[Pierwsza część dziennika dostępna jest tu]
16/05/2012
Nie poszedłem na imprezę emigrantów, Agata była sama i jej się podobało.
Parter bloku, w którym mieszkamy opanowali Włosi. Prowadzą pizzerię i specyficzny spożywczak obok. Właściwie nie musiałbym wychodzić nigdzie dalej. Ich pizzeria jest, podobno, najlepszą pizzerią w Kopenhadze, co potwierdza dziki tłum kłębiący się tam co wieczór, w spożywczaku mają z kolei najlepszy chleb, jaki w życiu jadłem, kruchy i ciepły. Prócz tego oferują rozliczne sery, gotowe dania do odgrzania, w tym lazanię, oraz mają nieustającą promocję na wino, trzy butelki za, odpowiednio, 159 albo 139 koron (podziel przez pół, wyjdą złotówki).
Nie bardzo wiem, ilu tych Włochów jest, może i sześciu, za to każdy gromadzi łagodne cechy charakterystyczne. Jak mały, to i łysiejący. Jak całkiem łysy, to i całkiem malutki. Jak chudy, to do tego z wielkim nosem i kudłatym przedramieniem. Kręci się wśród nich tłuściutka blondynka rasy aryjskiej. Który szczypie ją w tyłek? Tego również nie wiem, być może wszyscy.
Schodzę po chleb, jest dziewiąta rano. W spożywczaku akurat króluje ten wychudzony, z nosem i włochatymi przedramionami. Nie zna słowa po angielsku, lecz należy do tych zacnych osobników, którym muzyka w tańcu nie przeszkadza. Dostrzega mnie, rozpoznaje, wyrzuca monolog w języku Garibaldiego, nie odrywając się od zajęć sklepowych. W czymś tam grzebie, cos układa, proszę o small bread i moja prośba wyzwala w nim niewysłowioną radość, small bread, small bread, huczy z włoskim akcentem, pokazuje palcem, żeby się upewnić, porywa ten chlebek jak sokół gołębia, próbuję się wciąć i szepczę, że jeszcze strawberry cookie. Włoch jest skonfundowany, zmarszczki tną jego wielki kinol, nic to, stukam w lodówkę, Włoch odzyskuje rezon, pakuje mi ciastko truskawkowe, podskakuje tak śmiesznie, nie odzyskawszy jeszcze postawy pionowej, nogi jeno wyrzuca w powietrze na wysokość kilkunastu centymetrów. Sokolim wzrokiem wyławia inne ciastko i dołącza do zakupów w ramach prezentu. Dziękuje mi po włosku, życzy dobrego dnia, odwdzięczam się tymi samymi słowy w języku polskim, Włoch zastyga i zaczyna się śmiać.
Ciastko jest dla Agaty. Przecież nie kupiłbym sobie ciastka, nigdy.
22/06/2012
Wieczorem jedziemy nad morze. Gdy wysiadamy z metra, o wpół do dziewiątej, wciąż jest jasno, długie promienie słońca opierają się o dachy jednopiętrowych domów, a nasze cienie są jasne, wydłużone. Cegła wpada w czerwień i brąz, drzwi są mocne, a okna mniejsze niż gdzie indziej. Widać, że ta dzielnica zyskała nowe oblicze dopiero parę lat temu, kiedy doprowadzono tutaj tory. Owiewa nas zapach świeżej soli, daleko w powietrzu wirują latawce niczym nadmuchane ptaki. Musimy przejść przez most nad niewielkim zalewem, poniżej pluskają się mężczyźni we wdziankach z masy piankowej, z tablicą informacyjną dwoje młodych gasi grilla, psss. Dalej, dalej. Nogi grzęzną w piasku pełnym pokruszonych muszelek, morze leniwie oblizuje brzeg, zanurzam palec w stalowy język i mam dosyć. Agata podwija nogawki i wchodzi, mówi, że jeszcze dwa stopnie w dół i by jej kostki wykręciło. Zmierzamy ku alejce, słucham coś o gangach w Kopenhadze, kolega z pracy coś jej o tym opowiadał, niestety ów kolega, depozytariusz wiedzy, która mogłaby mi się przydać, akurat wyleciał z roboty i nic więcej nie powie.
W niewielkim jeziorku szaleją miłośnicy kitesufringu. Przyglądamy się im przez chwilę. Robią ostre zakręty, wiatr ciska ich w stronę kamiennego brzegu, wpycha pod wodę i podrywa gwałtownie, parę metrów w górę. To chyba radość największa. Runął sobie jeden, latawiec kołysze się na wodzie i wygląda na to, że nie poleci. Chciałbym kiedyś spróbować takiego ślizgania, myślę sobie, jestem dość silny, abym sobie z tym poradzić. Chciałbym spróbować wielu rzeczy, na przykład nurkowania, ale i tego póki co nie próbuję, póki co jesteśmy nad morzem, a ja myślę sobie spokojnie o wszystkich dziwnych wydarzeniach, które mnie tu przywiodły, ogarnia mnie melancholijny posmak szczęścia – jak sól, gdy wynurzamy się z ciepłej głębiny morza. Wracamy do domu.
28/11/2012
Nasza demoniczna kotka Kreska znalazła sposób, żeby otworzyć worek z suchą karmą całkiem sporych rozmiarów. Jeśli tak dalej pójdzie, rozdrapie mi gardło na śmierć. Może powrót Agaty przyniósłby jakąś poprawę zachowania tego skretyniałego kota, a i mnie się przysłużył. Odkąd wyjechała, oparzyłem się olejem, wylałem sobie wrzątek na stopę i ozdobiłem drzwi wyjściowe kartką z napisem KLUCZE, żebym nie zatrzasnął mieszkania.
Przysięgam sobie, że wreszcie pójdę na spacer, chyba nawet Kolumb przygotowywał się krócej do wyprawy za ocean, niż ja zbierałem się do tego, trzygodzinnego przecież wyjścia, w poniedziałkowy wieczór z niepokojem spoglądam w niebo, myśli gromadzą chmury zwiastujące deszcz. Chcę, żeby we wtorek lunęło jak z cebra, niech chluśnie lodowatym wiatrem od morza, nie mam nic przeciwko małemu gradobiciu, skoro już wreszcie wychodzę z domu, chciałbym doświadczyć całego piękna jesiennej Zelandii. Nastaje wtorek, w powietrzu wisi szara breja poranka tylko po to, żeby umknąć jak mgła za Drakulą. Słońce staje nieśmiało pośrodku lodowatego błękitu i nici z radości spacerowej.
Kopenhaga jest niezmienna jak morze i skała przybrzeżna, szukam nowych ulic i wciąż trafiam na znajome. Matki, mnóstwo matek pcha ciemnozielone wózki przesłonięte kawałkiem brezentu czy czegoś takiego, choć przecież jest słońce, rowerzyści wciąż jeżdżą po swoich ścieżkach, wpatrzeni to w drogę, to w ekran smartfona, jakby jechali w dwa miejsca jednocześnie. W białych norkach Arabowie sprzedają pizzę i hamburgery, podziemia wciąż skrywają fryzjerów i ich sztywnych klientów, jest wtorek, więc strzygą się starzy, młodzi będą strzyc się w piątek, przed balangami. Knajpka, w której się zatrzymuję z komputerem, jest duża i pusta, para zakochanych przypomina splecione palmy na horyzoncie brązowej pustyni, dalej, jeziorka są mętne. Zachodzę na podwórzec kościelny, gdzie chłopaki rżną w piłkę pod wyświęconym murem, obok jest jeszcze plac zabaw i szkoła, za to drzwi świątyni są zamknięte. Nie znam duńskiego, ale chyba otworzą w styczniu. Ulice robią się wąskie i bardziej czerwone, ledwo tu się mieszczą barowe koziołki z ofertą taniego piwa, mijam czarny mur klubu nocnego, sklepik pełen śrubek, niewielkie galerie ze sztuką współczesną, niespodziewanie docieram do głównej ulicy handlowej, odbijam się, szukam innej drogi i jak bym nie szukał, już jestem pod ratuszem otoczonym przez remont. Stoją sobie jaskrawe płoty, podejmuję jeszcze jedną próbę, kluczę i moim oczom ukazuje się znajomo różowy budynek kina, godzę się z klęską i wracam wzdłuż jeziorek do domu. Uśmiecham się do siebie, więc Duńczycy patrzą na mnie jak na wariata, którym, być może jestem, a śmieję się, gdyż dla hecy wymyślam powieść w stylu tego durnia, Gaimana: Kopenhaga została zaczarowana i można chodzić tylko niektórymi ulicami. Innych nie widać, w miejscu dawnego skrzyżowania są fatamorgany kamienic. Co z ludźmi, którzy tam żyją? Oni też mają swoje drogi, które nie przetną się z moją. Miasto, które narzuca swoją wolę. Wracam do domu, niezmiernie zadowolony z faktu, że półka książek nienapisanych trzeszczy pod dodatkowym ciężarem.
24/12/2012
Prawie rok temu wprowadziliśmy się na Falkoner Alle. Wreszcie rozumiem o co chodzi z tą Kopenhagą.
Przechodnie mieli płaszcze z kołnierzami postawionymi na sztorc, nauszniki albo puchowe kurtki i czapki zachodzące głęboko na czoła. Obok, na wydzielonym pasie, rowerzyści chowali głowy między ramionami. Ojcowie pospiesznie targali toboły z paromiesięcznym potomstwem. Zdarzali się biegacze, obojętni na chłód, w obcisłych spodniach i błyszczących butach, cwałujący ponad kałużami.
Nastało lato. Przechodnie zmienili płaszcze na koszule i rozpuścili półdługie włosy, dziewczyny odsłoniły nogi, czasem nawet ramiona, rowerzyści unosili głowy dumnie, mrużąc oczy przed pochylonym słońcem, biegacze cwałowali po swojemu, a ich buty błyszczały się jak aplikacje w smartfonie. Ojcowie targali toboły z żywym i wrzeszczącym, a te pociechy, co urosły od stycznia, wylądowały w siodełkach na czołach rowerów. Knajpy rozsypały krzesełka u swoich bram.
Wczoraj siedzę przy komputerze, spoglądam za okno, na ołówkowe drzewka i prostopadłą ulicę zbiegającą się do jednego punktu, jak na wprawce młodego rysownika uczącego się perspektywy. Półmrok. Skupiam wzrok na ekranie przez jakieś dziesięć minut, znów patrzę w okno, a tam biała zamieć i lód na ulicach. Trudno, trzeba iść na siłownię. Ramoneska chroni przed wiatrem wszystko z wyjątkiem policzków, zimno aż parzy, w twarz wbijają mi się okruchy zamarzniętego śniegu, garbię się i niewiele brakuje, abym wysunął rozczapierzoną dłoń, do siłki mam może pięćset metrów, z czego część wiedzie przez centrum handlowe, a jednak mam wrażenie, że przedzieram się przez kawał fiordu.
Kołnierze płaszczy przechodniów wciąż sterczą, czapki sięgają brwi. Ojciec drałuje z tobołkiem, gdybym się przyjrzał, zobaczyłbym maleńkie oczy wystające z wełny, obojętne na wszystko, co dzieje się wokół. Rowerzysta zawzięcie pedałuje przez gęstniejący śnieg, jakaś dziewczyna w stroju sportowym tupta czekając, aż zmienią się światła.
Deszcz, wiatr, śnieg, słońce – nic nie zmieni tej ulicy, bo Kopenhaga jest niezmienna, tak samo jej mieszkańcy, wolni nie tylko od trosk, ale wbrew Kierkegaardowi, także od trwogi. Będą biegać, będą iść, będą jechać dokładnie w tym samym tempie, wykonując identyczne ruchy jak teraz, jak rok temu, 10 lat temu i tak dalej. Teraz jest słońce i znów to samo. Myślę o tym, jak wypływali kiedyś w morze.
31/05/2013Kaczki, czyli krok ku dojrzałości. Poszukuję miejsca, w którym mógłbym czytać. Robię to ciut wbrew sobie, gdyż mógłbym zwalić się na kanapę, przeglądać skserowane papiery o Ziemiach Odzyskanych, leżałbym sobie tak, wyglądając pierwszych objawów gnicia. Tłumaczyłbym sobie potem, że to jakieś dziwaczne magazynowanie sił, że niedługo będę dzielił czas między Julka, pracę, spotkania towarzyskie i biznesowe, więc muszę kumulować w sobie wszelkie potencje, co oczywiście jest bzdurą. Mam tyle sił, ile życie ich wymaga, tak było dotąd i będzie jeszcze trochę. No i jest. Idę do dużego parku we Frederiksbergu, na ławkach i plamach zieleni ocieplonych słońcem zaległy przebrzydłe Skandynawy. Mają jasne koszulki, odsłaniają nogi i trwają w kompletnym bezruchu. Wygląda to na pobojowisko zasłane ciałami pomarłych ze szczęścia, promienie słońca wpadające przez drzewa rozrywają kontury nielicznych biegających. Przypominają przez to duchy. No ale mnie wszystko duchy przypomina. Krążę chwilę w poszukiwaniu miejsca i znajduję coś, na co nikt nie zwrócił uwagi. To gruby pień po ściętym drzewie, tuż obok oczka wodnego. Siadam i Dania zmienia się w Narnię. Brązowa woda okala niewielką wysepkę pełną traw i przysadzistych drzew, buty giną mi w zieleni. Kaczki spoglądają na mnie nieufnie, po chwili przyzwyczajają się i krążą w około, kłapiąc nienasyconymi łyżkami dziobów. Głosy umilkły, wszystkie głosy. Nawet nie mogę spojrzeć za siebie, pień zasłania wszystko. Gdy wstanę, będę miał brudną dupę i spokój w duszy. To chyba jest jakaś reguła. Dziś powinienem tam wrócić. Wezmę siekierkę i wykarczuję korzeń sterczący z ziemi. Pniak, ścięty na wysokości metra, i tak go nie potrzebuje. Ciężko…