Subskrybuj
Dziennikarz, publicysta tygodnika „Wprost”, członek nieformalnej grupy chrześcijan LGBTQ Wiara i Tęcza.

Bóg odnalazł mnie w mroku

Osoby transseksualne najczęściej muszą szukać prawdy o sobie poza Kościołem. Dla własnego dobra odchodzą z niego w najbardziej dramatycznym momencie swego życia – mówi Kinga Kosińska, założycielka strony internetowej dla chrześcijan transpłciowych.

Inność w Kościele nie może być wrogiem! – krzyczy do biskupa 32-letnia Kinga. Biskup nazywa się Ignacy, jest gejem i jeszcze nie skończył 30 lat. Tak naprawdę, podobnie jak Kinga, odgrywa scenkę, tak się złożyło, że akurat jemu przypadła rola katolickiego hierarchy. W zainscenizowanej historii przychodzi do niego grupa osób homo- i transseksualnych, które proszą o gościnne przyjęcie w Kościele. Psychodrama odbywa się w ramach warsztatów prowadzonych przez Halinę Bortnowską w trakcie rekolekcji grupy chrześcijan LGBT Wiara i Tęcza. Grupa działa w całej Polsce półkonspiracyjnie od trzech lat, kościelni hierarchowie ani jej nie wspierają, ani nie zwalczają. Wierze i Tęczy trudno było znaleźć rzymskokatolickiego księdza, który poprowadzi rekolekcje, w końcu się udało, głównie dzięki pośrednictwu zaprzyjaźnionych katolików świeckich.

Halina Bortnowska prosi, by uczestnicy warsztatów rekolekcyjnych przedstawili swoje oczekiwania wobec Kościoła. Za kilka dni w Watykanie ma się zacząć synod poświęcony rodzinie, światowe media piszą, że po raz pierwszy zajmie się on miejscem lesbijek i gejów w Kościele. Kinga, która urodziła się jako chłopiec, martwi się, że o osobach transpłciowych znowu cisza.

W scence odgrywa rolę taką, jaką napisało jej życie – transeksualnej katoliczki. Gdy mówi, że Kościół powinien najpierw wysłuchać, a potem oceniać, załamuje się jej głos. Chyba jest przekonująca, bo „biskup Ignacy” zapewnia, że akceptuje ją taką, jaka jest. – To piękna scena, choć wyssana z marzeń – chwali Bortnowska. Kinga dziwi się, że prosta psychodrama wyzwoliła w niej aż takie emocje – była roztrzęsiona, czuła fizycznie, jakby słowa, które wypowiadała, wyrywały się jej z żołądka.

Z Kingą rozmawiam jeszcze w trakcie rekolekcji. Mówi, że dzięki warsztatom poczuła się gotowa do rozmowy z duchownym na swój temat – pierwszej, odkąd dokonała korekty (1) płci. Na razie zgodziła się porozmawiać ze mną.

Smutny chłopiec

Nie powiem, jakie imię miałam jako chłopiec. Mam żelazną zasadę, że o tym nie mówię. Jeśli ktoś mnie poznaje jako Kingę, chcę pozostać dla niego Kingą. Mam w tyle głowy, że jak ludzie poznają moje dawne, męskie imię, nie będą we mnie widzieli stuprocentowej kobiety. Prędzej już zdjęcie od Pierwszej Komunii pokażę, ciągle trzymam w albumie. Są osoby, które po korekcie płci palą swoje wszystkie fotografie „sprzed”, ja nie miałam takiej potrzeby, choć przez lata ich nie oglądałam. Ostatnio zajrzałam po długim czasie, zdziwiłam się nawet, bo ładne było ze mnie dziecko. Aż chciałam przytulić tego chłopca, bo pamiętam, jaki był smutny i samotny. Zdjęcie z tego okresu mogę więc wtajemniczonym pokazywać, ale imienia męskiego nie zdradzę.

Wychowawczynie w przedszkolu były mną zachwycone, mówiły o mnie „grzeczny chłopczyk”. Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Zazdrościłam np. koleżankom dziewczyńskich zabawek, chciałam też je mieć, ale powtarzano mi, że chłopcy takich nie używają. Raz zakradłam się do szafki koleżanki i ukradłam jej jakąś temperówkę w stylu typowym dla dziewczynek.

