Niepokoi żywotność legend o krwi – od XIX w. funkcjonujących w społecznej świadomości jako mordy rytualne. Wiele narracji o nieprawdziwych oskarżeniach kierowanych przez świat chrześcijański pod adresem Żydów ukształtowało się w średniowieczu. Należały do nich: porywanie chłopców dla chrześcijańskiej krwi, bezczeszczenie hostii, zatruwanie studni, pomaganie diabłu. Przez stulecia potwierdzały one wizerunek Żyda jako odwiecznego wroga. Tyle tylko że to Żydzi padali jego ofiarą: torturowani i brutalnie mordowani przez chrześcijan. Wartość mobilizacyjną mitu o krwi potwierdziły stosunkowo niedawne – biorąc pod uwagę średniowieczny rodowód legendy – powojenne pogromy w Polsce, jak np. w Kielcach w 1946 r.
Trwanie wiary w legendy o krwi nieczęsto i niechętnie poddajemy publicznej dyskusji. Tym bardziej zaskakuje krytyczne podjęcie tematu przez Zygmunta Miłoszewskiego w kryminale Ziarno prawdy. Tę właśnie drugą część cyklu o prokuratorze Teodorze Szackim niedawno przeniósł na duży ekran Borys Lankosz. Gdy śledztwo w sprawie morderstwa w Sandomierzu coraz ściślej zaczyna łączyć się z legendą, Szacki początkowo nie wierzy w trwałość mitu: „Mord rytualny to bajka. (…). I każdy wie, że to bajka, którą się opowiadało dzieciom, żeby były grzeczne, bo inaczej przyjdzie zły Żyd i je zje” (s. 71). Szybko zdaje sobie jednak sprawę, jak niewiele trzeba, by zbudzić demony przeszłości, zwłaszcza że w Sandomierzu oparcie dla wiary w mordy stanowią obrazy: ogromnych rozmiarów płótno z cyklu Męczeństwo Sandomierzan umieszczone w katedrze oraz mniejsze w kościele św. Pawła.
Po raz pierwszy do publicznej rozmowy o obecności przedstawień mordu rytualnego w przestrzeniach sakralnych wezwał ks. Stanisław Musiał. W tekście z 2000 r. pt. Droga krzyżowa Żydów sandomierskich pisał: „te obrazy, w tym miejscu, zawsze uwłaczać będą naszej ludzkiej godności”. I zaproponował utworzenie w Sandomierzu muzeum antysemityzmu. Choć jego propozycję poparło wielu mieszkańców, nie spotkała się ona ze zrozumieniem ani ze strony lokalnego kościoła, ani tamtejszych władz.
Tak, to antysemityzm
Wprawdzie dyskusji o żywotności wiary w rytualne mordy nie towarzyszyły tak wielkie emocje jak późniejszej debacie o Jedwabnem, ale argumenty padły podobne. Jak choćby ten, że gdyby o tych problemach milczeć, odeszłyby w społeczną niepamięć. Taki sposób myślenia dobrze ilustruje zarzut, że rozmowa o nieprawdziwości legend o krwi włącza je do społecznej świadomości i wzmacnia ich żywotność. Podobne rozumowanie ujawnia się w dyskusji o antysemityzmie Polaków – niektórzy przekonują, że przyczynia się ona jedynie do wzrostu antysemickich postaw. Czy zatem nazywając antysemityzm, stwarzamy go? Przeczy temu społeczna rzeczywistość, np. nieanonimowo dokonywane wpisy w serwisach społecznościowych i portalach internetowych. Autor jednej z recenzji ekranizacji Ziarna prawdy pisze: „Najlepszym fragmentem filmu jest animowana czołówka ukazująca mordy rytualne dokonywane przez Żydów w Sandomierzu. Szybko jednak okazuje się, że zamiast horroru widzowie mają do czynienia z politycznie poprawnym kryminałem, filmem pełnym antypolskich kłamliwych stereotypów”. Jak określić tę opinię inaczej niż jako wiarę w średniowieczny przesąd i „polski antysemityzm wyssany z mlekiem matki”? Zbyt długo milczeliśmy o niechęci wobec Żydów i jej konsekwencjach. Nazwanie problemu nie powołuje go do życia, staje się natomiast niezbędne dla jego uświadomienia i pracy nad jego konsekwencjami.
