Nie inaczej sprawy się mają w diariuszu autora Trylogii nowojorskiej, który jest zapisem wkraczania w „zimę życia”. Jednak praca pamięci, odzyskiwanie minionego we wspomnieniu, restytucja czasu przeszłego odbywa się w Dzienniku… głównie poprzez ciało. To ono jest w zapiskach amerykańskiego pisarza najsilniejszym znakiem rozwarstwienia „ja” i najczulszym instrumentem egzystencjalnym.
Bohater i narrator najnowszej książki Austera ma sześćdziesiąt cztery lata i, jak powiada, nosi w sobie jakąś skazę czy ranę, która każe mu „przez całe swoje dorosłe życie krwawić słowami po papierze”. Już w tym zdaniu, które pada na samym początku narracji nowojorskiego pisarza, widać splot cielesności i dyskursu, wzajemną zależność pracy wspominania od czystej fizjologii. Opowieść o swoim życiu rozpoczyna jednak Auster od gestu separatystycznego, sięgając po narrację drugoosobową, wprowadzającą obiektywizujące rozsunięcie, które pozwala z dystansu spojrzeć na przeszłość. Albo raczej pozwalałoby, gdyby nie pamięć ciała – koleje życia, odciśnięte w bliznach, pogruchotanych kręgach szyjnych, ciętych ranach głowy, chronicznych problemach z rogówką czy złamanym lewym ramieniem. Ale także w smaku lodów, płatków śniadaniowych, hamburgerów, soków owocowych, zup Campbella, francuskich tostów z syropem klonowym, ziemniaków w każdej postaci i tysiąca innych (nie tylko, powiedzmy, kulinarnych) doznań zmysłowych. W Dzienniku… Austera rzeczywistość jest w pierwszej kolejności obszarem doświadczenia sensualnego, biologicznego, granicznie – by tak rzec – dotykalnego. Kluczowe momenty życia narratora zawsze związane są ze skrajnymi reakcjami somatycznymi – od wyjazdu za granicę, przez liczne przeprowadzki, po śmierć matki (wydarzenie, któremu autor Człowieka w ciemności poświęca z pewnością najwięcej miejsca), każda ważna sytuacja ma swoje fizyczne reperkusje. Dlatego Paul Auster przypomina za Rolandem Barthes’em, że nie ma jednego ciała, lecz jego wiele (zaplątanych w najróżniejsze funkcje) modalności. Jest więc ciało emocjonalne, które nie potrafi sfunkcjonalizować śmierci matki, jest ciało zmysłowe, które doznaje bólu licznych urazów, ale i nie mniej licznych spazmów rozkoszy, jest ciało społeczne, uwikłane w relacje (na przykład) damsko-męskie, czy rodzinne, jest wreszcie ciało fizjologiczne, siedzące na klozetach, przeżuwające pokarm, trujące się dymem papierosów. Wszystkie te „warianty” nieustannie się przenikają, bo przecież wizyta w domu publicznym jest równocześnie rozkoszą i upokorzeniem, a dym papierosowy zabija, ale i ewokuje najczystszej nuty tęsknotę („jednak za niczym tak nie tęsknisz, jak za…