Gościnność wobec przybyszów jest jedną z najstarszych instytucji, jakie ludzkość wytworzyła, by radzić sobie z sytuacją zetknięcia się z obcymi. W starożytnych przekazach, czy będą to źródła hinduskie, starogreckie, żydowskie czy jeszcze inne, przybiera ona postać prawa gościnności, którego niedopełnienie wywołuje gniew, a nawet boską zemstę. W Germanii Tacyta czytamy, że odmowa udzielenia schronienia wędrowcom uważana była za niegodziwość (nefas). Historia Sodomy i Gomory, jak utrzymują niektórzy badacze, to opowieść o karze za niegościnność. Od podobnych napomnień, obarczonych najwyższą religijną sankcją, roi się w tekstach kultury, jakie dotarły do naszych czasów.
Prawo gościnności chroniło w przeszłości wędrowców, kupców, pielgrzymów czy banitów, wszystkich, którzy przekraczali granice znanego im świata. Bez niego podróż byłaby nie do pomyślenia. Trzeba mieć na uwadze, że mówimy przecież przeważnie o terenach dużo słabiej zasiedlonych niż obecnie, o czasach, które nie znały autostrad ani nawigacji satelitarnej. Odmowa gościny groziła śmiercią. Wędrowiec, kimkolwiek by był i w jakimkolwiek celu by się przemieszczał, zależał wówczas całkowicie od ludzi, których spotkał po drodze, od owego prawa zobowiązującego do ugoszczenia nieznajomego. Co ważne, było to prawo czy też uważany za odwieczny obyczaj nakazujący w ludzki sposób potraktować obcego.
Gościnność nie była więc kwestią wyboru w naszym rozumieniu tego słowa, nie zależała całkowicie od nastrojów społecznych ani od osobistego kaprysu. Co to oznacza? Jaka możliwa nauka płynie z tego w obecnej sytuacji?
Zanim odważę się odpowiedzieć, muszę zastrzec, że nie zamierzam idealizować zamierzchłej przeszłości, ukrywając pod sentymentalną opowiastką odmienne od naszych mechanizmy opanowywania przemocy. Za skuteczniejszą procedurę uważam uznanie, że każdy sposób radzenia sobie z innością jest pewnym osiągnięciem cywilizacyjnym, a ich wspólny cel stanowi uniknięcie bezpośredniej walki i zażegnanie rozlewu krwi. Możemy na tej podstawie spierać się o skuteczność tego typu mechanizmów, jakie wytworzyły odmienne kultury. Innymi słowy, dopiero konsekwentna i bezwzględna demaskacja struktur odpowiedzialnych za ucisk i przemoc daje rzetelną podstawę do historycznych dociekań. W przeciwnym razie powoływanie się na przykłady z przeszłości może zostać łatwo zdyskredytowane jako czcza licytacja na potrzeby chwili lub przejaw starej jak świat nostalgii za rajem utraconym. Nie koncentruję się także na faktograficznej stronie przywoływanych świadectw, interesuje mnie tutaj bardziej ich uniwersalny, antropologiczny wymiar.
Nie chcę obłudnie twierdzić, że w przeszłości, szczególnie tej dawnej, od której rozpocząłem, ludzie powszechnie okazywali sobie życzliwość, a każdego obcego przybysza traktowano z należną mu troską. Obcy, podobnie jak dziś, łatwo stawał się siedliskiem wszystkich lęków, które na nim skupiano. Był pierwszym kandydatem na kozła ofiarnego, na którego wspólnota mogła scedować trapiące ją sprzeczności, uznając go za winnego swoich rzeczywistych albo urojonych krzywd. René Girard, antropolog kultury, który z teorii kozła ofiarnego uczynił dzieło swego życia, wykazał, że proces naznaczenia i poświęcenia ofiary wzmacnia spójność grupową i poczucie niewinności (czy normalności), podczas gdy całe zło zostaje w rytualnym akcie przypisane nieszczęsnemu odmieńcowi. Bywało nierzadko, że wspólnota w zaślepieniu religijnym transem potrafiła tak przeinaczyć dwuznaczny status ofiary, że po jej zabiciu czyniła z niej obiekt kultu. Tak wyglądały losy św. Kolomana. Był on irlandzkim mnichem, który podróżował do Jerozolimy. Z powodu cudzoziemskiego wyglądu i nieznajomości języka niemieckiego został uznany za szpiega, pojmany, torturowany, a następnie powieszony w podwiedeńskim mieście Stockerau 17 lipca 1012 r. Odbyło się to bez procesu sądowego, a więc na zasadzie linczu. Tuż po jego śmierci okoliczna ludność, która, jak możemy przypuszczać, niewiele wcześniej biernie przyglądała się egzekucji lub może nawet podżegała do niej, zaczęła czcić Kolomana jako męczennika. Już dwa lata później jego ciało otoczone nimbem świętości złożono w opactwie benedyktynów w Melku, gdzie spoczywa do dziś. Sława Kolomana ze Stockerau tak bardzo się rozpowszechniła, że aż do połowy XVII w. piastował godność głównego patrona ziem austriackich.
