Subskrybuj

Ma Bóg w człowieku swoją wyspę

Podejrzewam, że większość ludzi w ogóle nie zastanawia się nad swoim obrazem Boga, nie pyta o to, czy go ma ani jaki on jest. Dla wierzącego Pan Bóg istnieje, i już. To jest pewna oczywistość. Tak samo, jak nikt z nas nie zastanawia się raczej nad swoim wewnętrznym obrazem Internetu. Tylko starsze osoby pytają niekiedy, gdzie jest ten Internet i właściwie co to takiego. Może zatem Bóg jest jak Internet?

Czy neurobiolog może nam coś powiedzieć o Bogu?

Może, i to wcale nie takie małe „coś”. Od jakiegoś czasu istnieje nawet odrębna dziedzina badawcza – neuroteologia, badająca zależności między duchowością, przeżyciem duchowym i procesami neurologicznymi.

Neurobiolog może nam powiedzieć, jak ludzie wyobrażają sobie Boga i jak obraz ten jest konstruowany w mózgu człowieka. Nie może jednak stwierdzić, czy Bóg jest, i zajmować się wynajdywaniem dowodów na jego istnienie. Na podobnej zasadzie neurobiolog może także wypowiadać się o religii. Jedną z bardziej trafnych definicji, jakie stosuje się do człowieka, jest ta, która mówi, że człowiek to gatunek religijny. Religijność jest bowiem zjawiskiem powszechnym, ukształtowanym w toku ewolucji. A neurobiolog w połączeniu z ewolucjonistą może nam dodatkowo powiedzieć, dlaczego religia jest ludziom potrzebna. Jeśli bowiem jakaś cecha, czy to anatomiczna, czy behawioralna, charakteryzująca nas jako gatunek, utrzymuje się przez długi czas, to znaczy, że jej istnienie musi się wiązać dla nas z jakąś korzyścią. Podobnie zresztą rzecz ma się ze sztuką. Obie, i sztuka, i religia, choć można by o nich powiedzieć, że są wysoce niepraktyczne, są nam też jakoś niezbędne.

To już chyba mówi naukowiec podszyty humanistą.

Tu nie chodzi o żadne sentymenty. Niczego nie trzeba odrzucać ani negować z góry. Jeśli ktoś mi powie, że astrologia to jakieś szarlataństwo, nie mam powodu, by się z nim nie zgodzić. Ale nie mam go także, gdy ktoś mi mówi, że ludzie urodzeni pod znakiem Byka mają skłonność do schizofrenii. Bo wystarczy, że chwilę pomyślę i wyjdzie mi, że jeśli ten znak zodiaku obejmuje ludzi urodzonych na przełomie kwietnia i maja, to znaczy, że drugi trymestr ciąży, w którym neurogeneza jest najbardziej aktywna, przypada na listopad / grudzień, czyli okres, w którym łatwo o zakażenia wirusowe. A wiemy, że są one czynnikiem ryzyka i mogą zaburzyć rozwój neuronów, przyczyniając się do rozwoju schizofrenii w późniejszym życiu. Obserwacja pewnej prawidłowości jest zatem w tej ciemnej astrologii, od której każdy światły, nowoczesny człowiek solennie się odżegnuje, jak najbardziej trafna, tylko ulokowanie przyczyn chybione. Dlatego warto śledzić wierzenia i tradycje, co zresztą ma miejsce (istnieje bardzo ciekawa dziedzina badań zwana etnofarmakologią), bo w nich jest zawarta suma wiedzy i doświadczenia całych pokoleń. Nie należy pochopnie uznawać je za całkowicie bezwartościowe tylko z tego powodu, że dziś inaczej odpowiadamy na pytanie: „dlaczego?”.

A więc dlaczego religia, dlaczego Bóg?

W psychofarmakologii posługujemy się z dużym powodzeniem takim paradygmatem, który mówi, że jeśli w przyrodzie istnieje substancja oddziałująca na nasz organizm (mak, konopie), to znaczy, że reagują na nią jakieś nasze receptory. A skoro posiadamy te receptory, to znaczy, że musimy produkować substancję analogiczną do tej istniejącej w środowisku zewnętrznym. Ustrój nie tworzyłby sobie bowiem receptorów „na wszelki wypadek”, a więc na wypadek gdyby jakieś substancje z zewnątrz przypadkiem się do niego kiedyś dostały. Muszą istnieć już jakieś wewnętrzne substancje, którym odpowiadają te spotykane w środowisku zewnętrznym.

Podobnie rzecz ma się z Bogiem i religią.

Ich źródłem jest to, że człowiek musi sobie wytłumaczyć wszystko, co jest dokoła, a zwłaszcza, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. A może nawet trzeba by to ująć mocniej: musimy sobie wytłumaczyć wszystko, co jest dookoła, po to, by wytłumaczyć sobie, dlaczego zachowujemy się w taki, a nie inny sposób.

Czy to naukowa hipoteza?

Tak, to nie jest tylko moje prywatne „gdybanie”. Pracował nad nią już Freud. Hipnotyzując swoje pacjentki i pacjentów, dawał im niekiedy sugestie posthipnotyczne. Podobno pewien mężczyzna dostał w trakcie takiej hipnozy polecenie, by już po wyjściu z niej za każdym razem na słowo „parasol” przyklęknąć. I rzeczywiście, po usłyszeniu tego słowa pacjent klękał, ale, co ciekawsze, i dla nas w tej rozmowie bardziej interesujące, pytany, dlaczego to zrobił, za każdym razem potrafił udzielić sensownej, przekonującej odpowiedzi: a to że musiał poprawić buty, a to że jakiś paproch leżał na podłodze lub że kostka go zaswędziała. Dzięki tym badaniom Freud zwrócił uwagę na niezwykle istotną rolę nieświadomości w naszym życiu. Tylko niektóre wrażenia i procesy zachodzące w naszym mózgu przebijają się do poziomu świadomości, ale gdy tylko już przekroczą tę niewidzialną granicę, to dla każdego z nich musimy mieć przekonujące wytłumaczenie, w które mocno wierzymy. Ten człowiek naprawdę zarazem wiedział (w sensie przekonania, kierującego nim motywu) i nie wiedział (w sensie przyczyny), dlaczego przyklękał. Doświadczenia Freuda świetnie pokazują to „podwójne kodowanie”, do którego zdolny jest nasz mózg.

Jednak Freuda nie uznaje się za naukowca ani jego teorii za teorie naukowe.

To prawda, ale on miał niespotykaną intuicję, genialny wprost wgląd. I w pewnym sensie jego tropem poszedł m.in. Michael Gazzaniga, którego eksperymenty i wysunięta na ich podstawie hipoteza są już jak najbardziej naukowe. Prowadził on badania na pacjentach z przeciętym spoidłem wielkim, a więc rozdzielonym mózgiem, w którym półkule nie komunikują się ze sobą. W takim przypadku, choć obie one funkcjonują, to do świadomości przebijają się tylko wyniki procesów zachodzących w dominującej połowie, zazwyczaj lewej. Co to właściwie oznacza? Gazzaniga podaje następujący przykład. Wykorzystując pewne urządzenie optyczne, prawa półkula osoby z rozszczepionym mózgiem odbiera z lewego oka obraz zaśnieżonego podwórka, a lewa, z prawego oka, obraz kurzej łapy. Następnie osoba ta ma wybrać prawą i lewą ręką kojarzące jej się z tym, co widzi, obrazki. Prawą wybiera głowę koguta, a lewą łopatę. Na pytanie, dlaczego takiego właśnie wyboru dokonała, odpowiada, że kogut kojarzy jej się z łapą, a łopata z kurnikiem, który trzeba posprzątać. Pada zatem wytłumaczenie na podstawie tylko tego obrazka, który pozostał w świadomości, niepokrywające się z rzeczywistą przyczyną wyboru. Ten mechanizm nazywa Gazzaniga „lewopółkulowym interpretatorem świata”.

I ma on coś wspólnego z Bogiem?

Zgadza się, ale ten związek nie jest wcale taki oczywisty. Otóż interpretator musi tworzyć przekonujące nas teorie o wszystkich tych procesach, których skutki odnotowuje nasza świadomość. Można na to spojrzeć i w ten sposób, że interpretator tworzy całą naszą rzeczywistość, na którą składamy się my i otaczający nas świat, korzystając z bardzo szczątkowych, ograniczonych informacji. Jedną z rzeczy, na które musiał on znaleźć wytłumaczenie, jest nasza moralność. A że najłatwiejszy sposób wyjaśnienia to założenie istnienia czegoś, wymyślił religię, a więc opowieść o istnieniu Wyższej Istoty i wyższego porządku, której istota ta jest gwarantem i której zarazem musimy się podporządkować. Koncepcja ta skłania zatem do przyjęcia kłócącego się z naszymi intuicjami wniosku, że to nie religia stworzyła moralność, ale wręcz odwrotnie. To moralność dała początek religii. Taki właśnie kierunek „emanacji” naszych, tzw. specyficznie ludzkich zachowań potwierdzają obserwacje małp naczelnych. Okazuje się, że mają one poczucie sprawiedliwości, a nawet że potrafią zachowywać się w zgodzie z nim. Kiedy małpa, której daje się w nagrodę ogórka, widzi, że inna dostaje za takie samo zadanie pomarańczę, denerwuje się i jawnie okazuje swoje niezadowolenie. Ale zdarzało się i tak, że ta, która dostawała pomarańczę, także dostrzegała tę niewspółmierność i dzieliła się z koleżanką swoją nagrodą. I to bez żadnej doktryny! Wydaje się więc, że moralność odziedziczyliśmy po naszych przodkach. I jest ona rzeczywiście bardzo korzystna, bo wprowadza ograniczenia, które umożliwiają sprawne życie społeczne. Tylko że w pewnym momencie musiała stać się dla nas na tyle problematyczna (zauważalna), że odczuliśmy potrzebę stworzenia sobie jej dodatkowych rękojmi w postaci religii i Boga.

Czy każdy człowiek ma jakiś obraz Boga? Czy jest miejsce w mózgu człowieka, które za ten obraz odpowiada?

Stare pytanie talmudystów: „Czy Jahwe ma przód i tył?”. A ośrodek obrazowania Boga? Tego nie wiemy, ale nie sądzę, żebyśmy mieli to zakodowane niczym jakąś funkcję w konkretnym obszarze mózgu. Wiemy natomiast, że gdy ludzie medytują, to wtedy pewne miejsca w mózgu aktywują się, a inne nie. Nie znam niestety prac, które porównywałyby medytacje religijne z niereligijnymi. Być może badania takie mogłyby nam dostarczyć w tej materii ciekawych danych. Te, które znam, były robione głównie na grupie zakonnic z klasztoru Notre Dame w stanie Nowy Jork. Dzięki tym badaniom, prowadzonym za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, wiemy, że w czasie medytacji aktywują się płaty czołowe, które są związane z poznaniem, następuje zaś dezaktywacja płatów skroniowych, które odpowiadają za poczucie czasu, miejsca i przestrzeni. Na poziomie doświadczenia oznacza to, że skupiamy się na pewnych przeżyciach, ale równocześnie roztapiamy się w świecie, a nie z niego wyodrębniamy.

Doświadczeniom religijnym niekiedy towarzyszą jednak także wizje.

