Subskrybuj
Dr socjologii, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN, autorka m.in. książki Ten pierwszy raz. Konstruowanie heteroseksualności (2015), reżyserka filmu dokumentalnego Żydokomuna (2010).

Nadmiarowość

Refrenem mojego wstydu jest nadmiarowość. Poczucie nadmiarowości towarzyszy mi, odkąd pamiętam. Odkąd pamiętam, słyszałam komunikat: za dużo.

Wstyd traktuję (między innymi) jak alarmowy czujnik. Uruchamia się wtedy, gdy przekraczamy jakąś granicę. Wychodzimy poza obszar, który świat społeczny wyznaczył nam stosownie do współrzędnych: płci, klasowego pochodzenia, etnicznego przypisania, stopnia peryferyjności kraju, w którym mieszkamy, itd. Wstyd jest jak sito pomiędzy nami a tym, czego zdarza nam się pragnąć. W zależności od naszych społecznych współrzędnych sito ma większe lub mniejsze oczka, jest rzadsze lub gęstsze.

 

Angielski

Byłam uczennicą wzorową, co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. Matka, całkowicie ufna w system edukacji i systemowi temu posłuszna, gratulowała mi i mówiła: „No widzisz? Jesteś zdolna”. Bo matka oceny szkolne brała za werdykty moich intelektualnych możliwości. Innych autorytetów w rodzinie nie było. Nie było w niej ani profesorów, ani inteligenckich niepokornych, których opinia stanowi zazwyczaj przeciwwagę dla szkolnej klasyfikacji, a w każdym razie jakąkolwiek wobec niej alternatywę. Nie było nikogo, kto powiedziałby mi: „Szkoła może nie mieć racji w twojej sprawie”, dlatego robiłam wszystko, by szkoła wyrok wydała na mnie łagodny. Nie było nikogo, kto odpowiednio wcześniej powiedziałby to mojej mamie.

Już wtedy znałam jej historię. Na nią szkoła wydała wyrok, że jest „mało zdolna, ale pracowita”. Ten wyrok zdeterminował jej ścieżkę edukacyjną, a potem zawodową. Jej rodzice wzięli sobie do serca szkolne świadectwa córki, byli więc przeciwni, by szła na „wymagającą” medycynę. Nie wierzyli, że podoła. Mama, choć o medycynie marzyła, wzięła sobie do serca słowa rodziców i poszła na politechnikę. Jej szkolne świadectwa były kiepskie, bo o ocenach decydowała aktywność na lekcji, a moja mama była w szkole przeraźliwie onieśmielona. Głos na najważniejszych zajęciach – z polskiego i z historii – zabierali niemal wyłącznie chłopcy. To byli młodzieńcy z profesorskich domów. Wypowiadali się więc swobodnie, ze swadą, lubili polemizować z nauczycielką, a ona to właśnie ceniła i nagradzała. Milczącą –  w większości dziewczyńską – resztę miała za głąbów. I dawała temu wyraz, wystawiając oceny na koniec roku.

Ufność w werdykty i podporządkowanie szkolnym wyrokom dostałam więc po linii klasowego dziedziczenia. Dlatego czasem niewiele rozumiałam z tego, czego się uczyłam. Uczyłam się tak, by zdać. Zaliczyć. Dostać dobrą ocenę. Nie miało to wiele wspólnego z przyswajaniem wiedzy. To znaczy miało, ale nie tej wiedzy, którą próbowały przekazać mi podręczniki i nauczycielki. Mnie szkoła uczyła samej siebie. Tego, jak osiągać wyniki, które uznawała za satysfakcjonujące. Jak projektor rzutowała na mnie swoją strukturę, a ja odrysowywałam ją sobie w zeszytach, w głowie, w ciele.

W podstawówce, do której chodziłam, lekcje języka angielskiego wprowadzano na etapie siódmej klasy. Mój pierwszy angielski przypadł na 1993 r. Podzielono nas na dwie grupy, kluczem alfabetycznym. Okazało się, że w grupie, do której trafiłam, większość dzieci angielskiego już się gdzieś uczyła. Prywatnie, poza systemem szkolnym. Rodzice tych dzieci wiedzieli, że należy w dziecko inwestować. Wiedzieli jak i mieli za co. Moja mama ani nie miała, ani nie wiedziała. Była wtedy wiecznie zajęta, przepracowana, zmęczona. Próbowała nas utrzymać. Utrzymać na powierzchni, mimo transformacji.

Pani od angielskiego, zadowolona z szybkich postępów grupy, pędziła z początkowym materiałem, jakby robiła zaledwie powtórkę. Tymczasem dla mnie wszystko na tych lekcjach było nowe. W efekcie z angielskiego dostawałam najwyżej trójki. To była deklasacja. Dzieci śmiały się, że nie potrafię poprawnie wymawiać angielskich wyrazów, nie umiem ich odczytywać ani powtarzać z odpowiednim akcentem. Pierwszy raz, odkąd chodziłam do szkoły, zdarzało mi się nie odrobić pracy domowej. Bo nie umiałam. Bo nigdy nie prosiłam mamy o pomoc w odrabianiu lekcji. Byłam na to za dumna. A ona była dumna ze mnie, że tak świetnie sobie radzę bez jej pomocy. Chciałam obie te dumy utrzymać. Ale nawet gdybym z nich zrezygnowała, mama i tak nie potrafiłaby mi pomóc. Nie znała angielskiego. Na korepetycje nie było funduszy.

Lekcje angielskiego stały się dla mnie koszmarem. Przed każdą kolejną dostawałam biegunki z nerwów. Czasem kłamałam, że zapomniałam zeszytu. Czasem rozchorowywałam się przed pójściem do szkoły. Czasem, gdy nadchodziła moja kolej, by na forum klasy powiedzieć coś po angielsku, spuszczałam głowę i mówiłam cicho, mając nadzieję, że nauczycielka nie dopyta, co mamroczę pod nosem. Jeśli dopytywała, twarz mi płonęła, czego rówieśnicy nie pozostawiali bez komentarza. Na klasówkach nawet nie próbowałam rozwiązywać gramatycznych zadań samodzielnie. Byłam pewna, że zrobię to źle. Nerwowo ściągałam od koleżanki. Upokorzona własnym proszącym tonem, pytałam ją: „Co w czwartym?”, „Masz siódme?”, „Agnieszka, 11be, błagam!”. Z każdą moją prośbą i z każdą łaskawie udzieloną podpowiedzią – tonem, jak mi się zdawało, rozdrażnionym – czułam się jak ktoś, kto podpisuje oświadczenie o własnej głupocie.

Lekcje angielskiego stały się dla mnie dowodem, że jestem do luftu. Dowodem, na który jakby wszyscy czekali. Jakimś testem, który z nieznanych mi powodów rozstrzygał, że wszystkie moje dotychczasowe osiągnięcia to była ściema. Gra. Nieprawda. Fart. Że dotąd jakoś mi się udawało ukryć prawdę o własnej mierności, ale wreszcie szydło wyszło z worka.

A może powody były mi jednak znane? Przynajmniej jeden. Był 1993 r. Na obozach sportowych słuchałyśmy śpiewających po angielsku Ace of Bace, Roxette, MC Hammera. Angielskie napisy były na naszych plakatach, piórnikach, tornistrach, bluzach. Angielski to był Zachód. Ten bajerancki, do którego wszyscy zajadle aspirowali. Angielskim zastąpiono w szkołach „ruski”, którym należało gardzić. Rosyjski był znakiem obciachu i żenady. Jestem z pierwszego rocznika, któremu obowiązkowy  rosyjski zastąpiono obowiązkowym angielskim. Nie nauczono mnie nawet rosyjskich liter, choć Rosja to kraj sąsiedzki. Nauczono mnie za to, że kultura anglojęzyczna to jest Mount Everest fajności.

Do podstawówki chodzili wszyscy z okolicy. A okolica to były warszawskie Stegny i Sadyba, więc, tak jak na dzielnicy, mieszały się tam rodziny z bardzo różnymi kapitałami. Ostra selekcja klasowa zaczynała się na etapie liceum. A ja poszłam do tzw. dobrej szkoły. Angielski był chyba jedyną czwórką (z minusem) na moim świadectwie. Wybrałam klasę, do której nie było egzaminu z angielskiego. Klasę, w której miał być rozszerzony francuski. Zrobiłam to po to, by uniknąć lekcji angielskiego.

Tymczasem, ku mojej rozpaczy, one tam były. Francuski owszem, ale angielski też. Trzy razy w tygodniu. To samo na studiach: pierwsze dwa lata – obowiązkowy angielski. Przez pięć lat wchodziłam na te lekcje z bólem brzucha. Z poczuciem czyhającej na mnie klęski. Nieuchronnej demaskacji. Jakbym wchodziła do gabinetu lekarskiego, w którym zaraz każą mi się rozebrać, choć wokół kręcą się jacyś ludzie. Namierzałam w grupie osoby, które także nie były z angielskiego mocne. Porównywałam się z nimi i desperacko starałam nie stoczyć poniżej poziomu ich ocen. Kiedy miałam coś po angielsku powiedzieć, z nerwów zapominałam słów, konstrukcji, nawet przygotowanych na tę okoliczność zdań. Czasem tuż przed snem mówiłam do siebie po angielsku. W głowie, nie na głos. Opowiadałam po angielsku mój dzień. Wtedy szło mi to nawet płynnie. Znienacka wyskakiwały ze mnie wyrazy, których myślałam, że nie znam, całe sentencje, jakieś powiedzonka. Ale potem, na lekcji, w świetle szkolnych jarzeniówek i pod obserwacją klasy, rządził mną wstyd. Był jak metalowa blaszka odgradzająca język od reszty.

Kolejnym kręgiem piekła okazały się publiczne wystąpienia. Moja praca wymagała udziału w konferencjach. Migałam się od tych, na których trzeba było mówić po angielsku. Natrafiałam na call for papers w interesujących mnie tematach i z interesującymi mnie gośćmi, ale rezygnowałam, jeśli konferencja miała być po angielsku. Chodziłam na anglojęzyczne wykłady i spotkania z anglojęzycznymi naukowcami. Byłam przyzwyczajona do zadawania pytań, komentowania, polemizowania. Lubiłam to. Zabieranie głosu kazało mi formułować myśli, zmuszało do precyzji. Jak nie powiedziałam, z czym się nie zgadzam, irytowało mnie to jeszcze bardziej. Gdy spotkania były po angielsku, milczałam jednak jak grób. Wstydziłam się zabrać głos. Bałam się własnej śmieszności. Bałam się, że nie będę mogła powiedzieć dokładnie tego, co chcę, bo zjedzą mnie nerwy. Bałam się braku kontroli nad własną wypowiedzią, bo przecież ogromna część tej kontroli to kontrola nad językiem. W humanistyce język jest jak broń, którą trzeba opanować. Jak drogowskazy. Bałam się zatem, że palnę głupotę. Zabłądzę. I wyjdę na głupią. Wychodziłam więc z takich wykładów napęczniała własnym milczeniem. Milczeniem ze wstydu. I wstydem, że nie potrafię tego wstydu pokonać. Znajomi mówią, że kiedy występuję publicznie, nie widać po mnie stresu. Że wyglądam na wyluzowaną. Ale ja wkładam wielki wysiłek w to, by tak właśnie wyglądać. Robię to „instynktownie”. Skądś wiem, że nie należy pokazywać po sobie zdenerwowania. Wie to przede wszystkim moje ciało, więc maksymalnie się spina, by wyglądać na swobodne. W efekcie po każdym publicznym wystąpieniu mam tak zesztywniały kark, że nie jestem w stanie dotknąć brodą do mostka. Kiedy siedząc na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak Ci nie wstyd?