Subskrybuj
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Możesz życie swe odmienić

Zasadnicza różnica między projektem Sloterdijka a chrześcijaństwem leży w tym miejscu, w którym chrześcijaństwo mówi: „możesz życie swe odmienić”. Możesz, ale nie musisz. To nie zmiana życia sprawia zbawienie, lecz zbawienie – radykalny dar – otwiera drogę do przemiany życia. Warunkiem tej możliwości jest fakt, że zostaliśmy dotknięci łaską.

Artur Madaliński: Niedawno ukazała się w Polsce książka Musisz życie swe odmienić Petera Sloterdijka, w której niemiecki filozof stawia tezę, że religia nie istnieje. Istnieją tylko błędnie za religię uznawane systemy ćwiczeń, które są niczym innym jak rozbudowanym systemem immunologicznym. Sloterdijk przekonuje do swojej tezy na ponad 600 stronach, sięgając po mnóstwo przykładów i zdradzając onieśmielającą erudycję. Czy po lekturze tej książki nie poczuł się Ksiądz jak dziecko, któremu zabrali w piaskownicy zabawki?

Ks. Grzegorz Strzelczyk: Szczerze mówiąc, nie bardzo, bo mamy tu, jak sądzę, do czynienia głównie z pewną procedurą semantyczną, która sprowadza się do zmiany nazewnictwa. Jednak fakt, że możemy się bawić nazwami, że dość arbitralnie uznajemy, iż jakaś nazwa jest uprawniona albo też z jakiegoś powodu nie należy tej nazwy używać, nie spowoduje zniknięcia nazywanej rzeczywistości. Jeśli religią nazywamy „system ćwiczeń”, to zaprzestanie używania nazwy „religia” nie sprawi, że przestanie ona istnieć. Natomiast znacznie poważniejszą sprawą jest to, na ile możemy uznać fundamentalną tezę Sloterdijka, w myśl której religia jest częścią immunologii.

Dla Sloterdijka podstawowym wymiarem naszej egzystencji jest antropotechnika, czyli oderwane od jakiejkolwiek idei uprawianie ćwiczeń.

Z tym oderwaniem od idei to nie jest takie proste. Sloterdijk twierdzi, że zarówno idea Boga, jak i Nietzscheański wątek nadczłowieka są zbędne, ponieważ służyły wyłącznie do tego, by zabezpieczyć wertykalny kierunek wyznaczający sens antropotechniki – skierowanie człowieka „ku górze”, ku nieustannemu przekraczaniu siebie. Antropotechniki napędzane są tymi wertykalizacjami, a – moim zdaniem – najsilniejszą motywację wertykalizującą dają właśnie wielkie idee.

Jak Sloterdijk interpretuje pojęcie nadczłowieka i w ogóle filozofię Nietzschego, która w Musisz życie swe odmienić stanowi jeden z fundamentalnych punktów odniesienia?

Sloterdijk powiada, że Nietzscheański nadczłowiek musiał się pojawić, ponieważ Bóg był za słabą hipotezą, żeby mógł zagwarantować odpowiednią wertykalizację. Jednak warto zauważyć, że w chrześcijaństwie w centrum zbawienia – a tak naprawdę książka Sloterdijka mówi o zbawieniu, jest zlaicyzowaną soteriologią – nie są techniki, którymi możemy sobie je zapewnić. Zbawienie jest darem. Nie ma żadnej techniki, którą możemy zmusić Boga do tego, żeby nas zbawił. Radykalnie przypominał o tym Marcin Luter w zasadzie sola gratia, ale w tym akurat aspekcie przywoływał w istocie samego św. Pawła: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” (Ef 8, 9). Podstawą takiego myślenia było bardzo silne doświadczenie wczesnych chrześcijan, że w żaden sposób nie zasłużyli na Boże przebaczenie grzechów. Za tym wątkiem idzie Sobór Trydencki, kiedy w dekrecie o usprawiedliwieniu stwierdza: „mówimy, że [człowiek] jest usprawiedliwiony »darmowo«, bo nic, co poprzedza usprawiedliwienie, wiara lub uczynki, nie zasługuje na łaskę usprawiedliwienia; jeśli jest łaską, to nie z uczynków, w przeciwnym razie (jak mówi Apostoł) łaska nie byłaby już łaską”.

