Po Prostu” o klubie inteligencji z Brzozowa czy problemy wydawnicze pisma kulturalnego „Kamena” reprezentującego tzw. ścianę wschodnią). Inteligencja warszawska miała bliżej do centrum, także do centrum władzy. Chodzi tu nie tyle o realny wpływ, ile o związki towarzysko- -środowiskowe; Warszawa Polski Ludowej była małym miastem, informacje – często zniekształcone do niesprawdzalnych plotek – krążyły w dość ograniczonym gronie, co w przypadku szczególnie burzliwych historii może przypominać parę buzującą pod przykrywką kotła. Kto mógł mieć lepszy dostęp do informacji niż Osiecka, prowadząca bardzo bogate życie towarzyskie?… Przypomnijmy sobie dziennik Tyrmanda z roku 1954. Co o Warszawie tych lat pisze Osiecka?
Właśnie pokazanie ówczesnego obiegu informacji, wzajemnych relacji, które miały ze sobą elita władzy i środowisko dziennikarsko-artystyczne (czasem będące przedłużeniem elity, czyli tzw. warszawką, często też jednak na uboczu czy wręcz opozycyjne – bywało zresztą, że postawy tych samych osób w różnych okresach PRL ulegały zmianie), to wielka obietnica, jaka wiąże się z wydaniem tych dzienników. Za decyzję o ich publikacji trzeba być wdzięcznym zarówno spadkobierczyni, Agacie Passent (tym bardziej że zgodziła się na ich integralne – pozbawione opuszczeń – wydanie), jak też edytorce Karolinie Felberg oraz wydawnictwu Prószyński i S-ka.
„W cieniu zakwitających dziewcząt” Na realizację tej…