Jak wielką żywotność mają legendy, pokazuje również to, że niektórzy badacze antysemickiej literatury zostawiają uchylone drzwi dla domniemania, że „coś było na rzeczy”. Joanna Tokarska-Bakir w Legendach o krwi. Antropologii przesądu określa ten mechanizm właśnie jako „ziarno prawdy”. Podkreśla, że studiowanie znaczenia legend może służyć jedynie zrozumieniu mentalności chrześcijan. Podobnie wizerunek „Żyda – wroga odwiecznego” ujawnia prawdę tylko o tych, którzy się nim posługują. Gdy czytamy obszerne fragmenty wywiadów zebranych w Sandomierzu w 2005 r. przez zespół Tokarskiej-Bakir, mamy szansę przekonać się, że: „pamięć o domniemanych mordach rytualnych w Sandomierzu i okolicach jest zakorzeniona w wielopokoleniowym przekazie rodzinnym, konfesyjnym i towarzyskim. Ksiądz Stanisław Musiał odsłonił ją tylko, nie zainicjował” (s. 396).
Tradycja nienawiści
Legendy o krwi ukazują wizerunek Żydów jako odpowiedzialnych za śmierć Chrystusa, zaprzysięgłych wrogów chrześcijan, spiskujących przeciwko nim. Do takiego wyobrażenia sprowadza się antysemityzm religijny, określany też jako antyjudaizm, od którego Kościół oficjalnie odżegnał się niedawno – bo dopiero w II poł. XX w. Wiara w żydowski spisek łączy się z antysemityzmem nowoczesnym, czyli przekonaniem, że Żydzi mają zbyt duży wpływ w sferach gospodarki, polityki i kultury – jednym słowem: rządzą światem. Co ważne, czynią to niejawnie. Trwa oczywiście dyskusja, czy wyróżniać poszczególne typy antysemityzmu, czy wystarczy jedna kategoria na określenie niechęci do Żydów oraz który z typów przyczynił się w największym stopniu do Zagłady. Wiele wskazuje, że w antyjudaizmie i późniejszym chronologicznie antysemityzmie nowoczesnym należy widzieć kontynuację tradycji postrzegania Żydów jako wrogów. Widoczne stają się wówczas ich wzajemne odniesienia, niekiedy nawet splot kryjących się za nimi wyobrażeń obserwowany np. w powojennej Polsce.
Antysemityzm religijny nie zrodził idei zagłady Żydów. Jednak jak słusznie zauważył ks. Stanisław Musiał: „(…) nieobecność takiego postulatu nie zwalnia nas z odpowiedzialności za Szoah: zdarzało się bowiem, że głosiliśmy nienawiść do Żydów, a nasza nienawiść została przyjęta przez innych, którzy nie mieli żadnych skrupułów religijnych. Dzisiaj, po Szoah, powinniśmy stać się mądrzejsi i wiedzieć, że każde słowo i gest nienawiści bywają podobne do grudki śniegu w górach, która może wywołać lawinę. Takie słowo, wypowiedziane w I albo X w. po Chrystusie, może »zadziałać« nawet po stuleciach i spowodować śmiercionośną »lawinę«”. Antyjudaizm przygotował jednak podłoże pod Zagładę. Miał wpływ na kształtowanie w lokalnych społecznościach okupowanych przez hitlerowców terenów negatywnych postaw wobec Żydów, zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu. Instytut Pamięci Narodowej ustalił, że w dawnym województwie łomżyńskim w czasie wojny Polacy wystąpili przeciwko społeczności żydowskiej w ponad 20 miejscowościach (Bielsk Podlaski, Choroszcz, Czyżew, Goniądz, Grajewo, Jasionówka, Jedwabne, Kleszczele, Knyszyn, Kolno, Kuźnica, Narewka, Piątnica, Radziłów, Rajgród, Sokoły, Stawiski, Suchowola, Szczuczyn, Trzciane, Tykocin, Wasilków, Wąsocz, Wizna). Wpływ antyjudaistycznych przekonań był wyraźny także i po okupacji: wszystkim powojennym pogromom w Polsce towarzyszyła pogłoska o porwaniu na macę „polskiego dziecka”. Co robimy z tą wiedzą? Kim są najważniejsi aktorzy, pomagający uporać się z trudną przeszłością? Czy wśród nich znajdują się przedstawiciele lokalnych kościołów?
Gdy okazało się, że nie ma zgody na zdjęcie sandomierskich obrazów i przeniesienie ich do muzeum, pozostało opatrzyć je odpowiednim podpisem. Jedna z nadesłanych wówczas propozycji brzmiała: „Kościół sandomierski wyraża żal i skruchę z powodu cierpień i śmierci zadanych Żydom sandomierskim z winy Kościoła wskutek fałszywych oskarżeń o mordy rytualne. Kościół sandomierski składa hołd żydowskim męczennikom Sandomierza – świadkom Boga naszych ojców w wierze”. Tę wersję komentarza odrzucił ówczesny biskup sandomierski prof. nauk teologicznych Wacław Świerzawski. Zastanawia, którą część napisu uznał za nieprawdziwą. Dlaczego ze strony lokalnego duchowieństwa nie padły propozycje wyznania win i prośby o przebaczenie? Czasami odpowiedź bywa prosta: najpierw trzeba tę winę uznać za własną.
Żyd, wróg Polaka-katolika
Gdy na problem spojrzymy z perspektywy figury Polaka-katolika, dostrzeżemy, że postawy antysemityzmu religijnego i nowoczesnego przenikają się. Polak-katolik często przedstawia się jako jedna ze stron w dialogu chrześcijańsko-judaistycznym. Przykładem może być spór o obecność symboliki religijnej na terenie byłego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau, który toczył się przez wiele lat. Postulaty strony żydowskiej, aby miejsce to uczynić wolnym od symboli religijnych, były zręcznie przeformułowane jako wymierzone przeciwko polskiemu narodowi. Jak zauważył ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel: „»konflikt katolicko-żydowski« (…) – na naszym rodzimym podwórku »narodził się« i mógł wzrastać w postaci ostrego konfliktu polsko- -żydowskiego, dokładniej: między Kościołem polskim a światem żydowskim. A stało się tak dlatego, ponieważ sprzeciw świata żydowskiego na ulokowanie klasztoru w pomieszczeniach Starego Teatru potraktowano w Polsce jako walkę z katolickim narodem”.
Joanna Tokarska-Bakir zwraca uwagę, że w XX-wiecznych narracjach o krwi terminologię religijną – określenia takie jak „dzieci chrześcijańskie” lub „katolickie” zastąpiono narodową: porywano i mordowano „dzieci polskie” – stanowiące „synekdochę Ciała Narodowego” (Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939–1946, s. 125–129). Choć figura Polaka-katolika wyraźnie traci dziś sympatię polskiego społeczeństwa, wraca do łask wielu, gdy pojawia się jakakolwiek wzmianka o negatywnych postawach Polaków wobec Żydów. Splot elementu narodowego i religijnego widać również w określeniu „relacje polsko- -żydowskie”. Historyk dziejów wschodnioeuropejskich Żydów Antony Polonsky przekonuje o jego historycznej adekwatności – w przedwojennej Polsce przeważyła etniczna koncepcja narodu polskiego, w której nie było miejsca dla Żydów i dlatego pewna ich część przestała się o zaproszenie do owego narodu starać. Wyrażenie to jednak również i dziś wyłącza Żydów poza nawias „polskości”. Może zatem warto poszukać określeń, które oddałyby wielość koncepcji tożsamościowych i wizji narodu, istniejących jeszcze przed wojną?
Tu i ówdzie można usłyszeć, że polskie społeczeństwo zmęczyło się biciem we własne piersi. Fakt – w Polsce ukształtował się krytyczny dyskurs o trudnej przeszłości. Mamy wiele festiwali kultury żydowskiej. Coraz więcej miast i miasteczek upamiętnia lokalne społeczności żydowskie. Tylko że sama ich obecność nie świadczy o głębokim przeoraniu świadomości większości społeczeństwa – zaczynając od przyznania, że z antysemityzmem mamy w Polsce problem. Nie chodzi o to, by umniejszać wysiłki tych, którzy odważnie i bez kompleksów podchodzą do grupowych przewinień. Raczej o to, by się owymi wysiłkami nie zasłaniać, podczas gdy samemu się tej winy nie uznaje. Na poziomie społecznym milczenie na temat trudnych relacji przybiera różne formy. Czasami pokrywa się je wieloma słowami. Niejednokrotnie stoi za tym świadomie podjęta decyzja – np. próba uniknięcia konfliktu społecznego bądź chęć skierowania komunikatu do jak najszerszej publiczności. W przypadku rozmów o trudnej przeszłości to droga donikąd. W wielu miejscowościach publicznie upamiętnia się dziś żydowskie społeczności, nie wspominając ani słowem, o czym przez lata opowiadało się (i wciąż opowiada) w domu lub między sąsiadami – kto wydał Żydów ukrywających się w pobliskim lesie, kto zabił siekierą powracającego po wojnie Abrama, i o tym, że to w sumie dobrze, że Polska „nie jest tak zażydzona jak przed wojną”. Kto odważy się przerwać zmowę milczenia? Czy to możliwe, by ci, którzy o trudnych tematach potrafią mówić w uczciwy sposób, zaczęli kiedyś stanowić większość? To jedno z najciekawszych dziś pytań.
Problemy te znajdują się w centrum rozważań mojego projektu doktorskiego, w którym analizuję fenomen upamiętniania społeczności żydowskich w małych miejscowościach. Zastanawiam się w nim, w jakich warunkach społecznych owe inicjatywy prowadzą do procesu przepracowania pamięci, a w jakich – do jej nadużycia. Wyjaśniam to, realizując trzy studia przypadków działań upamiętniających: w Bobowej, Dąbrowie Tarnowskiej i Rymanowie. Wnioski opieram na analizie materiałów uzyskanych z danych zastanych oraz badań jakościowych. Na te ostatnie składają się pogłębione wywiady indywidualne i zogniskowane wywiady grupowe z przedstawicielami liderów, zwykłych mieszkańców reprezentujących różne pokolenia, w tym młodzież szkolną, członków społeczności żydowskiej, ekspertów; trzecim elementem jest obserwacja. W badaniu przyjmuję perspektywę teorii pamięci zbiorowej. Nie miejsce tutaj, by przedstawiać szczegółowo ich wyniki i wnioski, nie jest to tematem tego artykułu. Wykorzystam jednak te konkretne przykłady, by zilustrować zarysowane w pierwszej części problemy.
To, co ukryte W małopolskiej Dąbrowie Tarnowskiej z pomocą unijnych funduszy miasto kilka lat temu odrestaurowało synagogę. Z ruin przeobraziła się w Ośrodek Spotkania Kultur. Zorganizowana w tych wnętrzach wystawa wiele mówi o Polaku-katoliku, który upamiętnia Żydów. Paradoksalnie, robi, co może, by ich w historii miasta ukryć. Ekspozycja łączy zatem najróżniejsze wątki: dzieje probostw dąbrowskich, zdjęcia drużyn sokolich, szczątki halifaksa śpieszącego w 1944 r. na pomoc walczącym powstańcom, zalipiańskie wzornictwo. Wspólna historia rysuje się sielankowo. Za pomocą wystawy Polak-katolik opowiada: „Powiśle Dąbrowskie było miejscem tolerancji i wolności religijnej. Od XVI w. na tym terenie współistniały obok siebie dwa wielkie systemy religijne: chrześcijaństwo oraz judaizm. Obraz Boga wytworzony przez święte księgi: Tanach (Biblia hebrajska) i Pismo Święte (Stary i Nowy Testament), nie był zarzewiem konfliktu, wręcz przeciwnie, swobodnego rozwoju, koegzystencji i życia”. Dowiemy się, że tradycja ta przełożyła się na postawy w czasie wojny: „W ciągu zaledwie kilku tygodni 1942 r. za pomoc w ukrywaniu Żydów rozstrzelano w Dąbrowie i okolicy 62 osoby. Wojna światowa wystawiła na próbę relacje polsko-żydowskie, relację sąsiad Polak – sąsiad Żyd. Swoją postawą wielu mieszkańców Dąbrowy i okolic pokazało jednak niezłomność pewnych zasad i utrwaliło jeszcze mocniej związek pomiędzy obiema kulturami, które przynależały do siebie terytorialnie od tak długiego czasu”. Część z nas kojarzy Dąbrowę Tarnowską z inną historią. Jan Grabowski opisał wstrząsające zjawisko Judenjagd – „polowania na Żydów”, po 1942 r. szukających schronienia na terenie powiatu dąbrowskiego. Urządzane przez niejednokrotnie kilkudziesięcioosobowe grupy mieszkańców „obławy” kończyły się zwykle mordem. O niechlubnym dla Powiśla Dąbrowskiego fakcie można przeczytać na jednej z wystawowych plansz: „Przez kilka dni Niemcy, angażując lokalnych pomocników, przeszukiwali zabudowania i urządzali »polowania« na ukrywających się Żydów”. Trzeba zatem znać kod, by odczytać historie, które się za tym kryją. Negatywny wydźwięk informacji zostaje zrównoważony przez cytowany powyżej fragment o udzielanej pomocy. Co więcej, wzmianka o obławach pojawiła się po interwencji osoby, która doradzała podczas tworzenia treści wystawy pod kątem przedstawienia żydowskiej historii i kultury. Mimo zabiegów ukrycia żydowskości synagogi dla wielu pozostaje ona wciąż niechcianym dziedzictwem. Już w czasie prac nad koncepcją wystawienniczą dał się wyraźnie odczuć brak zrozumienia dla innej wrażliwości. Zwróciła uwagę na ten fakt osoba, z którą konsultowano kształt wystawy. Niektórzy radni zaangażowani w prace z ramienia urzędu miasta nie kryli niechęci. Natychmiast zaniechano np. realizacji projektu włączenia do wystawy fotografii współczesnych dąbrowian, bo „córka nie będzie wisieć w żydowskiej synagodze”. W inicjatywę upamiętnienia nie angażuje się miejscowy…