Zatem nie ma takiej praktyki – a używając nazewnictwa Sloterdijka, powiedzielibyśmy, że nie ma takiej antropotechniki – która mogłaby sprawić zbawienie. Nawet Trydent mówi w istocie sola gratia, dopowiadając do Lutra, że odpowiedzią na łaskę jest wysiłek człowieka, ale on jest wtórny. Ma charakter odpowiedzi. Zatem chrześcijańska opowieść o zbawieniu mogłaby się obejść bez antropotechnik. Wewnątrz logiki radykalnego daru…

W gruncie rzeczy mówimy tutaj o… sporze jeszcze wcześniejszym, sporze pomiędzy pelagianami i antypelagianami. Pierwsi twierdzą, że człowiek jest w stanie dokonać czegoś dobrego bez poprzedzającej go łaski, drudzy – przeciwnie. Przeważyło antypelagiańskie zdanie Augustyna. To od momentu odrzucenia pelagianizmu w zachodniej teologii gości jasna świadomość, że nasze działania są zawsze wtórne wobec łaski. Bez niej antropotechniki są bezowocne. Synod w Orange (529 r.) nawet je wyliczał, wykluczając tych, którzy by twierdzili, że wszystko to jest poprzedzone Bożym darem. Łudzą się ci, którzy myślą, że o własnych siłach „wierzą, chcą, pragną, usiłują, pracują, modlą się, czuwają, starają się, proszą, szukają, pukają”.

I jeszcze – podchodząc od innej strony – po Jezusie trudno na Boga patrzeć jak na reagujący na jakieś techniki religijne „zaspokajacz” naszych potrzeb. On sprawia, że słońce świeci nad złymi i dobrymi jednakowo. Deszcz pada na jednych i drugich. Żadna technika tego nie zmieni. Zatem o tyle Sloterdijk ma rację, że z wieloma sprawami tego świata musimy sobie radzić za pomocą naszej przemyślności. I istnieje realna pokusa, by po pelagiańsku uwierzyć, że absolutnie wszystko zależy od naszych sił i środków.

Czy zatem w rozwijanej przez Sloterdijka koncepcji Jezus jest do czegokolwiek potrzebny?

Prowokacyjnie powiedziałbym, że jest w niej wręcz niezbędny! Przede wszystkim jako jeden z tych, którzy implicytnie zrealizowali to, co on odkrył eksplicytnie. Nie możemy bowiem mówić o praktykowaniu – w znaczeniu, jakie nadaje temu pojęciu Sloterdijk – bez takich postaci jak Jezus. Nawet jeśli spojrzymy na to wyłącznie horyzontalnie, a więc bez wertykalnego pytania, czy Jezus jest Bogiem. Pamiętajmy, że bez, nazwijmy to, wkładu mistrzowskiego Jezusa nie ma np. monastycyzmu, a więc nie ma chrześcijańskiego pojęcia ascezy. A gdyby nie było ascezy, nie byłaby też możliwa teoria Sloterdijka. Osobną kwestią jest to, co jest najbardziej radykalną wertykalizacją. To jest pytanie, które w książce niemieckiego filozofa pozostaje bez odpowiedzi, bo choć wertykalizacja jest immanentną cechą człowieka, to już co wertykalizuje – nie wiemy. Chrześcijaństwo ma w tym miejscu ideę przebóstwienia: to jest nasz punkt dojścia. Z radykalnego daru rodzi się ciąg wertykalny, który zaspokajalny jest tylko samym Bogiem…

Dokąd zatem prowadzi nas nieustanne ćwiczenie, dokąd prowadzi antropotechnika, której najbardziej źródłową matrycą jest powtórzenie?

W perspektywie Sloterdijka ćwiczenie prowadzi chyba jednak donikąd, a jego celem jest wyłącznie zaspokajanie niezbywalnej, jak twierdzi filozof, potrzeby przekraczania, będącej immanentną, źródłową potrzebą człowieka. Sloterdijk mówi, że po prostu tak jest, zaś antropotechnika wypełnia wszystkie warstwy naszej egzystencji. Niemiecki filozof nie mówi jednak niczego o „regule zarządczej”, czyli o tym, po co tak naprawdę ćwiczymy. Wykrywa potrzebę – i tu zdaje się, słusznie. Mamy podstawy sądzić, że ludzkość pójdzie drogą ćwiczeń.

Wydaje się, że już tą drogą idziemy – dzisiaj w stopniu chyba nigdy wcześniej niespotykanym nie możemy przecież po prostu żyć. Musimy prowadzić swoje życie, nasze życie musi być zawsze projektem. Jak powiedział kiedyś Rilke, od którego Sloterdijk zaczerpnął tytuł swojej książki, nie wystarczy się urodzić, żeby zaistnieć. To zdanie zostało doprowadzone dzisiaj do absurdalnego przymusu ciągłej zmiany.