Największą torturą było dla mnie pójście do fryzjera i ścięcie włosów. Kiedyś w domu wpadłam też w histerię, że chcę mieć lalkę, mama była przerażona, próbowała uspokajać, ale tak płakałam, że zaczęła biegać po sąsiadkach, żeby od kogoś pożyczyć. Później już mi sama kupowała, szyła im ubranka. To były najprzyjemniejsze chwile, kiedy mogłam ją poprosić o nowe ubranko dla lalek, a ona się nie dziwiła, nie komentowała, tylko zabierała się do szycia.

Rodzice wysyłali mnie do kościoła na msze dla dzieci. Siostra zakonna, którą bardzo lubiłam, dbała, żeby chłopcy stali po lewej stronie ołtarza, a dziewczynki po prawej. To był ostry podział, nieprzekraczalny. Zawsze bardzo chciałam być razem z dziewczynkami, kilka razy próbowałam wmieszać się w tłum i usiąść po prawej. Raz się nawet udało. Podobno przed Pierwszą Komunią powiedziałam mamie, że chcę pójść w białej sukience, jak koleżanki. Tego nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że kilka tygodni przed komunią rodzice kupili mi garnitur i poszli ze mną do fotografa, żeby zrobić zdjęcie. Straszna katorga, najpierw to przymierzanie w sklepie, później pozowanie u fotografa, jeszcze później oglądanie tych zdjęć. Ten garnitur, który musiałam włożyć, to był dla mnie taki bilet w jedną stronę, przekroczenie granicy. To właśnie na tym zdjęciu mam taką smutną minę.

Ale nie zawsze byłam smutna. Weselej mi było, kiedy byłam w domu sama i mogłam puscić wodze wyobraźni. Bo od wczesnego dzieciństwa moje życie równolegle toczyło się w wyobraźni. Przychodziłam do domu i całą rzeczywistość danego dnia przetwarzałam sobie w myślach na sytuacje, w których jestem dziewczynką. Dziewczynka, którą byłam w świecie wyobraźni, chyba nie była istotą cielesną, bo nie miała twarzy.

Kościół był wtedy azylem. Lubiłam katechezę, Jezus był dla mnie kimś, kto zrozumie, nawet jak nikt inny nie jest w stanie. Fascynowała mnie też liturgia, była rodzajem baśni, misterium, ucieczką od świata, którego nie lubiłam. Kiedyś rodzice zgubili mnie pod kościołem, długo szukali z sąsiadką, okazało się, że zostałam na kolejną mszę, i nie chciałam wracać do domu.

W podstawówce ksiądz na religii powiedział mi, że niektórzy chłopcy są zniewieściali, w dodatku wybierają sobie kobiece zajęcia i że to nie jest po chrześcijańsku. Intuicyjnie wzięłam to do siebie, chyba wtedy zaczął się mój bunt przeciwko Kościołowi.

„Pedał”

Te ucieczki w świat wyobraźni stały się dużo trudniejsze, gdy zaczęłam dojrzewać. Na moje nieszczęście, zaczęło się to bardzo wcześnie. Najwcześniej w klasie miałam zarost, pojawiło się jabłko Adama, które później, po latach, musiałam sobie operacyjnie usunąć. To wszystko było dla mnie obrzydliwe, moja cielesność wydawała mi się wtedy odrażająca. Najgorsze były erekcje. Dość wcześnie zauważyłam, że pociągają mnie chłopcy, ale że fizycznie byłam mężczyzną, wytłumaczyłam więc sobie, że jestem gejem. Chociaż wtedy chyba w ogóle nie znałam słowa „gej”, u nas mówiło się „ciota” albo „pedał”.

