Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Boskie DNA

Zdaniem Kościoła nie dzieje się nic złego, dopóki kobieta nie zaprzecza, że jest kobietą, a mężczyzna, że jest mężczyzną, nawet jeżeli odczuwają niemożność wypełniania ról społecznych zgodnych ze swoją płcią. Problem zaczyna się wówczas, gdy osoba transpłciowa decyduje się na wejście w role, które nie zostały jej dane.

„W świetle ideologii gender jest możliwy i zostaje uznany za przejaw normalności transseksualizm, czyli przechodzenie z jednej płci w drugą” – to cytat z artykułu opublikowanego w jednym z katolickich tygodników. Jakie są przyczyny takich nieporozumień?

Wynikają one z niewiedzy. Z punktu widzenia nauki nie wiemy zbyt wiele o genezie transseksualizmu. A to, co wiemy, z pewnością nie pozwala na takie uproszczenia. Zresztą o tym, że niewiele wiemy, mówi również i Kościół w oficjalnych wypowiedziach.

Ale czy są jakieś podstawy, aby do sprawy mieszać „ideologię gender”?

Jeśli katechezę biblijną oderwiemy od tego, co mówią nauki przyrodnicze, możemy dojść do wniosku, że skoro Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, to płeć i gender są synonimami: to, co kobiece, przynależy jedynie do kobiet, a to, co męskie – do mężczyzn. I są to zbiory rozłączne. Z tego wynika idea komplementarności: aby człowiek mógł w pełni stać się osobą, potrzebuje spotkać „drugą połówkę”. To jest jednak uproszczenie, bo aby odpowiedź na pytanie, „czy jestem i kim jestem jako mężczyzna, kim jestem jako kobieta?”, trzeba brać pod uwagę płeć biologiczną, tożsamość płciową, społeczną rolę płciową oraz orientację seksualną.

W jaki więc sposób rozpoznajemy, że ktoś jest kobietą lub mężczyzną? Dziś nauki biologiczne posługują się wieloma wyznacznikami płci. Mówimy o płci chromosomalnej, gonadalnej, fenotypowej, hormonalnej… A co na to Kościół?

Kościół mówi, że to, co określa człowieka jako mężczyznę lub kobietę, jest biologicznie zakodowane w DNA. Naszą tożsamość płciową wyznaczają więc chromosomy. Jesteś tym, czym jest twój organizm. Tak więc mężczyzna transseksualny zawsze pozostaje genetycznie, gonadalnie i fenotypowo mężczyzną. To, czy mamy subiektywne poczucie zgodności z płcią wyznaczoną przez geny, jest osobną kwestią. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę; mężczyzna może być tylko w męskim ciele, a kobieta – w kobiecym. Jeśli pojawiają się w tym względzie jakieś zaburzenia, od poczucia tożsamości do nieadekwatności organów, to trzeba je leczyć, a nie uznawać za „normalność”. Z medycznego punktu widzenia problem z takim stanowiskiem Kościoła polega na tym, że nie wyróżnia płci psychicznej.

Czy tym właśnie można tłumaczyć, że w wypowiedziach Kościoła pojawia się termin „zmiana płci”, podczas gdy świat nauki, prawodawcy i same osoby transpłciowe coraz częściej mówią o „korekcie”?

Tak. Zdaniem Kościoła nie dzieje się nic złego, dopóki kobieta nie zaprzecza, że jest kobietą, a mężczyzna, że jest mężczyzną, nawet jeżeli odczuwają niemożność wypełniania ról społecznych zgodnych ze swoją płcią. Problem zaczyna się wówczas, gdy osoba transpłciowa decyduje się na wejście w role, które nie zostały jej dane. Prawo kanoniczne podkreśla, że mężczyzna transseksualny pozostaje mężczyzną, nawet po wykonaniu operacji upodabniającej go do kobiety. I vice versa.

Osoby transpłciowe (zwłaszcza po korekcie płci) uważa się za niezdolne do sakramentów małżeństwa i kapłaństwa. W 2002 r. Watykan nie zezwolił na dokonywanie zmian w metrykach chrzcielnych. Stolica Apostolska zleciła jedynie, aby księża fakt ten odnotowywali na marginesie ksiąg. Problemem praktycznym pozostaje też chrześcijański pochówek – wielu kapłanów uważa, że osoby po korekcie płci powinny być pochowane pod poprzednim imieniem i nazwiskiem. Dlaczego Kościół zwleka z jednoznacznym rozstrzygnięciem tych kwestii?

