Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Samodzielne czy samotne matki?

Podczas prac nad projektem ustawy regulującej m.in. zasady stosowania metody <i>in vitro</i>, pojawiły się dwie odmienne propozycje: pierwsza zakładała, że procedura powinna być dostępna jedynie dla małżeństw. Druga przyjmowała dostępność metody dla kobiet niezależnie od tego, czy żyją z mężczyzną, drugą kobietą, czy też w ogóle nie pozostają w związku. Jednym z kluczy do zrozumienia podstaw odmiennych stanowisk są założenia, z których prawo do rodzicielstwa jest wywodzone.

Rodzicielstwo biologiczne jest paradygmatyczną, a zatem także społecznie, religijnie i prawnie uprzywilejowaną formą posiadania potomstwa. Wraz z rozwojem wrażliwości etycznej i pogłębieniem świadomości godności osoby ludzkiej jego postrzeganie stawało się nieco bardziej subtelne: coraz powszechniej uznaje się, że o byciu rodzicem decyduje nie tylko sam fakt poczęcia lub zrodzenia dziecka, ale także podjęcie zadań opiekuńczo-wychowawczych i budowanie środowiska sprzyjającego jego rozwojowi. Biologistyczna perspektywa jest podstawą prawonaturalnych ujęć fundujących tradycyjną teologię małżeństwa i rodzicielstwa. Jak wyjaśnia o. Robert Plich OP w opublikowanej w miesięczniku „Znak” rozmowie pt. Czy rodzice mogą być tej samej płci?, „zrodzić potomstwo mogą tylko kobieta i mężczyzna, czyli może się to dokonać na gruncie komplementarności płciowej i wzajemnego współdziałania seksualnego pomiędzy kobietą i mężczyzną” (nr 697, s. 18).

Temu ujęciu przeciwstawić można podejście kulturowe, dominujące w większości laickich teorii i coraz silniej przenikające do świata myśli chrześcijańskiej. Z perspektywy kulturowej to właśnie miłość, odpowiedzialność, trwałość budowanych relacji, gotowość do przyjęcia i wychowania dziecka są warunkami koniecznymi do stania się rodzicem. W tym ujęciu to nie płeć rodziców i liczba osób sprawujących opiekę nad dzieckiem, ale kompetencje wychowawcze (emocjonalna dostępność, umiejętność rozpoznawania i podążania przez rodzica za tym, co dziecko przeżywa) są uznawane za czynniki decydujące o rozwoju młodego człowieka. Stanowisko to może się rozwijać na gruncie koncepcji płci kulturowej, w której różnice pomiędzy płciami (m.in. różnice wynikające z odmiennej konstytucji biologicznej) traktowane są jako „słabe”. Natomiast cechy ważne, tzn. wpływające na sposób realizacji ról społecznych i wychowawczych, traktowane są jako wymienne, a nie przypisane do danej płci. Takie m.in. przesłanki leżą u podstaw rozwiązań ułatwiających ojcom sprawowanie wymiennie z matkami opieki nad małym dzieckiem. Punktem wyjścia w procesie porządkowania coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości jest zatem odpowiedź na pytanie, komu przynależne jest prawo do rodzicielstwa?

Kiedy cytowany już o. Plich mówi: „Zrodzić potomstwo mogą tylko kobieta i mężczyzna”, ma na myśli możliwość wpisaną w biologiczną naturę człowieka. Jednak faktyczne sprawstwo podmiotu, wynikające z możliwości przekroczenia natury, sięga obecnie znacznie dalej. Nowa filozoficzna i społeczna perspektywa rozumienia małżeństwa i rodziny oraz ich wzajemnych związków nie byłaby możliwa bez medycznego przełomu, który dokonał się w II połowie XX w. i pozwolił na oderwanie aktu seksualnego od prokreacji (antykoncepcja) i prokreacji od aktu seksualnego (metoda zapłodnienia pozaustrojowego). Z pewnością bez tych odkryć naukowych zmiany społeczne, wyrażające się dziś w postulatach prawnego zrównania różnych form związków cywilnoprawnych (małżeństwo dwupłciowe, małżeństwo jednopłciowe, związek partnerski) oraz oddzielenia prawa do rodzicielstwa od faktu wejścia w związek cywilnoprawny, nie przebiegałyby tak dynamicznie.

Współczesna wrażliwość liberalna i rozwijana na jej gruncie filozofia praw człowieka uznaje prawo jednostki (a nie tylko związku) do rodzicielstwa. To pozwala zrozumieć podstawy stanowiska, wedle którego procedura zapłodnienia pozaustrojowego powinna być dostępna dla wszystkich kobiet, niezależnie od tego, czy pozostają one w związku z mężczyzną, drugą kobietą, czy też nie wchodzą w żadne związki1.

Odmienność paradygmatów prawonaturalnego i liberalnego dobrze oddają określania „samotna matka” i „samodzielna matka”, stosowane w odniesieniu do kobiet, które wychowują dzieci bez wsparcia drugiego rodzica. W perspektywie prawonaturalnej nieobecność ojca jest z konieczności ujmowana jako brak, wpływający na kształt rodzinnych więzi traktowanych w związku z tym jako niepełne. W tej perspektywie należy interpretować terminy takie jak „rodzina tradycyjna” i „rodzina pełna” – a zatem złożona z kobiety i mężczyzny, którzy są otwarci na przyjęcie dziecka. Tak rozumiana rodzina, zdaniem zwolenników klasycznej wizji, powinna być w szczególny sposób wspierana przez politykę społeczną państwa.

Jednak samodzielność matki może być także widziana jako wybór kobiety, na pierwszy plan wysuwa się wtedy jej sprawstwo, podmiotowość i zdolność do samodzielnego działania (w tym przypadku wychowania dziecka) bez udziału mężczyzny.

Tym, co nieraz gubi się w liberalnej perspektywie jest zasadnicze pytanie o dobro dziecka i jego prawa. Wydaje się, że chęć zabezpieczenia praw dziecka leży u podstaw stanowiska, wedle którego procedura in vitro miałaby być dostępna dla osób pozostających w formalnym związku. Trzeba mieć jednak świadomość, że także i ta propozycja nie jest pozbawiona wad. Wszak, o czym była mowa, dobro dziecka zależne jest nie tylko od formalnych przymiotów cechujących rodzinę lecz nade wszystko od dyspozycji i wychowawczych kompetencji samych rodziców.

Na gruncie liberalnym problematyczne wydaje się dziś także powiązanie rodzicielstwa i małżeństwa. W małżeństwo – rozumiane jako projekt życiowy dwóch osób – może być wpisana zarówno dzietność, jak i bezdzietność. Rodzicielstwo natomiast rozumiane jako prawo jednostki może, choć nie musi, być powiązane z małżeństwem. Skoro małżeństwo nie łączy się w sposób konieczny z perspektywą dzietności, a rodzicielstwo oderwane jest od małżeństwa, to z punktu widzenia demograficznego małżeństwo traci część ze swej uprzywilejowanej pozycji. Jeśli prawo ma chronić gwarancje wszystkich osób, a zatem także i dzieci, to prawodawca musi z konieczności zmierzyć się z rysującymi się na horyzoncie propozycjami.

 

Doktryna i praktyka

Chrześcijanie mierzą się dziś z kilkoma pytaniami. Z jednej strony wyzwaniem jest udział w debatach o charakterze światopoglądowym i politycznym: jak sprawić, aby elementy specyficznie chrześcijańskiej tożsamości zostały przyjęte także przez osoby, które swoje przekonania wywodzą z innych źródeł. W jaki sposób formułować argumenty na potrzeby debaty publicznej? Z drugiej strony zadaniem jest poszukiwanie takiego języka opisu chrześcijańskiej wizji, aby była autentyczną i pociągającą dla ludzi drogą życia.

Kłopot polega m.in. na tym, że ujęcie prawonaturalne, dochodzące do głosu w wypowiedziach wielu hierarchów i katolickich intelektualistów nie ma ani właściwego wpływu na członków religijnej wspól noty, ani odpowiedniej siły w debacie publicznej. W tym należy upatrywać przyczyn niepowodzenia polskiego Kościoła w wypracowaniu w sferze publicznej autentycznego i przekonującego (opartego na formowaniu sumień) stanowiska. Mimo obecności formacji religijnej w publicznych placówkach i silnej reprezentacji oficjalnego głosu Kościoła w debacie coraz mniej młodych Polaków przywiązuje wagę do religijnej wizji życia i coraz powszechniej ignorują oni nauczanie Kościoła na temat seksualności (której to sprawie biskupi poświęcają stosunkowo najwięcej uwagi). To też wyjaśnia, dlaczego mimo zdecydowanie negatywnego stanowiska episkopatu Polski wobec ustawy o in vitro (gdzie powoływano się na papieski autorytet, strzegący życia i tradycyjnych wartości) doszło do przyjęcia nowego prawa. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie społeczne poparcie dla prawnych rozwiązań.

Nieskuteczność prawonaturalnego języka ma także znacznie poważniejsze konsekwencje niż przyjęcie prawa, które budzi sprzeciw części katolików (i nie tylko ich) – wszak choć nie jest ono pozbawione wad, nie ogranicza wolności chrześcijan do postępowania zgodnie z własnymi przekonaniami. Mianowicie ten język rani: rani sposób mówienia o dzieciach poczętych metodą in vitro, osobach homoseksualnych, transseksualnych, rodzicach żyjących w związkach niesakramentalnych, decydujących się na stosowanie sztucznej antykoncepcji – przykłady…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Białoruś. Pobyt tymczasowy