W tym przekonaniu utwierdzało mnie otoczenie. Ciągle słyszałam, że mam pedalski wygląd, pedalskie ruchy, pedalski sposób mówienia, a nawet pedalskie spojrzenie. Wtedy miałam głównie koleżanki, ale dziewczyny potrafią być nie mniej okrutne niż chłopcy. Był też jeden przyjaciel, lubiliśmy się, on miał kłopoty z nauką, trochę mu pomagałam. W pewnym momencie powiedział, że nie możemy się już kumplować, bo chłopcy się śmieją, że się zadaje z ciotą. Był moment, że próbowałam sobie z tym jakoś poradzić. Uczyłam się chodzić po męsku, wymyśliłam sobie, że jak nauczę się chłopięcych gestów i zachowań, może się coś we mnie zmieni. Nic mi nie wychodziło, przez to wszystko strasznie się zamknęłam w sobie, obraziłam na świat, w ramach samoobrony próbowałam być niewidoczna. Najbardziej nie lubiłam wuefu, zaczęłam wagarować. W szóstej klasie uciekłam nawet z domu, wylądowałam w obcym mieście na policji, pamiętam, że wypytywano mnie, dlaczego uciekłam. Nie umiałam powiedzieć, pewnie zresztą sama też tego nie rozumiałam, że tak naprawdę chciałam uciec przed sobą. Wysłano mnie wtedy do poradni zdrowia psychicznego, pani psycholog kazała narysować moją sytuację w szkole. Narysowałam jej tak, jak umiałam, budynek szkoły, boisko i ogrodzenie. Była zaskoczona, że nie ma tam żadnego człowieka. – Musisz się czuć bardzo samotny – powiedziała. Spytała, jakie mam marzenia i plany na życie. Nie miałam żadnych.

W ogóle nie umiałam sobie wyobrazić przyszłości. Czy wtedy myślałam o sobie jako o transseksualiście? Bez żartów, w ogóle nie wiedziałam, że istnieje takie słowo! Tylko pedał albo ciota.

W szkole średniej trochę mniej mi dokuczano, zaczęłam się nawet podobać dziewczynom, fascynowała je moja inność. Jedna się we mnie zakochała, postanowiłam wejść w tę relację, pomyślałam, że może gdzieś w głębi duszy jestem heteroseksualnym facetem. Wyobraziłam sobie, że gdzieś we mnie mieszka piękny, „normalny” motyl, którego muszę uwolnić. Weszłam w ten flirt, ale skończyło się porażką, żaden wewnętrzny motyl się nie uwolnił. Olśnienie Miałam pewnie z 16 lat, gdy w telewizji trafiłam na dokument o transseksualistach. Dostałam wypieków, bo olśniło mnie, że to także o mnie. Zazdrościłam bohaterom, że przyznali się do tego, kim są, bo wiedziałam, że ja się na to nigdy nie zdobędę. Przecież nikt mnie nie zaakceptuje, ani rodzice, ani rówieśnicy, po prostu nikt.

###banner###

Mimo to postanowiłam wysłać list do przyjaciółki. Napisałam, że jestem gejem. Tak naprawdę już wtedy wiedziałam, że jestem trans, ale to gejostwo to był taki półśrodek, krok w kierunku prawdy. Po jakimś czasie mnie odwiedziła, poszłyśmy na spacer, powiedziała, że jej to nie przeszkadza i że czemu mówię jej dopiero teraz.

Postanowiłam powiedzieć także mamie. Wtedy było takie pismo dla homoseksualistów „Inaczej”, dałam jej i powiedziałam, że to o mnie. Była bardzo zaskoczona, dopytywała, czy byłem kiedyś z dziewczyną albo chłopakiem. Uważała, że to wszystko sobie wymyśliłam. – Tylko nie mów tacie – powiedziała na koniec. Nie mówiłam, ale kiedy już wiedziały koleżanka i mama, poczułam ulgę.

Wtedy Kościół zaczął dużo mówić o homoseksualizmie, ja to wszystko brałam do siebie. Przestałam się spowiadać i chodzić na mszę. Uznałam, że nie ma dla mnie w Kościele miejsca. Ten bunt automatycznie przeniósł się na Boga. Mówiłam do Niego w myślach: „O co Ci chodzi? Bawisz się mną? Uwięziłeś mnie, żeby się ze mnie pośmiać? Jaja sobie ze mnie robisz, facet?”.