Skoro mowa o historii kościelnej, warto wspomnieć o tradycji udzielania azylu. W starożytności miejsca dla zbiegów istniały przy wybranych obiektach kultu religijnego i ważniejszych sanktuariach. Ślady podobnej praktyki ochrony podejrzanych o popełnienie przestępstwa przed pochopnym wyrokiem ze strony współbraci są obecne także w Starym Testamencie. Obyczaj ten przejęły później świątynie chrześcijańskie, gdzie dotrwał do czasów nowożytnych. Asylia były miejscami tymczasowego schronienia, zapewniały uciekinierom podstawowy zakres nietykalności. Jeśli tylko udało im się przekroczyć wyznaczoną linię, mogli liczyć na ochronę gwarantowaną przez władze danego sanktuarium do czasu wyjaśnienia sprawy przed sądem. Mimo że przyjmowano w nich również największych zbrodniarzy, miejsca azylu nie miały osłaniać przestępstwa, ale sprzyjały wzmacnianiu zasady domniemania niewinności i chroniły przed samosądami w czasach, kiedy system ochrony praw jednostek był w powijakach albo nie istniał. Stanowiły więc rodzaj sfery buforowej, zbudowanej dzięki przezorności, która nakazuje bronić każdego przed prześladowaniem i niesłusznym oskarżeniem.
*
Tendencja zmierzająca w stronę minimalizowania możliwości dyskryminacji i zaszczucia wyraźnie sprzeciwia się niesprawiedliwemu oczernianiu, o które łatwo w panice i popłochu. Podobnie rzecz ma się z prawem gościnności, bowiem jego podstawową przesłanką jest podwójna ochrona jednostki. Z jednej strony ochrona przed obojętnością natury, której łupem może paść wędrowiec narażony na pomylenie drogi, głód, atak zwierząt itd. Z drugiej – ochrona przed brutalnością ludzi powodowanych niewiedzą, z której powstaje lęk przed nieznanym. Niewiedzy tej nie należy traktować z wyższością jako ignorancji niewykształconych. Nie chodzi tu o wiedzę, którą można by uzupełnić. Niewiedza ta dotyczy zwykłej niepewności, jaka towarzyszy życiu. Niepewność w czasie wojen czy innych kryzysów wzrasta jednakże do tego stopnia, że życie staje się nieznośne, frustracja narasta, by wybuchnąć. O ile więc sam wybór kozła ofiarnego w takiej sytuacji jest irracjonalny, pada bowiem na pierwsze z brzegu osoby wydające się podejrzane, o tyle nie są irracjonalne uwarunkowania, które uruchomiły mechanizm ofiarniczy.
Migranci bezwiednie przyczyniają się do odsłonięcia najdotkliwszych niesprawiedliwości świata, w którym żyjemy. Jako że zaczynamy je dostrzegać wraz z ich przybyciem, pojawia się diabelska pokusa, aby to właśnie migrantów uznać za powód naszych problemów. Ale to nie myślenie – to odruch.
Cudzoziemcy tworzą wyrwę w naszym dotychczasowym świecie, podobnie jak każde narodziny dziecka, które niesie w sobie zalążki nieprzewidywalności.
W przypadku tej „wewnętrznej imigracji” wynikającej z powiększenia rodziny ludzkiej sprawa wydaje się prostsza: nad dzieckiem rozciąga się od samego początku władzę wychowania, formuje się je zgodnie z własną wolą, wybiera się jej / mu imię, przynależność religijną (lub jej brak), szkołę itp. Dzięki temu nowy przybysz szybko staje się kimś oswojonym, „naszym”. Z imigracją z zewnątrz rzecz ma się zgoła odmiennie: przybywają zwykle ludzie już uformowani, nad którymi nie mamy władzy tak rozległej. Myślę, że jest to newralgiczny punkt, w którym jak w soczewce skupia się obraz społeczeństwa, jego postaw, lęków, przekonań i w końcu – interesów.
Jeśli chodzi o interesy, tradycjonaliści mają najwięcej do stracenia, nic więc dziwnego, że krzyczą najzajadlej. Boją się bowiem tego efektu demaskacji, jaki zachodzi podczas przeglądania się w lustrze Innego, które ujawnia naszą własną inność, niedopasowanie i niekoherencję. Niekiedy niespójność rażącą i dlatego wstydliwie skrywaną. A nikt nie lubi, kiedy odsłania się jego słabe strony. Co gorsza, tradycjonalistów spotyka obecnie jeszcze większe upokorzenie, ponieważ odsłaniają się sami zgodnie z zasadą „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Najgorzej mają tradycjonaliści powołujący się na autorytet religii, a takich nad Wisłą dostatek. Oto kilka przykładów owej chybionej „teologii politycznej”.
*Głosiciele obrony „przedmurza chrześcijaństwa” przed „muzułmańską inwazją” zapominają dodać, że tym, czego chcieliby bronić choćby siłą, jest jedynie pewien konkretny naród, a nie religia. Dowód? Przyjęcie na chwilę ich logiki prowadzi do następującej implikacji: gdyby tak bardzo przejmowali się losem zagrożonych chrześcijan, mogliby się zaciągnąć w szeregi chrześcijańskiej armii na północy Iraku, która z powodu swojej szczupłości werbuje także ochotników z zagranicy (np. byłych żołnierzy amerykańskich) do walki z Państwem Islamskim. Mogłoby to być dla naszych nacjonalistów strojących się w religijne piórka nie lada wyzwanie, i to nie tylko militarne (w końcu bijatyka na stadionie albo demolowanie stolicy na 11 Listopada to jednak igraszka w porównaniu z regularną wojną, o której „kibice wyklęci” nie mają pojęcia – podobnie zresztą jak piszący te słowa). Otóż chrześcijanie z Iraku wyglądają w większości zupełnie jak migranci przybywający do Europy. A jak wiadomo, dla „naszych chłopców” odcień skóry jednak ma dość spore znaczenie. Byłby zgrzyt. Nie wiadomo, kto nasz, a kto wróg. Poza tym osobliwie musiałoby wyglądać to spotkanie nadwiślańskich katolików z irackimi Arabami, których przynależność do chrześcijaństwa liczy sobie 19 wieków, a nie tylko 10, jak w przypadku naszych współziomków. Byłby drugi zgrzyt, zazdrość by była. I wreszcie, jak wytłumaczyć „Polakom katolikom”, że chrześcijańscy Arabowie walczą ręka w rękę z jazydami, przedstawicielami religii synkretycznej, nie bacząc na ich heretyckie zapatrywania? „Nasi chłopcy” brzydzą się przecież kompromisem, mają swoje zasady. Nie ma to więc jak trzymać się spódnicy Matki Ojczyzny i bohatersko prężyć muskuły z daleka. Ostatnio przekonałem się po raz kolejny, ze zgrozą i rozbawieniem zarazem, że tradycjonaliści w ogóle nie wierzą w wartości, które głoszą. Presja migracyjna wywołuje w nich niemal dzikie przerażenie, boją się, że katolicy zostaną zdeklasowani liczebnie przez muzułmanów. Wzywają więc do podjęcia walki demograficznej „macicami kobiet” (cyt. za jednym z czołowych ultrakatolickich publicystów). Przytaczam te słowa, żeby pokazać poziom upadku. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z urzeczowieniem kobiet i sprowadzeniem ich do roli organu reprodukcyjnego. Po drugie, z zupełnym brakiem taktu i wrażliwości,…