Subskrybuj
Przedsiębiorca z 26-letnim stażem. Pracuje z projektantami i przemysłem, tworząc zespoły projektowo- -wdrożeniowe (www.sobierajski.pl), prowadzi program stażowy dla młodych projektantów (www.polyester-design.com) oraz warsztaty z budowania relacji projektantów i przedsiębiorców. Otrzymał wiele nagród i wyróżnień w...

Zaprojektowana bezużyteczność

Nie chodzi o to, że nasze telefony psują się po ściśle zaprojektowanym czasie użyteczności. Każdy z nich nadal działa, nie są jednak w stanie obsłużyć wszystkich dostępnych dziś na rynku technologii transmisji danych, bez których nie możemy się już obyć. Odkładamy na bok sprzęt całkowicie funkcjonalny, natrafiając na kolejną przygotowaną dla nas promocję.

Zawodowo zajmuję się planowaniem i budżetowaniem procesów projektowo-wdrożeniowych dla nowych produktów przemysłowych. Moja praca polega na analizie przyjętych na rynku rozwiązań oraz opisywaniu założeń, na jakich mają się opierać nowe przedsięwzięcia inwestycyjne. Istotę tego zajęcia oddaje stwierdzenie Michaela Fleischera: „Nie chodzi o to, by coś zaprojektować. Chodzi o to, by zrozumieć mechanizm tworzenia i używania świata”. To niełatwy proces, przypominający po części zarówno pracę archeologa, jak i futurologa. Jednak gdy już się zakończy, pozwala nam zdystansować się od otaczającej rzeczywistości i zaprojektować dobry produkt lub usługę.

Współczesny świat został zorganizowany w taki sposób, że wmawia się nam konieczność posiadania rozmaitych dóbr, a jednocześnie kieruje się w naszą stronę ofertę z możliwością nieograniczonego zadłużania się. Z jednej strony spożywamy niezdrowe, przetwarzane przemysłowo produkty, a z drugiej – oglądamy i słuchamy reklam chemicznych środków, które uleczą nasze wątroby, żołądki, jelita czy serca. Potrzeba konsumpcji i posiadania została nam tak głęboko wpojona, że za antidotum na jakiekolwiek płynące z niej zagrożenia postrzegamy jedynie możliwość dalszego posiadania. Wskutek tego niemającego końca zapętlenia zaczęły już powstawać zorganizowane ruchy kontestujące skupioną na konsumpcji logikę świata.

Emocje i niska cena

Gdy zastanawiamy się nad tym, dlaczego i jak kupujemy, dochodzimy do rozbieżnych wniosków. Rozum podpowiada, by kupować z namysłem i rozsądnie, na podstawie chłodnej analizy potrzeb i możliwości. Jednak człowiek jest z natury emocjonalny i zdecydowaną większość swoich decyzji podejmuje pod wpływem chwili, kupując nie tylko to, czego potrzebuje, ale również to, co np. zaspokaja jego poczucie snobizmu.

Właśnie o te „emocjonalne chwile” zaciekle walczą agencje marketingowe i reklamowe pracujące dla dużych graczy rynkowych, dostarczających nam różnego rodzaju dóbr oraz kredytów na ich zaspokajanie. Nasze chwilowe emocje warte są dla nich miliardy. Stanowią o ich „być albo nie być” na rynku. Walka o nasze decyzje zakupowe trwa bezustannie. Nawet korzystając z niezwykle promocyjnych cen, nie dostajemy nic za darmo. W takich przypadkach stajemy się raczej nośnikiem informacji marketingowej w procesie projektowania i dystrybucji nowych potrzeb dla kolejnych konsumentów.

Aby posiadać więcej, chcemy kupować tanio. To bardzo logiczne. Stara zasada kupiecka mówi jednak, że jest albo dobrze, albo szybko, albo tanio. Dostawcy dóbr i usług mają więc bardzo trudne zadanie, by zaspokoić nasze sprzeczne oczekiwania. Z perspektywy producentów największe zyski można osiągnąć w sektorze dóbr najtańszych. Tam jest po prostu największy wolumen sprzedaży i najwięcej konsumentów – takich w dodatku, których najłatwiej omamić przekazem reklamowym. W sektorze dóbr średniej i wysokiej jakości konsumentów jest znacznie mniej. Są też oni znacznie bardziej świadomi swoich wyborów. Towary ekskluzywne sprzedają się zaś niezmiernie rzadko i stanowią margines rynku. Projektanci dóbr konsumpcyjnych mają więc za zadanie zaprojektowanie wysokich marż eksploatacyjnych dla niekoniecznie drogich produktów. Sam produkt stał się tylko nośnikiem wypaczonych zasad ekonomii.

