Subskrybuj
Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Magazynie Świątecznym”, „Polityce”, magazynie „Non/fiction”.

Kapłan bliźniego

W zorganizowanym przez ks. Stanisława Bartmińskiego Dniu Zadumy i Modlitwy w 2000 r. wzięło udział prawie 200 osób, w większości młodzieży szkolnej. Przy pierwszych dźwiękach gry na rogu jej śmiech niósł się po krasiczyńskim zamku. Trzy lata później podczas występów izraelskiej śpiewaczki Towy Ben Zvi młodzież potrafiła już zanucić Szalom alejchem.

Na kirkut w Krasiczynie idzie się wąską asfaltową drogą wysoko pod górę, aż pod las, który dawniej wrastał w ziemię cmentarza. W dokumentach widniał jako teren zielony. Żeby zaznaczyć to miejsce, ks. Stanisław Bartmiński namówił młodzież, by pomogła mu je uporządkować i obsadzić choinkami (jak się okazało, szybko trafiły do domów mieszkańców jako drzewka bożonarodzeniowe). „Tutaj będzie ksiądz grodził? A gdzie my będziemy krowy pasać?” – usłyszał od jednego z mieszkańców. „I to był porządny, pobożny chłop, który co niedzielę chodził do kościoła – dodaje ksiądz. – Większość była obojętna, ale część osób się oburzała. Mówili, żebym się zajął naszymi cmentarzami, bo oprócz żydowskiego dbałem o cmentarze ukraińskie, co też niektórych bolało. To są sprawy, które wciąż budzą emocje, bo wojna nadal w ludziach siedzi. Ja po prostu uważałem, że dbanie o miejsca pochówku zmarłych to obowiązek księdza. Wyznanie nie ma tu znaczenia” – wyjaśnia. Cmentarz kilkakrotnie był oczyszczany i za każdym razem ponownie zarastał.

Świadomość ludzka

„Najważniejsza była nie sprawa logistyki i zebrania pieniędzy, tylko przekonanie ludzi do tego, że jako chrześcijanie powinni uszanować swoich starszych braci w wierze. To, że udało się to na jakiejś wsi, która poza nieliczną grupą osób nie jest z natury swojej bardzo oświecona, to wielka zasługa Stacha. Pokazuje jego ogromną kulturę i umiejętność przekonywania” – mówi Stanisław Krzemiński, który od lat przyjaźni się z księdzem. Sprawa porządkowania cmentarza nabrała tempa, gdy ksiądz dowiedział się o próbie odnowienia miejsca pamięci pomordowanych Żydów na Zasaniu. Gdy ze Stanów przyjechał John Hartman, prezes fundacji Pamięć i Pojednanie, okazało się, że osoba odpowiedzialna za to wzięła pieniądze, ale pracy nie wykonała. „Mnie to wtedy zabolało. Jakie zdanie ten amerykański Żyd będzie miał o Polakach? Zdecydowaliśmy się więc podjąć bardziej zorganizowaną akcję” – wyjaśnia ksiądz. Z pomocą młodzieży wykarczował teren, ogrodził drewnianymi żerdziami. Przy wejściu postawił „starszym braciom w wierze” pamiątkową tablicę. „Widać, że to jest miejsce spoczynku, ale skromne, bez pompy. I takie ma być” – mówi ksiądz.

Na cmentarzu zachowały się tylko cztery macewy. Pod jedną z piaskowca fliszowego leży chłopak, który zginął w Sanie, ratując tonącego. Pozostałe trzy nieczytelne. Reszta pobita. Nie wiadomo, czyje to kości: Abramojsiu, Majera, Szmulki czy Dona. Ludzie opowiadają, że macewy wyłamali Polacy zagonieni na kirkut przez niemieckiego oficera. Wykruszone przy ziemi nagrobne stele rzucali pod koła na błotniste drogi. Nie wiadomo też, gdzie dokładnie leżą ciała Żydów, którzy prawie dwa lata spędzili w podziemiach gospodarstwa zarządzanego przez Kurpielów. „Dbali o wszystkie ich potrzeby i dodawali otuchy w tych niezwykle ciężkich chwilach. Stanisław Kurpiel przynosił wiadomości ze świata, mówiąc, że wojna zmierza ku końcowi. Powtarzał, że gdy skończy się okupacja, razem z nimi przemaszeruje z polską flagą do Krasiczyna” – wygłoszono 70 lat później podczas ceremonii odznaczenia Franciszki i Stanisława Kurpielów medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Czy Kurpielowa robiła zbyt duże zakupy i ktoś wysłał za nią szpiega, czy na gestapo przyszedł chłopak, którego oświadczyny odrzuciła zakochana w pewnym Żydzie córka Kurpiela? Rodziny Rubinfeldów, Golingerów, Spieglów, Rubinów i pozostali zginęli podczas obławy na sześć tygodni przed wyzwoleniem Krasiczyna. Franciszkę i Stanisława Kurpielów rozstrzelano miesiąc później w forcie w Lipownicy. Sześciorgu ich dzieciom pomagali później mieszkańcy Krasiczyna.

Gdyby nie kirkut, nie byłoby śladu po krasiczyńskich Żydach. Podczas Dnia Zadumy i Modlitwy, który zorganizował w 2000 r. ks. Bartmiński, cmentarz odwiedzili duchowni Kościoła greckokatolickiego, rzymskokatolickiego, prawosławnego oraz rabin. Na zaproszeniu ksiądz napisał: „Chcielibyśmy, aby modlitwy za zmarłych i poległych prowadzili przedstawiciele tych wspólnot religijnych, których członkowie spoczywają na wielu cmentarzach, w bezimiennych grobach i kurhanach”. Na większość zaproszeń nie otrzymał odpowiedzi. Część duchownych odpisała, że nie jest zainteresowana bądź ma inne plany. „Nikt nie chciał się narażać, kiedy nie było wiadomo, czy inicjatywa się powiedzie i będzie po myśli biskupa. Ja sobie trochę zaszkodziłem, ale pod tym względem okazałem się gruboskórny. Dopiero kiedy spotkanie zakończyło się sukcesem, to nasz biskup zapytał, dlaczego nie zgłosiłem tego wcześniej. Wtedy włączono by tę uroczystość w obchody tysiąclecia. Sukces ma wielu ojców” – śmieje się ks. Bartmiński. W ceremonii wzięło udział prawie 200 osób, w większości młodzieży szkolnej. Przy pierwszych dźwiękach gry na rogu jej śmiech niósł się po krasiczyńskim zamku. Trzy lata później podczas występów izraelskiej śpiewaczki Towy Ben Zvi młodzież potrafiła już zanucić Szalom alejchem. Do dziś uczniowie z pobliskiej szkoły zaglądają na cmentarz. „Prowadzi tamtędy trasa spacerowa i nie ma samochodów. Przy cmentarzu zaznaczamy, że trzeba się odpowiednio zachować, żeby dzieci były na to uczulone. A potem idziemy ścieżką do lasu” – wyjaśnia jedna z nauczycielek. Ksiądz, który uczestniczył w rozmowie, przyznał potem, że uderzyła go postawa pedagogów, uciekających od odpowiedzi, czy chodzą na cmentarz. „Mówili o ładnej trasie wycieczkowej, tak jakby bali się powiedzieć, że prowadzą dzieci po to, żeby im pokazać cmentarz żydowski. I to jest właśnie ta świadomość ludzka” – wzdycha ksiądz.

Głupie czasy

Codziennie rano ks. Bartmiński sięga po telefon.

„Ziuńka? Przychodź! Parzę ziółka”. – Po chwili była gospodyni siada przy stole przed gorącym naparem. – To jest mój wymóg, bo jak nie zadzwonię, to Susowa nie wstaje z łóżka” – wyjaśnia ksiądz. Na koniec musi jeszcze pozmywać. To już ostatni jej obowiązek. „Uparty jest! Jak coś postanowi, to nikt go nie zatrzyma. Czy mu wolno czy nie. Całe życie taki był” – mówi Zuzanna Sus, która na plebanii spędziła ponad 30 lat, a wiele wątków z jej życia można odnaleźć w serialu Plebania. Jest pierwowzorem postaci Józefiny Lasek, natomiast sam ks. Bartmiński swoją życzliwością, otwartością i umiejętnością uważnego wsłuchiwania się w ludzi obdarował główną postać serialu – ks. Antoniego Wójtowicza. Był również konsultantem scenariuszy oraz pomysłodawcą niektórych epizodów, chociażby tysięcznego, jubileuszowego odcinka poświęconego wątkom żydowskim. Wystąpił też w kilku odcinkach serialu oraz w dokumencie Trzy historie Galicji, gdzie opowiadał o losach trzech narodowości, które poplątała wojna. Pojawia się w nim również Zuzanna Sus, która wspomina śmierć ojca, teścia, szwagra i stryja z rąk Ukraińców. Do dziś nie wie, gdzie są pochowani. „Głupie czasy były” – wzdycha Babcia Ziunia, popijając zioła. „Kiedy przyszedłem do Krasiczyna, to mówiłem, że czuję się posłany, ażeby budować tutaj pokój, zgodę, porozumienie. Żeby te tereny wreszcie przestały spływać krwią” – mówi w filmie ks. Bartmiński.

Jednym z pomysłów było polsko- -ukraińskie kolędowanie. „Gospodynia rano wstaje, ślicznie pokoje zamietaje” – nuci ksiądz. – To nie jest po polsku ani po ukraińsku. Ludzie, żyjąc obok siebie tyle lat, stworzyli miejscowy slang. I to mnie zainspirowało, żeby zorganizować wspólne śpiewanie. Okazało się, że bardzo to ludzi zbliżało i pomogło przełamywać wzajemne niechęci. Bo to jest główne zadanie księdza: budować wspólnotę” – mówi. Choć dziś już mało kto zna słowa ukraińskich kolęd, to jednak tradycja wspólnego śpiewania na zamku przetrwała.

Ksiądz Bartmiński upamiętnił też setki ofiar, które zginęły, próbując przekroczyć San. Jego nurt wyznaczał na początku wojny granicę niemiecko-rosyjską. Dziś nad wodą stoi dębowy krzyż na kamiennym cokole ozdobiony orłem – symbolem odrodzonej Rzeczypospolitej. Odprawiono w tym miejscu nabożeństwo ekumeniczne, podczas którego krzyż poświęcili duchowni: rzymskokatolicki, prawosławny, greckokatolicki i ewangelicko-augsburski.

O Nagrodzie im. ks. Romana Indrzejczyka za działalność na rzecz dialogu międzyreligijnego i dyplomie uznania „Za zasługi w ochronie dziedzictwa kultury żydowskiej w Polsce”, wręczonym przez ambasadora Izraela prof. Szewacha Weissa, mówi lakonicznie: ważne, że sama sprawa została dowartościowana.

Ksiądz heretyk Brat księdza prof. Jerzy Bartmiński wspomina pierwsze kazanie małego Stasia wygłoszone na plebanii u wujka, ks. Floriana Zająca, gdy jako ośmiolatek wszedł na krzesło i z namaszczeniem wygłosił: „Ludzie, módlcie się, żeby się wojna skończyła, a my do swoich domów powrócili”. W rodzinie było kilku księży i jedna siostra zakonna. Ksiądz wspomina, że matka w młodości również chciała założyć habit. Z porannych mszy przynosiła dzieciom komunię świętą. Chuchała każdemu w buzię, mówiąc: „Masz Pana Jezusa”. Ks. Bartmiński razem z pięciorgiem rodzeństwa wychowywał się pod czujnym, ale ciepłym okiem matki i surowym spojrzeniem rafaelowskiej Madonny, której obraz wisiał w domu w centralnym miejscu. „Wodząca smutnym wzrokiem za domownikami, kształtowała moje dziecięce sumienie (…). Miałem poczucie, że nic się przed nią nie ukryje” – napisze we wspomnieniach. Ojciec rzadko gościł w domu. „Z natury był społecznikiem, działaczem, zawsze bardziej zatroskanym o cudze sprawy niż własną żonę i dzieci’ – wspomina ks. Bartmiński. Z domu wyrosło sześcioro społeczników, każdy z indeksem uczelni wyższej, w tym dwaj późniejsi wykładowcy. Spośród rodzeństwa ks. Stanisława wszyscy zaangażowani byli w działalność w Solidarności. Marian Bartmiński, młodszy brat ks. Stanisława, prowadził własny biznes. Zanim wstąpił do Solidarności, przez krótki czas był członkiem PZPR. Ksiądz przypuszcza, że było to konsekwencją szantażu. Partyjną legitymację brata odnalazł dopiero po jego śmierci, podczas porządkowania dokumentów. Nieco młodszy prof. UMCS w Lublinie Jerzy Bartmiński został odznaczony za swoją pracę naukową i społeczną Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wraz z żoną Izabelą i ks. Blachnickim tworzyli słynne Oazy Rodzin. Maria Klimowicz była lekarzem stomatologii, współzałożycielką Stowarzyszenia na rzecz Niepełnosprawnych SPES. Działała w opozycji, pomagała internowanym i ich rodzinom, ale też dzieciom specjalnej troski i tym z rodzin najbiedniejszych. Florian był wykładowcą akademickim. Najmłodszy brat Jan był radnym Przemyśla, wicewojewodą. W 70. rocznicę rozpoczęcia likwidacji getta w Przemyślu zainicjował marsz pamięci, by – jak sam mówi – nadrobić zaległości Kościoła katolickiego. Do dziś bierze udział w spotkaniach w grochowskim lesie na obrzeżach Przemyśla, gdzie w miejscu pochówku Żydów z przemyskiego getta stoi pamiątkowa tablica w kształcie pękniętej macewy. Najstarszy z całego rodzeństwa Stanisław poszedł do seminarium, nie myśląc jeszcze o kapłaństwie. „Wagarowałem, nazbierałem dwój i wyrzucili mnie z Biskupiaka w Lublinie” – mówi ksiądz. Dzięki protekcji znajomego kapłana dostał się do seminarium duchownego w Przemyślu. „Na świadectwie miałem same dostateczne i tylko jeden dobry z zachowania. Myśleli, że byłem ofiarą komunistycznych szykan, a ja po prostu byłem leniwy”– wyjaśnia ks. Bartmiński. Momentem ostatecznej decyzji była wizyta u wujka, ks. Floriana Zająca, który za działalność antykomunistyczną odsiadywał karę dożywocia w więzieniu we Wronkach. Ks. Zając już podczas wojny chronił swoich parafian w Bączalu Dolnym przed wywózkami na roboty przymusowe, Żydom wystawiał fałszywe metryki chrztu, dzieciom udostępniał plebanię na tajne komplety. Kiedy weszła Armia Czerwona, pomagał w ukrywaniu osób poszukiwanych przez NKWD. Karę dożywocia później złagodzono, a na wolność wyszedł ostatecznie po ponad pięciu latach na mocy amnestii. Podczas odwiedzin w więzieniu Stanisław Bartmiński postanowił, że zostanie księdzem za zmarnowane życie wuja i z buntu przeciwko ówczesnej władzy. Z pierwszej parafii w Besku szybko został wyrzucony. Najpierw pod pretekstem naruszenia przepisów Kuratorium Oświaty w Sanoku nie przedłużyło mu prawa nauczania w szkole. „Za bardzo się angażowałem. Organizowałem spotkania z dziećmi, założyłem dla nich chór, przychodziłem na świetlicę” – wyjaśnia ksiądz. Potem zajrzał z ciekawości do Kościoła narodowego, za co groziły kary kościelne. „Widziałem, że nie powinienem tego robić, ale nigdy wewnętrznie nie godziłem się z tymi restrykcjami. Kiedy tam wszedłem, ludzie od razu mnie otoczyli i zrobiło się zamieszanie. Żalili się, że biskup zabrał im księdza, którego lubili, więc wystąpili z Kościoła katolickiego i sprowadzili sobie księdza narodowego. Zanim wróciłem na parafię, proboszcz już o wszystkim wiedział. Pewnie pomyślał: prawa nauczania nie ma, heretyk, trzyma z kościołem narodowym. No i dostałem karne przeniesienie” – wspomina. W kolejnej parafii w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bracia i wrogowie. Antysemityzm katolików.