Subskrybuj
Redaktor w Wydawnictwie Znak, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ.

Polesie: kraina otwarta

Pogranicze jest dla pisarza i reportera ciekawsze niż miejsce dawno zasiedziałe i niepodlegające zmianom, bo naraża mieszkańców na ciężkie próby, na wielokrotne wybory, buduje charaktery i dostarcza niezliczonych dramatów. Nęci konfliktem między zmiennością dziejów, która może być podniecająca, a potrzebą stałości i bezpieczeństwa.

Na Polesie rusza Pani śladem m.in. Amerykanki Louise Arner Boyd, badaczki Arktyki, i brytyjskiego gen. Adriana Cartona de Wiarta, weterana wojen w Afryce. Dlaczego w czasach gdy na cel kolejnych wypraw mogli wybrać właściwie każde miejsce na ziemi, zdecydowali się na bagnistą krainę na wschodzie II Rzeczypospolitej?

Panna Louise Boyd pochodziła z rodziny pionierów, którzy wzbogacili się podczas amerykańskiej gorączki złota. Została jedyną spadkobierczynią gigantycznej fortuny, dzięki czemu mogła pozwolić sobie na wynajęcie statku i wypłynięcie na Arktykę na poszukiwania zaginionego Roalda Amundsena. Dostarczyła mnóstwa niezwykle interesujących informacji o tym obszarze, które później – w czasie II wojny światowej – przydały się Amerykanom także strategicznie. W 1934 r., jako bardzo szanowana członkini Amerykańskiego Towarzystwa Geograficznego, została wydelegowana do Warszawy na Światowy Kongres Geograficzny i wymyśliła sobie, że przy okazji zobaczy Polesie. Przywiozła ze sobą samochód i kierowcę, który służył rodzinie od wielu lat, i tak usiłowała to Polesie zwiedzić, co nie było łatwe, bo brakowało dróg. Przesiadała się na łodzie i furmanki, brodziła po trytwach. Do Stanów przywiozła wspaniały materiał fotograficzny i opisowy, który wydano w Nowym Jorku w 1936 r.

Dla Cartona de Wiarta, wysokiego oficera brytyjskiego, a zarazem myśliwego, magnesem była niesamowita ilość zwierzyny, która zamieszkiwała te bagna i lasy. Był awanturnikiem, kochał wojnę i na ochotnika walczył z Burami na południu Afryki i z derwiszami w Somalii. Stracił lewą rękę i oko, ale jak się okazuje, można polować bez nich. Chlubił się tym, że zastrzelił 20 tys. kaczek w locie. Został skierowany do Polski na szefa wojskowej misji brytyjskiej i zaprzyjaźnił się tam z księciem Karolem Radziwiłłem, który wiedząc o jego manii polowania, zaprosił go na Polesie. Tamtejsze bagna i puszcze należały do najlepszych terenów łowieckich w Europie. W podarowanej mu leśniczówce de Wiart spędził 19 lat. Dopiero w 1939 r. odwołano go jako wysokiego oficera, żeby walczył w II wojnie światowej.

Dla cywilizowanego świata Polesie było więc egzotyczną, dziwną krainą. Ogromny przestwór wód, które inaczej wyglądają w różnych porach roku, oswojony jakoś przez ludzi w łapciach i lnianych koszulach musiał wydawać się nie mniej ekscytujący niż Arktyka czy Afryka.

We wspomnieniach Ryszarda Kapuścińskiego, w tamtym czasie małego chłopca, Polesie nie jest zamkniętym, odsuniętym od świata regionem. Wręcz przeciwnie.

Kapuściński napisał w jednym ze szkiców, że Pińsk to miejsce, które było otwarte na szeroki świat. To stwierdzenie szalenie podziałało na moją wyobraźnię. Przecież wiadomo, że było to małe prowincjonalne miasto w zacofanej gospodarczo krainie. A on pisze, że jeżeli się wsiądzie w kajak na Pinie, pod skarpą pińską, to można wszędzie dopłynąć: do Morza Czarnego, Bałtyku, można się wydobyć na szerokie oceany. I rzeczywiście, sieć wodna łączących się ze sobą rzek, uzupełniona kanałami Królewskim i Ogińskiego, zbudowanymi jeszcze pod koniec I Rzeczypospolitej, pozwala traktować to miejsce jako otwarte.

Tę samą myśl znalazłam we wspomnieniach Chaima Weizmanna, który urodził się w Motolu pod Pińskiem. Jego rodzina spławiała poleskie bale do Gdańska właśnie tą siecią rzek i kanałów. Weizmann jako mały chłopiec pływał ze swoimi krewniakami na tratwach z tych bali i też miał poczucie otwarcia świata. Zresztą oni obaj zrobili z niego użytek – i Kapuściński, i Weizmann. Matka Weizmanna urodziła 15 dzieci, Chaim został pierwszym prezydentem Izraela, a jego bratanek Ezer – siódmym. Czyli rzeczywiście wydobyli się na świat.

Z Polesiem związanych jest kilka legend, które sprzyjają mitologizacji tych terenów. Na przykład o tamtejszym grobie Owidiusza.

Ta legenda jest bardzo uparta, choć wedle wszystkich wiarygodnych źródeł historycznych Owidiusz został pochowany w Konstancy. Może wynika z potrzeby udzielenia schronienia poecie, który został wyklęty – zesłany, tak jak zsyłano wielu Polaków, i nie tylko Polaków, z tej ziemi. Za tą legendą mógłby przemawiać wiersz napisany w Konstancy, w którym Owidiusz żali się, że marznie w krainie, gdzie „śnieg długo leży”. A przecież w Konstancy śnieg długo nie leży. To nie jest realny obraz, tylko wewnętrzny zamróz, samotność, tęsknota, bo Owidiusz był bardzo nieszczęśliwy na tym północnym zesłaniu z Rzymu. Dzisiejsza Białoruś też ciągle tkwi w takim zamrozie – raz lżejszym, raz mocniejszym.

A jednak Pani opowieść wydaje się temu zaprzeczać. Polesie Pińskie nie jest miejscem okrytym zmarzliną, statycznym, bo bohaterowie Pani książki robią wiele, by krajobraz tej krainy zmienić, „usypać góry” – może nie fizycznie, ale na pewno duchowo.

Tak, starają się to swoje życie „ocieplić”, coś odbudować, sięgają do historii. Często byłam świadkiem takiej odbudowy: albo dosłownie – budynków związanych z przeszłością, albo informacji, wiedzy. Inteligencja białoruska ma wielką potrzebę odnalezienia swojej tożsamości, bo żyje w kraju, który został przez straszne okoliczności, głównie II wojny światowej i lat komunizmu, wyjałowiony z zabytków, historii, kultury materialnej i niematerialnej, szeroko rozumianej. W związku z tym bardzo wiele osób prowadzi tam zupełnie prywatne historyczne badania. Na przykład prof. matematyki na Uniwersytecie Pińskim Aleksander Iljin, historyk amator, wydaje niezależne pismo historyczne „Brama”, napisał wraz z żoną poetką Eleną Ignatiuk historię Pińska z mnóstwem ciekawych wiadomości archiwalnych.

W każdej niemal miejscowości znajduje się małe muzeum. Zideologizowane dawniej izby pamięci dziś bardziej informują, niż ideologizują. Odbudowuje się dwory i pałace, np. dwór Napoleona Ordy. Fakt, że były to pańskie dwory, nikomu już nie przeszkadza, pełnią inne funkcje, muzealne, turystyczne, komercyjne i służą prestiżowi państwa Białoruś. Bardzo mizerna, ale już istniejąca klasa średnia bardzo by chciała czasem zatańczyć w salonie i chętnie za to zapłaci. W odbudowanym pałacu Juliana Ursyna Niemcewicza w Skokach urządza się bale, pary przyjeżdżają powozem, panie w długich sukniach, panowie w cylindrach. To ma wielkie wzięcie. Nie do wiary! Jak jechałam na Białoruś, nigdy by mi nie przyszło do głowy, że takie imprezy się tam odbywają.

Poruszyła mnie opowieść o głuchoniemym Kiryle, który był najlepszym krawcem w Motolu, choć pochodził z polsko-białoruskiej rodziny.

To się na ogół nie zdarzało nie-Żydom, ponieważ cały Motol był pełen żydowskich krawców, prawdziwych geniuszy krawiectwa. Zapamiętano, że Kirył poprzez podglądanie, jak oni kroją, jak szyją, doszedł do mistrzostwa. Najpierw nauczył się krawiectwa w kramach żydowskich, a potem sam uczył tego fachu kolejnych Żydów. W motolskiej legendzie to wspaniała symbioza nie-Żyda z Żydami.

Tak było?

No właśnie, syn Kiryła opowiedział mi, że wcale tak nie było. Kirył wręcz naraził się żydowskim krawcom. Był to dość niespokojny czas i trzeba było pilnować kramów przed złodziejami. Chrześcijanie pełnili warty z kijami, a Żydzi z trąbkami i w razie czego robili wielki hałas. A Kirył taką trąbkę któremuś Żydowi zabrał i w ciągu dnia zrobił potworne larum, czego nie słyszał, bo był głuchoniemy! Tak się tym naraził żydowskiej społeczności, że całkowicie wykluczono go z interesu krawieckiego i przez długi czas musiał douczać się u krawca chrześcijańskiego w odległej miejscowości.

W rozmowach o miejscach, które „reprezentują nieobecność”, uruchamiają się często dwa typy opowieści. Z jednej strony – idealizacja historii, próba ukazania idyllicznej krainy, w której żyły ze sobą różne narodowości w bezkonfliktowej wspólnocie, z drugiej – dekonstruowanie idealnego świata i pamięci.

W miastach i miasteczkach Polesia odczuwa się brak społeczności żydowskiej, pamięta się o niej. W Pińsku tuż przed wojną ponad 60% ludności stanowili Żydzi. W Imperium Rosyjskim Pińsk był po Berdyczowie największym miejskim skupiskiem Żydów. Białorusini, Polacy, Żydzi, Poleszucy żyli tu ze sobą dość zgodnie. Na Polesiu nie było pogromów. Wyjaśniał to jeszcze za carskich czasów Rosjanin Iwan Zieleński, badacz warunków ekonomicznych i stosunków narodowościowych. Twierdził, że na Polesiu Żydzi stanowią rodzaj buforu i jednocześnie łącznika pomiędzy różnymi grupami społecznymi, zwłaszcza ziemiaństwem a chłopstwem, niemającymi ze sobą właściwie żadnego kontaktu – poza wyzyskiem ze strony właścicieli ziemskich. Tu kończy się idealizacja, ponieważ na ogół był to jednak wyzysk. Potrzebni byli kupcy, sprzedawcy, faktorzy, którzy pomagaliby „panom” w kontaktach z resztą społeczeństwa miejscowego, i odwrotnie. Bez tych faktorów, którzy byli bardzo ruchliwi, przedsiębiorczy, potrafili dostarczać towary łodzią czy furą w niedostępne miejsca, pertraktować między nieufnymi stronami, często wręcz mediować, półfeudalna ekonomia Polesia by się załamała. Zieleński twierdzi, ze chłop bardziej ufał Żydowi niż „panu”, a „pan” też wolał rozmawiać z Żydem niż z chłopem. Żydzi także zajmowali się wszelakim niezbędnym rzemiosłem i raczej nie mieli na Polesiu konkurencji. Wiadomo było, że bez Żydów nie można się obejść, i to wytworzyło więzi, które nie sprzyjały antysemityzmowi.

Jak więc wytłumaczyć incydent z 1919…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spieniężone życie