Kiedy w 1984 r. po raz pierwszy zorganizowano sympozjum dotyczące problematyki transpłciowości, Watykan zastrzegł, że pójdzie o krok dalej dopiero wtedy, gdy nauka jednoznacznie wyjaśni etiologię transseksualizmu. Dopóki to nie nastąpi, nie dojdzie do zmiany w praktykach duszpasterskich. Dlatego, mimo iż Kościół nie wypowiedział się na temat genezy transpłciowości, zabrania osobom po korekcie płci wstępowania w związek małżeński i nie dopuszcza ich do kapłaństwa. W pierwszym dokumencie, jaki został wydany przez Kongregację Nauki Wiary, z 28 września 2002 r. podano bardziej szczegółowe informacje, jak należy postąpić w aktach kościelnych, gdy transseksualista zmienił płeć – zachowano jednak status osoby sprzed zabiegu.

Problemem bywa także zmiana języka: „W tym czasie żyłam już jako kobieta, oczywiście używałam żeńskich form, a ksiądz co chwilę poprawiał je na męskie końcówki. Mówię np. zgrzeszyłam, a on: zgrzeszyłeś, i tak w koło Macieju. W innej sytuacji postawiłabym się i wyjaśniła, jak bardzo się myli, ale to przecież spowiedź”.

Ludziom z zewnątrz bardzo trudno jest zrozumieć osobę, która dokonała zmiany płci. Nawet jeśli są do niej nastawieni życzliwie, to zmiana rodzajnika nie przychodzi im łatwo. Zdarza się, że ci, którzy znali wcześniej taką osobę, nie potrafią zaakceptować jej decyzji o korekcie płci, a ci, którzy nie znali jej przed korektą, przyjmują ją wyłącznie w nowej tożsamości.

Terminem „gender” posługują się nie tylko nauki społeczne, ale i przyrodnicze. Transseksualizm pojawił się po raz pierwszy w trzeciej edycji DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) i zaliczony został do grupy zaburzeń tożsamości płciowej określanych mianem gender identity disorder.

W pewnych sytuacjach, a do takich zaliczyć trzeba transpłciowość, przekonanie o tym, kim jesteśmy, nie pokrywa się z tym, jakie mamy ciało. Osoba transpłciowa ma poczucie uwięzienia we własnym ciele. Czuje się ograniczona w ekspresji osobowości, bo nie może w pełni korzystać z ról, które przypisywane są danej płci. Jedno i drugie przysparza jej ogromnych cierpień. A zwłaszcza to pierwsze. Posiadanie ciała postrzegane jest jako absolutnie konieczne do zbudowania poczucia tożsamości. Jesteśmy bytami ucieleśnionymi. Ale niektórzy ludzie postrzegają, że dane im ciało nie jest zgodne z męską lub kobiecą tożsamością, którą przeżywają na poziomie psychicznym. To, co w świecie medycznym określone jest mianem gender dysforia (gender dysphoria), mówi nam jednocześnie o pewnym paradoksie: posiadanie właściwego ciała postrzegane jest jako absolutnie konieczne dla właściwego poczucia tożsamości, ale możliwe jest silne poczucie tożsamości w niewłaściwym ciele. Część katolików takie paradoksy odrzuca. Rodzi to podejrzenie, że osoba transpłciowa nie akceptuje tego, kim jest przez to, jakie ma ciało. A przecież osoby transpłciowe nie odrzucają ciała! Niektórzy działacze LGBT uważają nawet, że to, co proponuje współczesna medycyna, również nie jest w pełni satysfakcjonujące, że terapia zakładająca korektę biologicznego ciała jest po prostu represyjna.

A jaką terapię osób transpłciowych dopuszcza Kościół?Istnieją zasadniczo dwie metody leczenia. Pierwsza opiera się na oddziaływaniach natury psychologicznej lub hormonalnej, a więc na psychoterapii i lekach. Druga polega na operacyjnych zmianach płci, a więc terapii chirurgicznej. Z punktu widzenia Kościoła pierwszy rodzaj terapii nie budzi zastrzeżeń etycznych; drugi natomiast uważany jest za niedopuszczalny, bowiem w terapii chirurgicznej nie ma „terapii przyczynowej”, a więc tego zabiegu nie uznaje się za terapeutyczny. Mówiąc prościej, w terapii chirurgicznej nie dokonuje się leczenia chorego organu ani poprawy jego funkcjonowania, tylko usuwa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj