Subskrybuj
Ireneusz Kania (fot. Adam Walanus)
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Dług metafizyczny

W buddyzmie chodzi o to, by osiągnąć wolność. Wyzwolona istota osiąga byt zwany anana, czyli bez długu. Ananabhawa to po palisku jeden z synonimów nirwany. Dziś pojęcie długu funkcjonuje zaś już tylko na gruncie finansowym.

Dlaczego tak wiele pojęć finansowych gości w naszym codziennym języku? Mówi się często i w różnych kontekstach o cenie, długu, odkupieniu…

Finansowe źródło tych terminów jest pozorne. W istocie to dowód na ciągłość i żywotność najstarszych doświadczeń ułomności i braku, jakimi obciążone jest nasze istnienie i wszystko, co robimy. Obecnie przedstawia się to w innym przebraniu, ale są to pojęcia – zabrzmi to może paradoksalnie – zawierające intuicje metafizyczne. Dzisiaj występują one po prostu w kostiumie związanym ściśle z centralnym rdzeniem naszej cywilizacji – mechanizmami wymiany, rynku i ekonomii.

O jaką metafizykę chodzić może np. w długu?

Pole semantyczne długu wiąże się – a niejednokrotnie nawet pokrywa – ze znaczeniem innych słów, takich jak: wina, powinność, obowiązek, grzech, błąd, pomyłka. Ich wspólnym i nadrzędnym mianownikiem jest, moim zdaniem, poczucie fundamentalnego braku leżącego u podstaw całego ludzkiego świata. Takie przekonanie łączy niemalże wszystkie starożytne kultury i odsyła do czegoś poza światem albo do prapoczątków jego i człowieka. Mówiąc o długu, mówimy wyraźnie o poczuciu jakiegoś braku.

Braku czego?

Różnych rzeczy. Nieraz konkretnie tego nie wiemy, ale czujemy, że pierwotnie czegoś nas pozbawiono, że od początku czegoś nam brakuje. U Rzymian na wyrażenie tej intuicji są dwa słowa: debeo oraz pecco. Ważniejsze jest to pierwsze, od niego wprost pochodzi debitum, czyli dosłownie dług, co widać dzisiaj wprost chociażby w angielskim terminie debt. Pierwotnie było to de-habeo, czyli nie mieć czegoś. Początki świata i człowieka są naznaczone jakąś niedoskonałością, ułomnością, błędem. I to nas prowadzi do przypuszczenia, że zadaniem człowieka jest ten brak jakoś wyrównać – spłacić zaciągnięty ongiś dług.

Komu? Tym, którzy byli przed nami – przodkom?

To zależy od struktury religijnej danej kultury. Jeśli jest ona oparta na koncepcie Boga jedynego, tak jak w tradycji judeochrześcijańskiej, a nawet w Egipcie, to mamy powinność wobec Boga, z tym że wtedy pojawia się kwestia, kto in illo tempore ten brak zawinił, kto popełnił błąd. Tradycje religijne zakładają na ogół, że pierwotne stworzenie było doskonałe, ale potem ktoś je zepsuł. Brak zatem łączy się z czyjąś winą. Nie jest to wina demiurga, choć niektóre herezje opierały się na tym, że jemu ją przypisywały. W ortodoksyjnych teologiach nie jest to jednak wina stworzyciela, ale człowieka, który zgrzeszył i spowodował degradację stworzenia, jego upadek. Tu pojawia się słowo peccatum – błąd (drugie z rzymskich słów, o którym wcześniej wspomniałem). Bardzo podobnie było w grece – rzeczownik hamartema (oznaczający błąd, chybienie celu) posłużył w Septuagincie – tak jak peccatum w Wulgacie – za synonim żydowskiego grzechu (pojęcie długu zarówno w sensie metafizycznym, jak i materialnym miało w Starym Testamencie jedno określenie: hova). Całe dzieje święte to próby naprawy błędu pierwszych rodziców, zwrotu zaciągniętego przez nich długu – w terminologii religioznawczej określało się to mianem restitutio ad integrum.

Gdy mówimy: grzech, błąd, występek, to nakładają się na siebie sfery religijna i prawna.

U Żydów to było to samo – wyznają przecież religię Prawa, a skala połączenia tych dwóch sfer jest w niej bardzo wyraźna – starożytny Izrael to teokracja sensu stricto. W odleglejszej perspektywie historycznej ma to korzenie egipskie, które dla naszej kultury są ważniejsze, niż się powszechnie uważa. Biblijny świat wyobrażeń i wartości kształtował się w sporze / dialogu stojącym poniekąd pod znakiem Hassliebe – Egiptu nienawidzono, ale też czerpano z niego pełnymi garściami. Rozróżnienie na prawo świeckie i religijne istniało z kolei już w Grecji, a także w Indiach, gdzie to drugie nie było zbyt surowe ani skodyfikowane.

Czy brak, o którym Pan mówi, odnosi się też do ludzkiej niesamowystarczalności nie tylko w sensie metafizycznym, ale też horyzontalnym – międzyludzkim? Zadłużenie implikuje przecież wzajemność, wymianę, krążenie dóbr, czyli to, co antropologowie przyjmują za fundament ludzkiej wspólnoty.

Oczywiście, pojęcie długu siłą rzeczy odsyła do pojęcia wspólnoty, bo dług ma głębszy i szerszy wymiar niż tylko indywidualne czy interpersonalne relacje. Bardzo wyraźnie widać to u Rzymian, gdzie określenie communis – wspólny, wzięło się z com-munus, czyli udziału we wspólnym dobru, w powinnościach wobec wspólnoty. Słowo to miało zresztą ciekawe znaczenia, bo określało się nim również obowiązek daru, jaki wspólnocie należał się od państwa, władzy. Słowem munus określało się np. wyposażenie miasta w mury obronne, stąd czasownik munire i dalej immunire, od których wywodzi się z kolei immunitas, a więc miasto wyposażone w mury obronne, nietykalne, nie do zdobycia. Rodzajem munus były również igrzyska, które cesarz był winien społeczności i które musiał urządzać – to była rozrywka, której wspólnota się domagała, słynne panem et circenses.