Wiedziałam już, że jestem trans, ale odsuwałam myśl, że mogę się zdecydować na zmianę płci. Wtedy jeszcze nie używało się terminu „korekta”, tylko właśnie „zmiana”. Przez jakiś czas próbowałam to wszystko w sobie zakisić, to parowało, ale w sposób niewidoczny. Praktycznie wszystkie osoby transpłciowe tak mają. Potem przychodzi jednak moment, że jest wóz lub przewóz, życie albo samobójstwo. Bardzo się bałam tranzycji (2). Wydawałam się sobie strasznie męska, oglądałam w lustrze swój zarost, jabłko Adama wydawało mi się większe niż u innych.

Po maturze dostałam się na filozofię. Duży stres, nowe środowisko, do tego zakochałam się w koledze ze studiów, czułam się beznadziejnie, bo wiedziałam, że z tego uczucia nic nie będzie. Zaczęłam wpadać w depresję, rzuciłam uczelnię. W 2001 r. w telewizji pokazywano reality show pt. Gladiatorzy, w którym brała udział Dominika Hebdowska. W trakcie programu wyszło na jaw, że urodziła się jako Dominik i jest po korekcie płci. Po tygodniu musiała opuścić program, ale dla mnie była bohaterką, tym bardziej że pochodziła z miasta, w którym chodziłam do liceum. Znalazłam z nią wywiad w „Tinie” na temat transpłciowości, gazeta prowadziła wtedy kącik porad seksuologicznych. Napisałam list do redakcji z pytaniem, czy to możliwe, że jestem jak Dominika. W odpowiedzi przysłano mi adres specjalisty w Warszawie, ale mnie nie było stać, żeby się leczyć w innym mieście. Powiedziałam o swoim problemie mamie, ona uznała, że to zaburzenia psychiczne i że lekarz mi pomoże.

Dziś wiem, że mogłam różnie trafić. Wielu lekarzy nie ma pojęcia o problemie transseksualności, znam wielu ludzi, których pierwsza wizyta u seksuologa poraniła na lata. Teraz jest zresztą łatwiej, ale wtedy, ponad 10 lat temu, cała moja wiedza na temat problemu pochodziła w zasadzie z tego, co czułam. Nie miałam nawet komórki ani dostępu do Internetu. Nie znałam żadnej osoby ze środowiska. Z olbrzymim strachem i ładunkiem emocjonalnym poszłam do seksuologa, który skierował mnie do psychologa klinicznego.

Korekta

Lekarze nie mieli ze mną łatwo. Osoby transseksualne nienawidzą swojej fizyczności, ciało jest dla nich skorupą, w której kryje się wewnętrzne, prawdziwe „ja”, więc często o tę skorupę w ogóle nie dbają. Wyglądałam wtedy raczej jak zaniedbany facet niż ktoś, kto czuje się kobietą. Zresztą w ogóle w takich przypadkach badania trwają długo, należy wykluczyć choroby psychiczne, takie jak schizofrenia czy osobowość bordeline. Dopiero po półtora roku obserwacji uznano, że jestem zdrowa psychicznie i że to transseksualizm. Rozpoczęła się terapia hormonalna połączona z psychoterapią. Mama mnie wspierała, obserwując mnie na co dzień, coraz bardziej się przekonywała, że jest to droga dla mnie. Tato dowiedział się już w trakcie leczenia, na początku w ogóle nie umiał tego zrozumieć, nie podobała mu się moja decyzja, ale zdecydowałyśmy z mamą, że będziemy kontynuować leczenie, a tato do nas psychicznie dołączy, jak będzie gotowy.

Na tym etapie decyzja o operacji była dla mnie zupełnie naturalna, choć wiele osób transpłciowych nie decyduje się na operacyjną korektę. Ja jednak odrazy do własnego ciała nie mogłam pokonać. To jest jak wielki plecak na ramionach, do którego każdego dnia ktoś dorzuca ciężar. Nosisz tak długo, jak dajesz radę, ale w pewnym momencie on cię przygniata i wiesz, że albo zrzucisz niechciany bagaż, albo już się nie podniesiesz.

Chciałam mieć szybkie efekty terapii hormonalnej, denerwowałam się, że nie rośnie mi biust, że wciąż mam zarost, że nie zmienia mi się głos. To jest etap nazywany w naszym żargonie full time albo…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj