Przyznaję od razu: nigdy nie zagłębiłam się w zasoby prawdziwego archiwum, w ogóle nie znam procedury pracy w archiwach. Jestem archiwistą amatorem, literatką. Moje prywatne archiwum spowija mgła. To przestrzeń podświadomości. Są w nim dziesiątki twarzy, które kamera mojego oka uwieczniła bez szczególnego powodu, dziesiątki czyichś gestów, dźwięków, zdań, a potem jakiś dom, który już nie istnieje, ale śni mi się regularnie. Dom rozpruty schodami, galeryjkami, skrytymi pomieszczeniami, sieciami pająka, z dziurami w ścianach, przez które wdziera się silny wiatr. W tym archiwum pochowane zostały fragmenty rozmów prowadzonych na jawie, ale i we śnie, przedmioty i wspomnienie przedmiotów, książki, których zawartość przypomina mi właśnie dom z mojego namolnego snu, obrazy, zapachy, okruchy z podróży. I proszę, to nie ja jestem tą, która przechadza się po archiwistycznej przestrzeni i wybiera fiszki, to elektroniczne fiszki wybierają mnie. Wyskakują z archiwów niczym sprężyna i zajmują moją uwagę, wpychają się, pędzą, i wszystkie, najwyraźniej, stały się obiektami niewygodnego pomieszania: jedne łączą się z innymi, bez jasnego dla mnie powodu. Niedawno byłam na Bali. Ciemność zapada tam wcześnie, a słońce wschodzi późno. W nocnej ciszy słuchałam, jak opadają duże liście z drzew. Zawsze jeden liść za drugim, nigdy dwa jednocześnie. Wielkie mrówki, które spadały skądś na ekran komputera, książki – stojące na półce dostępnej dla wszystkich, poszarzałe od wilgoci, którą turyści zostawili już za sobą – były (albo nie były?) tą iskrą, która uruchomiła „fajlpad”. Pilni pracownicy hotelu spacerowali dookoła z miotłami i workami na śmieci, całymi dniami zamiatali każdy opadły liść, robili to, nawet kiedy wiał wiatr. Inni zmieniali pościel każdego dnia i ręczniki kilka razy dziennie. Budziłam się w nocy, siadałam na wiklinowym bujanym fotelu i wpatrywałam się w gorący, wilgotny tropikalny mrok. Niewidoczne „fajle” z mojego archiwum opadały na mnie niczym liście i chwilami miałam wrażenie, że się poddam, stracę kontrolę i na zawsze utonę w niewidocznej, bujnej stercie.
Na Bali była ze mną niedawno zmarła mama i mój dawno zmarły ojciec, znalazło się też miejsce dla miasteczka Bol, gdzie mama i ja ostatni raz spędziłyśmy wakacje. Byli też rozmaici ludzie, z „konspiry”, a w ogóle nie powinni tam być, gdyż ostatni raz widziałam ich ponad 30 i więcej lat temu, i od dawna nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Myślałam: co oni tu ze mną robią na Bali? A gdyby tak personel hotelowy odkrył, ile osób niezameldowanych mieszka w moim pokoju, ile by to kosztowało?
Balijczycy wynoszący każdego ranka przed dom miniaturowe tacki z liścia palmowego z darami (kwiatek, trochę ryżu i kadzidełka), żeby nakarmić dobre i złe duchy – tym codziennym religijnym gestem pacyfikują Archiwum, w którym przebywają i żywe, i martwe, widzialne i niewidzialne światy. „Trzeba je karmić, kiedy są głodne, potrafią się naprzykrzać”, potwierdził miejscowy taksówkarz.
Encyklopedia umarłych
Danila Kiša do napisania opowiadania Encyklopedia umarłych zainspirowała podobno notatka prasowa mówiąca o tajnym archiwum mormonów, Granite Mountain Records Vault w Utah. Dzisiaj dzięki Internetowi fotografie archiwum, jego imponująca lokalizacja i ekscytujące informacje o nim są ogólnie dostępne. Przed 30 laty, kiedy opowiadanie zostało napisane, krótka notatka prasowa o mormońskich biografiach, które przechowuje się na mikrofilmach w ukrytych pieczarach w Utah, rozpaliła wrażliwą na historię wyobraźnię Kiša. Bohaterka Encyklopedii umarłych, teatrolożka z zawodu, opowiada swoją historię nieznajomemu słuchaczowi. Tajemne archiwum znajduje się w Sztokholmie i umieszczono w nim biografie ludzi, ale tylko tych, których nazwiska „nie figurują w żadnej innej encyklopedii”1. Bohaterkę wpuszcza do archiwum portier trzymający „duże metalowe kółko z kluczami”. Ów cerber zamyka za nią drzwi i zostawia ją samą w bibliotece niczym w kazamatach. Wejście do biblioteki to wejście do Hadesu, do świata umarłych. „Skądś dochodził przeciąg, kołysał płachtami pajęczyny, która niby brudna, wystrzępiona gaza zwisała na półkach z książkami, jak w piwnicy na butelkach starego, wybornego wina. Wszystkie pomieszczenia były takie same, połączone wąskim przejściem, i wszędzie docierał ów przeciąg, którego źródła nie mogłam ustalić”. „Zaczęłam przebiegać oczami akapity, obracając otwartą księgę, na ile pozwalał łańcuch, do skąpego światła. Gruby kurz na brzegach kartek i płachty rozkołysanej ciemnej pajęczyny wyraźnie świadczyły, że nikt tych tomów nie rusza. Księgi były zakute w kajdany, jak niewolnicy na galerach, a na łańcuchach nie było kłódek”. Narratorka odkrywa, że trafiła do pomieszczenia Encyklopedii umarłych („Nagle oświeciło mnie, że jest to słynna Encyklopedia umarłych”), ale to, co czyni tę „encyklopedię wyjątkową – nie tylko dlatego, że jest unikalna – to sposób, w jaki opisano w niej stosunki między ludźmi, spotkania, krajobrazy, tę obfitość szczegółów, z których składa się życie ludzkie”. Tajemni założyciele Encyklopedii umarłych „wierzą bowiem w cud biblijnego zmartwychwstania i tę olbrzymią kartotekę przygotowują na ów moment. Każdy będzie mógł w niej odnaleźć nie tylko swoich bliskich, lecz przede wszystkim własną zapomnianą przeszłość. Rejestr ten będzie wtedy wielką skarbnicą pamięci i jedynym w swoim rodzaju dowodem zmartwychwstania”.
Opowiadanie Danila Kiša opublikowano w 1983 r., długo przed tym zanim Internet stał się powszechnie dostępny. Sposób, w jaki narratorka, przeglądając encyklopedię, odnajduje i czyta biografię swojego niedawno zmarłego ojca, jest niemal doskonałą literacką antycypacją obecnej nawigacji internetowej. Narratorka nie tyle je czyta, ile raczej, przekładając kartki, patrzy („Potem, jakby wszystko to odwijało się na moich oczach…”) i odkrywa, że każdy szczegół z biografii ojca powiązany jest ściśle z innymi wydarzeniami. „Historia jest dla redaktorów Księgi umarłych sumą ludzkich losów, całokształtem ulotnych zdarzeń. Dlatego odnotowują każdą czynność, każdą myśl, każde dobroczynne tchnienie, każdą cyferkę na mapie wpisują do rejestru, każdą łopatę odrzucającą błoto, każdy ruch, który spowodował podniesienie cegły z ruin”.
Z opowiadania Kiša nie dowiadujemy się niczego o encyklopedystach, o archiwiście, o systematyzorach ludzkich losów. Pozostają ukryci. Istnieje tylko Księga umarłych (albo Encyklopedia umarłych, albo tylko Księga), jak wszystkowiedzący, wszystkowidzący, a więc boski mechanizm pamięci, zacierający hierarchie z ludzkiego świata i ustanawiający wyższą sprawiedliwość. Ten nadrzędny mechanizm pamięci, który przed ponad 30 laty wykluł się z humanistyczno-utopijnej wyobraźni i autentycznie bolesnej świadomości, że większość ludzkich żywotów kończy w prochu, dzisiaj dzięki technologii wymknął się ze swoich etycznych, estetycznych, moralnych i metafizycznych koordynatów i stał się dominującą kulturową obsesją naszych czasów. Z wierzchu ta obsesja wygląda jak masowa orgia autoreprezentacji. Pod spodem przerażony dysze strach – strach przed śmiercią.
Archiwum jest realne, życie – wirtualne
Archiwum, czy też archiwista (grany przez Pete’a Postlethwaite’a), jest bohaterem filmu Wiek głupoty (2009). Najpierw przed naszymi oczami przesuwają się zdewastowane symbole współczesnego świata (Londyn pod wodą, Tadź Mahal w ruinach, Las Vegas zasypane piaskiem, budynek opery w Sydney w płomieniach), a potem kamera prowadzi nas gdzieś przez morze do gigantycznej platformy w kształcie kwiatu, a może zakotwiczonej w powietrzu nad morzem Arki Noego. „Welcome to Global Archive!”– wita nas głos archiwisty. Jest rok 2055, tymczasem archiwista dzięki super- touchscreenowi cofa nas do naszych czasów, do roku 2008. Film mówi o globalnym zatopieniu, o tym, że ludzkość, zamiast się ratować, wybrała samobójstwo. Archiwum, które znajduje się na morskim pustkowiu, pozostawiono dla jakichś przyszłych inteligentnych bytów jako świadectwo naszego istnienia. Archiwum – wywołujące w zwykłym śmiertelniku najpierw skojarzenie z tajnymi archiwami policyjnymi czy państwowymi albo z jakimś obskurnym, zakurzonym miejscem, do którego zaglądają tylko ekscentrycy – utrwala się w powszechnej wyobraźni jako wirtualna Arka Noego, pozbawiona osobników ludzkich, posłana dokądś i do kogoś jak list w butelce. Widzowie filmu, jak sądzę, nie zauważyli zachwiania relacji między wirtualnym a realnym światem, co autorom poruszającego ekologicznego manifestu filmowego po prostu wymknęło się spod kontroli. Ta relacja jest przeciwna do oczekiwanej: archiwum to realne miejsce, gdzie umieszczono realne, namacalne eksponaty, o które troszczy się realny archiwista. Ludzkość i jej historia są wirtualne, ożywają tylko dzięki woli archiwisty i kontaktowi jego palca z klawiszami touchscreena.
Jak to się stało?
Archiwum dla zwykłych śmiertelników jest synonimem tego, co oryginalne i autentyczne. Kto ma w swojej władzy archiwum, posiada ogromną moc manipulacji. Dlatego cena archiwaliów na rynku naszych wartości rośnie – czy chodzi o pantofelki, które nosiła Judy Garland w filmie Czarnoksiężnik z krainy Oz, czy o archiwa pisarzy. Pisarze, którym jeszcze za życia zaproponowano odkupienie archiwaliów, zapewniają sobie nieśmiertelność. Ten związek między archiwum i nieśmiertelnością dostrzegł pewien chorwacki poeta, który przede wszystkim postarał się przeżyć swoich współczesnych. I udało mu się – zmarł w wieku 101 lat. Przez całe życie starannie kompletował swoje archiwum, zbierał wszystko, podobno nawet bilety tramwajowe. Tylko tragicznie pomylił konteksty. Wylądował ze swoim archiwum nie w tym stuleciu, nie w tym kraju, nie w tych okolicznościach.
Biedni ludzie nie zostawiali po sobie świadectw swojego istnienia. Ale potem pojawiło się zbawienne odkrycie – fotografia. Trzeba było sporo czasu, żeby przed aparatem fotograficznym miejsce uprzywilejowanych zajęli ci mniej uprzywilejowani, których na fotografię było stać tylko raz w życiu. W rosyjskich wiejskich izbach było miejsce nazywane pięknym kątkiem (krassnyj ugolok). To miejsce przeznaczone dla ikony i świeczki, która paliła się ku sławie Boga i patrona rodziny. Dużo czasu minęło, żeby w pięknym kątku pojawiły się fotografie gospodarza i członków rodziny, by miniaturowa świątynia domowa stała się miniaturowym archiwum domowym, a potem jeszcze trochę, by rodzinne fotografie zostały przeniesione do pudełka (zwykle pudełka po butach), i jeszcze trochę, by fotografie członków rodziny trafiły do albumu rodzinnego, czyli – innymi słowy – by wymknęły się ze związku z Bogiem i świętymi.
Jak doszło do przeniesienia władzy z archiwum na archiwistę, z instytucji na profesję i, idźmy dalej, z profesji archiwisty na archiwistę amatora?
Proces zaczął się, jak przypuszczam, w momencie zadomowienia się pierwszej rodzinnej fotografii w domowej świątyni, w momencie naruszenia ustalonego porządku i hierarchii, w momencie dekonstrukcji instytucji, historii jako wiedzy, państwowych i religijnych systemów, wraz z pojawieniem się psychoanalizy, wielkich przeobrażeń w sposobie myślenia, wraz ze sztuką, z rewolucją październikową i ruchami awangardowymi z początku XX w., wraz z dadaizmem, futuryzmem, z ówczesną ogólną poetyką podważania kanonicznych wartości estetycznych i wszelkich innych. Archiwomania w kulturze rosyjskiej pojawiła się wraz z rosyjskim realizmem (z typowymi postaciami skąpców, postaciami, których nazwisko, dajmy na to: Koroboczka, od razu sugeruje ukryte miejsce, gdzie skrywa się tajemnice i drogocenne przedmioty, czyli archiwum). Potem temat wypłynął w powieściach Konstantina Waginowa, rosyjskiego pisarza z lat 30. minionego wieku. Waginow pokazuje świat obsesyjnych, oszalałych kolekcjonerów i archiwistów, którzy w czasach rewolucyjnego chaosu zajmują się zbieraniem codziennych błahostek. Swistonow kolekcjonuje książki, wycinki prasowe, ale też żywe postaci do powieści, którą pisze; bohaterowie Bamboczady zakładają Stowarzyszenie Zbieraczy Błahostek, a bohater Harpagoniady Żulonbin staje się kolekcjonerem wszelakich śmieci: pogryzionych ołówków, niedopałków i paznokci. Karnawałowi straceńcy, ludzie starych czasów są przeciwwagą dla rewolucyjnych czasów, które nadchodzą. Temat archiwomanii pojawił się znowu w latach 70. ubiegłego wieku jako program rosyjskich socrealistów. Socrealiści, przeczuwając, że epoka sowiecka dobiega końca, zajmowali się wyobcowaniem swojej codzienności. Odwołujący się do tradycji rosyjskiej awangardy i popartu Ilja Kabakow obsesyjnie kolekcjonował przedmioty będące elementem tej sowieckiej rzeczywistości. W instalacjach Kabakowa ożyło socrealistyczne malarstwo, biurokratyczne formularze, ostrzeżenia, plakaty, sowieckie elementarze, język sowieckich ideologicznych kliszy, sowieckie produkty itp. Prace Kabakowa to tragiczne archiwum „śmieci”, które czasy sowieckie pozostawiły za sobą. Po…