Trzeba też pamiętać, że w starożytnych kulturach prawdziwym podmiotem życia, obowiązków i jego imperatywów nie była jednostka, ale przede wszystkim wspólnota. To dzisiaj trudno sobie wyobrazić, lecz przecież u Żydów mamy koncepcję narodu jako podmiotu zbawienia, na ogół nie mówi się tam o jednostce. Chrześcijaństwo co prawda odchodzi już od tej jednoznacznej tradycji żydowskiej, jednak ciągle jest w nim mowa o nowym ludzie wybranym. Wszystkie monoteizmy mają tę wspólnotowość w sobie. A to, jak mocna była kategoria zbiorowości jako podmiotu zbawienia, widać też w nowożytnych soteriologiach świeckich – np. w marksizmie, gdzie zwykle nie mówi się o pojedynczym człowieku, ale o zbiorowości (proletariacie). Marksizm to właściwie skopiowana eschatologia żydowska, o czym zresztą nieraz pisano. Zdecydowanie silniejszy akcent na jednostkę pada już u Lutra i Kalwina, którzy w znacznej mierze zindywidualizowali powołanie do zbawienia.

Jak przedstawia się sprawa długu w innych kulturach?

Bardzo ciekawe są pod tym kątem Indie. W sanskrycie jest słowo rna, które oznaczało w pierwszym rzędzie dług niefinansowy (ten ściśle materialny ma inne określenie – uddhara). Rna miało zaś konotacje metafizyczne i społeczne – zawsze podszyte treściami religijnymi. W klasycznych, czyli przedbuddyjskich, Indiach, opartych na kulturze wedyjskiej, było kilka rodzajów długu, który obowiązywał bramina: wobec bogów, tradycji, nauki i prawa, wobec wielkich mistrzów i religii (brahmaćarja, studium Wed) oraz wobec społeczeństwa. W ich ramach jednym z najistotniejszych był obowiązek spłodzenia syna po to, by ktoś mógł przejąć dług i kontynuować kult ofiarniczy.

Składanie ofiar to przecież swego rodzaju spłata długu – oddawanie czegoś, co się uprzednio otrzymało. Gdy nastał buddyzm, dokonała się jakaś istotna zmiana?

Buddyzm przejął wiele koncepcji z kultury wedyjskiej i bramińskiej, ale jednocześnie mocno je zreinterpretował. Pojęcie długu również – sanskryckie rna ma swój dokładny odpowiednik w palijskim terminie ana. W buddyzmie sama nasza egzystencja, nasz konkretny byt, który jest rezultatem splotu uwarunkowań karmicznych, postrzegana jest jako dług.

Dzisiaj w społecznościach mocno już zeświecczonych dochodzi do podobnej sytuacji – narodziny również równają się zadłużeniu. Wylicza się, że we Francji dziecko przychodzi na świat obciążone długiem ok. 22 tys. euro.

To jest niesłychanie ciekawa rzecz. Wracamy, po zatoczeniu wielkiego koła, do bardzo pierwotnych intuicji, choć dokonuje się to w formie spłaszczonej i zdegradowanej. Ten młody człowiek, który dziś się rodzi, jest obciążony długiem, ale też winą wobec wspólnoty. Konkretnie jest jej winien 22 tys. euro. W Indiach już same narodziny są poniekąd winą. My, dążąc do zbawienia po indyjsku pojmowanego, usiłujemy wypłacić się z długu, zmazać z siebie winę, którą jest sam fakt naszych narodzin. Jest to nasz dług wobec kosmosu, nasze narodziny są zaciągnięciem kosmicznego długu.

Jaka jest treść tego długu?

Na gruncie buddyzmu uważa się, że dług stanowi to, czym jesteśmy obciążeni, gdy przychodzimy na świat jako konkretne ogniwo w naszym personalnym łańcuchu egzystencji. Spłacanie tego długu tak, żeby całkowicie wygasić całe karmiczne dziedzictwo, to zadanie wyznawcy dharmy buddyjskiej. Pojęcie długu jest więc w Indiach interesująco rozwiązane, ponieważ nie ma kogoś, komu ten dług ma być spłacany – nie ma stwórcy, jest tylko nasz własny karman, którego mamy w sobie wypalić, wygasić, zniszczyć w taki sposób, by nie było warunków do kolejnego odrodzenia. Bo na tym polega buddyjskie wyzwolenie: na zniszczeniu przesłanek do ponownego bytu uwarunkowanego, czyli bytu w czasie i ciele. Pozostaje pytanie, co leży u źródła tego naszego skażenia, karmana, który nas przez całe eony pcha z egzystencji w egzystencję, z narodzin do śmierci i ze śmierci do narodzin. W wizji buddyjskiej wszechświat istnieje odwiecznie i nie wiadomo, jaki był jego początek. Budda zawsze przestrzegał wiernych, by nie zajmowali się takimi spekulacjami, bo jest to strata czasu, a energię trzeba wykorzystać na coś innego – na olbrzymią pracę nad sobą samym. W religiach monoteistycznych dług zostaje zaciągnięty przez grzech człowieka, jakiś peccatum originale. W buddyzmie podobną funkcję pełni avidja (awidźdźa po palijsku), czyli niewiedza.

Religie dzielą więc przekonanie o braku czy też niewiedzy stanowiącej o ludzkim długu. Czy starożytne…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spieniężone życie