Dlatego sądzę, że jeżeli z projektu Sloterdijka usunąć „Transcendentalnego Zarządcę”, to jedynym zarządcą pozostanie tzw. rynek. Zwróćmy uwagę na fakt, w jak wielkim stopniu współczesnymi ćwiczeniami rządzą pieniądze. Bieganie, nordic walking, kluby fitness, wszystkie te aktywności – same w sobie, rzecz jasna, może i pożyteczne – napędzane są ciągle przez rynek, który generuje mody, trendy i całą filozofię must have. To, co ćwiczymy i jak ćwiczymy, nie jest dyktowane przez naszą wewnętrzną potrzebę, lecz przez zapośredniczony w świecie mediów rynek. W tym kontekście należy koniecznie postawić pytanie: co gwarantuje ludzką wolność wewnątrz tego systemu i czy w tej niezwykle erudycyjnej koncepcji Sloterdijka jest miejsce na jakąś instancję nadrzędną? W gruncie rzeczy bowiem to, co proponuje Sloterdijk, nazwać można wielkim projektem bez wielkiego projektu. Także w sensie antropologicznym, bo nie ma tu żadnej koncepcji człowieka poza stwierdzeniem, że określa go wewnętrzny przymus ćwiczenia. Trochę mało jak na antropologię. Ostatecznym celem jest u Sloterdijka samo ćwiczenie, natomiast to, co ćwiczymy, staje się obojętne. Dlatego nie ma tu różnicy między medytacją a bieganiem. Aż się prosi redukcja do absurdu – odmienianie życia w celu przebiegnięcia kolejnego, dłuższego dystansu jest para lelne np. do ćwiczenia się w sprawniejszym okradaniu sąsiada. Ponieważ – to bardzo ważne – niejako przy okazji Sloterdijk dokonał amputacji etyki.

Czy jednak podłożem antropologicznym jego koncepcji nie jest funkcja immunizacyjna, do której Sloterdijk sprowadza religię, mówiąc, że ma ona jedynie chronić przed przygodnością życia, strachem, niepokojem, śmiercią i – by tak rzec – ryzykiem egzystencji?

Nie sądzę. Jak bowiem pogodzić tak rozumianą immunologię z tym rodzajem przekraczania siebie, który de facto wystawia nas na coraz większe ryzyko? Trudno uznać postawę akrobatyczną za postawę samoobronną, zachowawczą. Jeśli zakładamy, że ćwiczenie służy samoobronie, to powinno ono się zatrzymać przed sportami ekstremalnymi, a przecież – jak wiemy – tak się nie dzieje. U Sloterdijka krzyżują się więc dwie kwestie: z jednej strony tendencja samoobronna i konieczność dostosowania się kaleki do rzeczywistości, z drugiej zaś – nieustanne wystawianie się na ryzyko stania się kaleką, które z punktu widzenia zachowania gatunku jest irracjonalne.

Oczywiście możemy człowieka zdefiniować i tak, że za warunek jego człowieczeństwa uznamy ciągłe ryzykowne przekraczanie samego siebie, ale nie sądzę, by była to najlepsza definicja. Ryzykuję, więc jestem? Trzeba być chyba bardzo znudzonym życiem, żeby dojść do takiego przekonania.

Krążymy ciągle wokół pytania, czy w koncepcji Petera Sloterdijka jest miejsce na Jezusa i czy możemy się zbawić dzięki antropotechnikom. Chrześcijaństwo mówi, że nie zbawiamy się przez ćwiczenia, lecz przez dar, który nam został udzielony w osobie, co wobec propozycji autora Musisz życie swe odmienić stanowi zupełnie inny wektor refleksji. Chrześcijaństwo opowiada o człowieku jako wspólnocie fundamentalnej, w której imperatyw podstawowy jest skrajnie antyimmunologiczny, a brzmi on: „musisz życie swoje oddać”. Oddać za drugiego, oczywiście. W perspektywie chrześcijańskiej ćwiczy się po to właśnie, by życie swoje stracić – „bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 24). Logika chrześcijaństwa jest więc dokładnie odwrotna do projektu Sloterdijka – ćwiczenia prezerwacyjne są chrześcijaństwu z gruntu obce. Pozostając przy nazewnictwie niemieckiego filozofa, powiedziałbym zatem tak: chrześcijański asceta może przerwać ćwiczenia zawsze wtedy, kiedy się pojawi Drugi. Bo on, Bliźni, jest zawsze epifanią Trzeciego. Niemniej jednak z teologicznego punktu widzenia książka Sloterdijka jest bardzo pożyteczna, ponieważ odsłania właśnie ową tendencję prezerwacyjną, czyli mówi, że my chcemy się jednak zbawić poprzez uczynki. Co więcej, wyjaśnia, skąd się ta tendencja bierze. Jeśli Sloterdijk ma rację, to wyjaśnia, dlaczego chrześcijaństwo ma nieustający problem z dryfowaniem w stronę religii,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nazywaj rzeczy po imieniu