Komplikacja prostoty i autoryzowany serwis

W latach 70. samochód stanowił dobro luksusowe. Wystarczał użytkownikom na długo, był solidnie zbudowany, miał prostą konstrukcję. Sami więc mogliśmy go naprawić i dzięki temu wszędzie nim dojechać. W końcówce lat 90. rynek motoryzacyjny wszedł w fazę nasycenia. Nie potrzebowaliśmy już wtedy większej ilości samochodów, jednak przemysł nadal musiał się rozwijać, a producenci chcieli wciąż więcej zarabiać. Jak projektanci wybrnęli z tej sytuacji? Stworzono produkt, który przypomina ten z lat 70. tylko dlatego, że ma drzwi i koła. Dzisiejszy samochód jest tak skomplikowanym zespołem różnych urządzeń, że w niektórych modelach nawet tak prosta, zdawałoby się, czynność jak wymiana żarówki wymaga wizyty w autoryzowanym serwisie. Jednocześnie dziwnym trafem przepalają się one w reflektorach w odstępie kilku dni jedna po drugiej. Czy inżynieria materiałowa żarników jest na takim poziomie, że układ elektroniczny samochodu generuje „przypadkowe” przepięcia w instalacji? To wiedzą już tylko projektanci samochodów. Faktem jest, że stopień skomplikowania pojazdów już dawno wykluczył jakąkolwiek amatorską ingerencję w sposób ich serwisowania. Drobna stłuczka wystarcza, byśmy się przekonali, że reflektor kosztuje kilka tysięcy złotych. Jest to kwota porównywalna z wartością używanego samochodu. Zarabiamy więc – lub, w gorszym przypadku, pożyczamy – bo zmuszeni jesteśmy stawić się w serwisie producenta. Mamy przecież wieloletnią gwarancję, którą utracimy, gdy tylko udamy się do nieautoryzowanego warsztatu. Niektórzy producenci naszych pojazdów wprowadzili nowość marketingową polegającą na wieloletniej gwarancji na karoserię, jednak tylko pod warunkiem dokonania w tym okresie kilku płatnych serwisów tego elementu w autoryzowanym warsztacie producenta. Inna marketingowa innowacja polega np. na tym, że zaczynamy praktykować przeglądy okresowe co 30 tys. km. W oficjalnym przekazie słyszymy, że to dla nas wygoda i oszczędność. Czy jednak do budowy silników wprowadzono nowe materiały, które wolniej się zużywają? Czy konserwowane są one przez specjalne, długodystansowe oleje? Czy zmieniono układ filtrujący? Nie, po prostu dłużej jeździmy na przepracowanym oleju, gwarantując w ten sposób zarobek producentowi na serwisowaniu silnika tuż po okresie gwarancyjnym. Na rynku pojawiły się samochody z układem rozrządu zaprojektowanym od strony koła zamachowego. Prosta dotąd czynność eksploatacyjna wymiany paska rozrządu została przeprojektowana na skomplikowaną naprawę wymagającą rozdzielenia silnika od skrzyni biegów. Inaczej nie będzie dostępu do rozrządu. Koszt takiej eksploatacyjnej czynności jest tak duży, że przy drugiej wymianie rozrządu już nie opłaca się dalej eksploatować pojazdu, którym mogłoby się jeździć jeszcze przez wiele kolejnych lat. Producenci samochodów nie zarabiają już na wytwarzaniu produktu, ale na obsłudze posprzedażnej i serwisowaniu skomplikowanych części zaprojektowanych na określony czas użytkowania.

Kosztowność podzespołówJeszcze gorzej stan rzeczy przedstawia się w zakresie sprzętu AGD lub niektórych urządzeń elektronicznych, jak np. drukarki, które traktowane są coraz częściej jako akcesoria jednorazowego użytku. Ich naprawa staje się tak mało opłacalna, że wyrzucamy nasze półsprawne dobra na śmietnik i kupujemy nowe. W przypadku drukarek atramentowych cena kartridża bywa bowiem większa niż koszt samej drukarki. Z kolei bębny drukujące w urządzeniach typu laserowego są często wyposażone w układy elektroniczne wyłączające ich działanie po określonej liczbie wydruków. Producenci – zasłaniając się dbałością o jakość – pozbawiają nas prawa do oceny, kiedy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj