1. – Nie masz domu, tylko obozowiska, Orbitowski – mówi mój przyjaciel. Siedzimy w warszawskiej Charlotcie, na placu Zbawiciela, pod tęczą czekającą na spalenie. Z własnej woli bym tutaj nie przyszedł. Kobiety są za chude. Mężczyźni mają nazbyt wyszukane tatuaże, ale mój przyjaciel lubi to miejsce, no i ma dom.
Jego dom stoi na wsi, zwrócony do niej ślepą ścianą bez okna, za to otwarty na łąkę, po której w pasmach porannej mgły gonią się stada saren. Wnętrze przypomina mi koszary: długi korytarz z pokojami po obu stronach wiedzie do salonu, gdzie ekran, projektor, wieża, co gra jak marzenie, i drewniane belki ciągnące się pod sufitem. Dom zaprojektowała żona mojego przyjaciela. W jego bryle zaklęta jest miłość.
Siedzimy w Charlotcie i pijemy szampana. Jest jedenasta przed południem, więc chyba powinniśmy poprzestać na kawie. Zezuję w stronę czarnej walizki ustawionej przy schodach do toalety. Nie bardzo było co z nią zrobić, każdy kawałek podłogi przeznaczono tutaj na stoliki. Niedługo pociągnę tę walizkę do taksówki jak upośledzonego brata. Miesięczny pobyt w Polsce dobiegł końca.
Mieszkam w Kopenhadze, gdzie pracuje moja dziewczyna. W Warszawie mam przyjaciół i interesy, w Krakowie rodziców i przyjaciół, w maleńkim miasteczku pod Wrocławiem żyje mój syn z mamą i nową rodziną. Miasteczko to nazwałem Rykusmyku.
Miesiąc temu przyleciałem z Kopenhagi do Warszawy, gdzie spędziłem dwa dni tak miło, jak potrafiłem. Autobusem pojechałem do Wrocławia. Stamtąd, innym autobusem, przebyłem dwadzieścia kilometrów do Oławy. Tam mój druh dentysta wyrwał mi zęba, nakarmił, napoił i ułożył do snu. Rano wróciłem do Wrocławia, na dworcu rozdałem większość papierosów, złapałem busa do Rykusmyku, gdzie już czekał mój syn. Do walizki dołączyła jego torba. Busem wróciliśmy do Wrocławia, skąd odchodził transport do Krakowa, do dziadków. Tam spędziłem trzy tygodnie, okazjonalnie wypuszczając się do Warszawy, Zagłębia i na Śląsk. Potem musiałem odwieźć Julka z powrotem do mamy. Kraków, Wrocław, Rykusmyku, Oława, Warszawa, Kopenhaga i chwila oddechu. Tę trasę powtarzam co dwa miesiące.
2. Jestem już u siebie. Za oknem rozciąga się ceglana symetria Kopenhagi, zakłócona tylko przez żółte ramię żurawia zawieszone nad rozbudowywanym centrum handlowym. Drzewo puka mi w okno, pastor wali w dzwony, na kanapie śpi kot. Piszę te słowa, mając z jednej strony torbę na ramię, z drugiej, walizkę, tę samą, którą wczoraj zabrałem z Charlotty. Przystępuję do pierwszej w historii – mam nadzieję – próby literackiego rozpakowania klamotów po miesięcznej podróży.
Z torby wydobywam trzy fiolki po płynie do e-papierosa, pudełko na szkła kontaktowe, przenośną ładowarkę i dwa różne laptopy, jeden z zasilaczem, a drugi bez. Mógłbym opowiedzieć ze szczegółami, dlaczego ten jeden raz zabrałem ze sobą dwa komputery, ale nie chcę tego robić. Opowieść byłaby zawiła, nudna i wiązałaby się z procedurą gwarancyjną firmy Sony. Laptopy włożyłem do podręcznego, żeby mi ich nie ukradli.
Otwieram walizkę. Wyjmuję DVD z filmem Dziewczyna z szafy, ofiarowanym mi przez producentkę tego majstersztyku, spodnie dresowe, pięć par bokserek, kilka skarpetek (każda nie do pary), dwa podkoszulki z krótkim i jeden z długim rękawem, dalej dwie koszule (wizytową i w kratę), dżinsową kamizelkę, pastę do zębów, zasilacz do laptopa i dezodorant. Przychodzi kolej na książki: W oblężeniu Barbary Demic, Zawsze jest dzisiaj Michała Cichego, South Africa Folk Tales (reprint XIX-wiecznej broszury autorstwa Jamesa Honneya), Pątników z macierzyny Mariana Pankowskiego, kazania Mistrza Eckharta i Sto dni bez słońca Wita Szostaka. Tę ostatnią czytałem jeszcze w pliku, przed wydaniem. Pozostałych nawet nie otworzyłem. Również czytnik e-booków nie opuścił kieszonki, do której włożyłem go miesiąc temu. Na dnie walizki leżą dwa notatniki (pierwszy zapisany niemal do ostatniej strony, drugi nowiutki), zewnętrzna karta dźwiękowa (wyprana, ale działa) oraz dwadzieścia pięć płyt kompaktowych.
Książki i płyty kupiłem. W macierzystym obozowisku będę czytał książki i słuchał muzyki.
Komputera potrzebuję do pracy. Czytnik i notatniki zabrałem, kierując się przesadnym optymizmem.
Przeznaczenie bielizny jest jasne. Spodnie dresowe wyznaczają szczyt komfortu, na który śmiem sobie pozwolić. Koszulę, jeśli jakimś cudem okaże się potrzebna, wyprasuję w którymś z obozowisk pomniejszych albo w pokoju hotelowym. Do dżinsowej kamizelki schowam portfel, dokumenty, wodę dla syna i telefon komórkowy. Dzięki niej codzienną wędrówkę mogę odbywać nawet bez torby. Bardzo lubię tę kamizelkę, jest przyjemnie archaiczna i nie przystoi dorosłemu człowiekowi.
Ten skromny bagaż wędrowca pozostaje nieważny. Liczą się te przedmioty, których wędrowiec nie potrzebuje.
3. Wyliczenie różnic pomiędzy mną i Fryderykiem Nietzsche zajmie więcej miejsca niż znalezienie punktów wspólnych. Po sześciu latach studiowania filozofii pojąłem, że nie mam natury myśliciela, i zająłem się literaturą. Nietzsche po serii młodzieńczych poematów zwrócił się ku filozofii. Z całą pewnością był geniuszem, którym ja nie jestem. Dbał o wygląd z przesadą wpadającą w śmieszność. Chodzę w trampkach, dżinsach i koszulkach metalowych zespołów, którym lubię obcinać rękawy, co w przypadku faceta dobiegającego czterdziestki również może zostać uznane za zabawną niedorzeczność. Znaleźliśmy więc punkt wspólny dla Nietzschego i dla mnie, oparty na zjednoczeniu przeciwieństw.
Jego ruch był chaotyczny, bez planu i przyszłości, zapowiadał baumanowskiego wędrowca (tego terminu używam jednak w intuicyjnym, niebaumanowskim znaczeniu). Ja krążę po elipsie i zawsze mam swój bagaż przy sobie. Dostosowuję się do warunków podróży, do limitu w samolocie i własnej siły. Muszę udźwignąć wszystko, co zabieram ze sobą. Nietzsche podróżował rozłącznie, wysyłając toboły przodem, osobnym pociągiem czy też dyliżansem. Niekiedy rzeczy wyprzedzały go, niekiedy to on je wyprzedzał, lądując w pustym obozowisku. Miotał się wówczas, wściekał, jak na furiata przystało, słał depesze i pędził do antykwariatu po ukojenie.
4. Prócz obozowiska macierzystego posiadam kilka innych, pomniejszych, do których powracam, tak jak moi okutani w skóry poprzednicy odnajdywali zimne okręgi po ogniskach, które rozpalili dawno temu. Rozpoznaję stare pnie i dziwię się młodym drzewom, że tak wysoko wyrosły.
Pierwsze obozowisko znajduje się w Krakowie, u przyjaciół. To szczęśliwe małżeństwo zajmowało do niedawna maleńkie mieszkanie na poddaszu. Przypadła mi antresola, podczas gdy oni rezydowali na dole. Nocą w półśnie słyszałem, jak szepczą, a deszcz bębnił o okno w suficie. Teraz przyjaciele przeprowadzili się piętro niżej, do mieszkania, gdzie można by urządzić mecz rugby. Mam swój pokój z komodą na ubrania i długim parapetem, na którym układam książki.
Obozowisko warszawskie należy do innego przyjaciela. Przyjaciel jest bardzo bogaty i kupił sobie mieszkanie w Warszawie. Mieszka gdzie indziej, bywa tam dwa razy w miesiącu. Dorobił mi klucze i mogę przyjeżdżać, kiedy zechcę, pod warunkiem że zapowiem się parę dni wcześniej. Mieszkanie znajduje się na strzeżonym osiedlu, w nowoczesnej fortecy z fosą, bramą i strażnikami. Pośrodku wewnętrznego dziedzińca zamiast szubienicy znajduje się dziecięca huśtawka. W mieszkaniu nie ma nic. Żadnej książki, ani jednego łacha, tylko talerzyk, garnek i kieliszki do wina. Cały czas je tłukę i odkupuję. Przyjeżdżam tam od roku i obserwuję, jak forteca powoli się zaludnia, tętni życiem. Dochodzą do mnie kłótnie małżeńskie, wrzaski brzdąców i miłosne sapanie – te mury kryją również doły na fikoły. Patrzę na wnętrze obozowiska i myślę, że to mieszkanie zawsze będzie właśnie tym. Nie ma gdzie zawiesić telewizora, brakuje miejsca na zdjęcia, na półki na książki, kąta do posiedzenia we dwoje.
Trzecie obozowisko znajduje się w Rykusmyku. To mały hotelik prowadzony przez zaradną kobietę, bardzo mi życzliwą. Jej były mąż nie interesuje się dziećmi, choć mieszka w Rykusmyku, i ja, facet przyjeżdżający do syna ze Skandynawii, stanowię dla niej, jak lubię myśleć, przyjemny kontrast z tym człowiekiem. Czasem zrobi mi pranie. Załatwiła też kierowcę bez nogi (nie mam prawa jazdy). Mój pokój jest malutki. Mam w nim wąskie łóżko, szafę i stolik. Wieczorami schodzą się robotnicy remontujący rynek za unijne pieniądze. Z rzadka pijemy wódkę, ale odnoszą się do mnie z rezerwą, zapewne dlatego, że pokój wynajmuję samodzielnie, a oni mieszkają we czterech, w sześciu, bo taniej. Rozwarstwienie społeczne przebiega nawet wzdłuż kuchennego stołu i korytarza.
Czwarte obozowisko jest obozowiskiem najdziwniejszym i pojawiło się w moim życiu dopiero niedawno. Dziewczyna, którą znam od prawie dwudziestu lat, przeprowadziła się z mężem i dzieckiem do Stanów Zjednoczonych. Zapytała, czy chciałbym pomieszkać w ich krakowskim mieszkaniu. Nigdy w nim nie byłem. Przystałem na tę propozycję głównie ze względów topograficznych: serce Kazimierza, do ojca rzut beretem.
Zastałem dom jak Mary Celeste – ten okręt, z którego, z jakiejś tajemniczej przyczyny, zniknęli wszyscy marynarze. Mówię o półkach pełnych książek, dziecięcych rysunkach na lodówce, o kijach do hokeja ustawionych w przedpokoju, o półkach pełnych przypraw i rosiczce na oknie, o komiksach w ubikacji, klockach Lego i samochodzikach. Znalazłem się w sercu cudzego życia – życia, które się wyprowadziło. Zamiast ducha nawiedzało mnie mieszkanie, dom będący nawiedzeniem. Pierwszej nocy musiałem położyć ramki na zdjęcia na półkach wokół łóżka. Rano wyznaczyłem sobie ścieżki: do łazienki, do kuchni, do krawędzi stołu, gdzie mogłem przysiąść z komputerem. Nigdzie więcej. Jadłem z jednego talerza. Piłem z jednego kubka. Niczego nie dotykałem, jakbym mieszkał wśród przedmiotów należących do zmarłych i obłożonych klątwą.
5.W większości obozowisk pochowałem drobiazgi pozwalające przeżyć – współczesne odpowiedniki hubki, krzesiwa, grotów do strzał, olejów i mazideł. Wożę ze sobą dobre perfumy, ale w Krakowie czy Warszawie czekają na mnie szczoteczka i pasta, kosmetyki i ubrania. Bieliznę i skarpetki kupuję na bieżąco, na bieżąco też przepadają: jak garnek staczający się z wozu, podkowa oderwana od kopyta. Niekiedy zostawiam książki w przedziale pociągu albo oddaję współpasażerowi, towarzyszowi kolejowej niedoli, gdy widzę, że jest jakąś zainteresowany. Obozowiska zasysają rzeczy i uczą ich nieważności. Niewiele wiem o obozowiskach Nietzschego. To znaczy wiem, że miał ich bardzo dużo i zmieniał je często, ujawniając kapryśną stronę swojej natury. Korzystał z hoteli, wynajmowanych mieszkań, pokoi gościnnych i uzdrowisk. Chętnie wykorzystywał innych. Potrafił zmieniać mieszkanie kilkukrotnie w ciągu tygodnia i wrzeszczeć na przyjaciela, który chcąc jak najlepiej,…