I to takie, które leżą u podstaw religii. O tych wizjach wiemy dziś, że wyzwala je pobudzenie tajemniczego miejsca, ukrytego w głębi mózgu, zwanego wyspą. Niekiedy nazywa się je piątym, choć, w przeciwieństwie do pozostałych, całkowicie z zewnątrz niewidocznym płatem mózgowym. Przez długi czas sądzono, że drgawki ekstatyczne, zwane także drgawkami Dostojewskiego, wywołuje napadowe (drgawkowe) pobudzenie płata skroniowego, dlatego nazywano je także epilepsją skroniową. Fabienne Picard w swoich badaniach wykazała, że ta pomyłka brała się stąd, iż przy normalnym badaniu EEG pobudzenie wyspy jest odczytywane jako aktywacja przykrywającego ją płata skroniowego. Rolę wyspy w powstawaniu mistycznych przeżyć potwierdziły także badania nad pacjentami dotkniętymi nowotworem tego miejsca, u których także pojawiały się owe drgawki. W przypadku jednego z pacjentów, któremu guz w korze wyspowej dostarczał przeżyć bardzo zbliżonych do tych, jakie opisywała św. Teresa z Avila, udało się nawet przeprowadzić neuroobrazowanie w trakcie napadu drgawek, jednoznacznie wskazujące na wzmożoną aktywność wyspy. I rzeczywiście jest to miejsce szczególnie predestynowane do tego, by odpowiadać w nas za sferę mistyczną i duchową. Przednia jej część integruje bowiem wszelkiego rodzaju doznania zmysłowe i uczucia, w tym cielesną rozkosz i ból, co przy wzmożonym, ponadprzeciętnym jej funkcjonowaniu może dawać bardzo silne i intensywne poczucie istnienia własnej osobowości oraz przenoszenia się w czasie i przestrzeni. Wydaje się też, że możliwa jest spontaniczna biogenna stymulacja tej struktury, która mogła dać początek różnym systemom religijnym. Wielu przywódców duchowych i mistyków, m.in. św. Paweł, Mahomet czy John Smith junior, twórca religii mormonów, miało bowiem wizje zgadzające się z tymi przeżywanymi w trakcie drgawek. Co ciekawe, takiemu naturalnemu ich wystąpieniu sprzyjają duże wysokości, a przecież wielkie objawienia miały często miejsce na szczytach górskich.

I w ten sposób, wydaje się, dochodzimy do, dla jednych obrazoburczej, dla innych wyzwalającej, konstatacji, że religia, a wraz z nią Bóg, to patologie.

Tylko tak się wydaje. W świecie niewidomych zdolność widzenia też byłaby uznana za patologię. Drgawki ekstatyczne i wizje to na pewno nieprzeciętna praca mózgu, ale pytaniem otwartym pozostaje, i moim zdaniem, pozostanie niezależnie od tego, jakie zależności neurologiczne jeszcze w tej materii odkryjemy, czy to jest choroba czy jednak nie. Być może nie da się tego rozstrzygnąć w oderwaniu od doświadczenia konkretnego człowieka. Choroba to stan niepożądany. A np. taki Dostojewski traktował swoje ataki epilepsji jako szczególny dar, nie zaś upośledzenie. Wspominał, myśląc przede wszystkim o ich początkowej fazie: „odczuwałem taką radość, jaka jest nie do pomyślenia w normalnym życiu, całkowitą harmonię wewnętrzną i w otaczającym świecie, a uczucie to było tak silne i tak słodkie, że za kilka sekund tej ekstazy oddałbym dziesięć i więcej lat mojego życia, a być może i całe życie”. Kiedyś na jednym z wykładów opowiadałem o zespole Geschwinda, który cechuje osoby cierpiące na tego rodzaju drgawki.

Właśnie – „cierpiące”.

Chwyta mnie Pani za słowo. To prawda, język nas nieraz przechytrza, choć te drgawki wiążą się z pewnym cierpieniem, lękiem, niepokojem lub przynajmniej mogą się wiązać, więc nie jest to do końca nieuprawnione słowo.

Ale wracając do zespołu Geschwinda, charakteryzują go: hipergrafia, a więc skłonność do nadmiernego pisania lub słownego przekazywania swoich myśli i przekonań; „lepkość”, czyli dążenie do posiadania grupy wiernych uczniów, rozprzestrzeniających głoszoną naukę; skłonność do przemijających wybuchów gniewu (zazwyczaj bez użycia siły); wysoka religijność oraz skrajne podejście do seksualności (całkowita abstynencja lub wysoce wzmożona aktywność). Po wspomnianym wykładzie, na którym o tym wszystkim opowiadałem, jakieś dziecko, tknięte przeczuciem, pyta mnie: „Panie Profesorze, a co z Panem Jezusem, czy on też to miał?”. Odpowiedziałem mu wtedy: „Nie wiem, ale gdybym wysyłał swojego jedynego, umiłowanego syna między dzikusów, to bym go zaopatrzył w to,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nazywaj rzeczy po imieniu