Subskrybuj
Jedna z czołowych ukraińskich pisarek, autorka ponad 20 książek (poezja, proza, eseistyka, filozofia), laureatka wielu nagród krajowych i zagranicznych. W Polsce ukazały się powieści Badania terenowe nad ukraińskim seksem (2003) i Muzeum porzuconych sekretów (2012),...

Planeta Piołun

26 kwietnia 1986 r. w Kijowie, w okolicy Szulawki, spadł śnieg. Trwało to może minutę albo dwie. Dzień był już prawie letni, słoneczny, drzewa stały w kwiatach i nad wiśniami i morelami, które o tej porze roku szczęśliwie zasłaniają śnieżnobiałymi weselnymi bukietami koszmarkowatość radzieckiej mieszkaniówki, brzęczały pszczoły – ciepła, basowa nuta w szumie miasta…

Wysiadałam z przepełnionego trolejbusu i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, gdy tylko stanęłam na chodniku, była zmiana oświetlenia: nad prospektem, na pół nieba, nawisła od północy jak górski grzbiet burzowa chmura niewiarygodnej, nieznanej w tamtych, przedcyfrowych czasach jaskrawości: niczym podświetlona od środka; zachód płonął spod niej jakimś zimnym metalicznym blaskiem – jak w atmosferze innej planety.

– Ale pięknie! – westchnął ktoś za plecami.

Pamiętam zachwyt na twarzach przechodniów, oblanych przedziwnym światłem, jak na dyskotece. Podobne kadry, tylko jeszcze bardziej „granatowo” oświetlone, można dziś zobaczyć w Melancholii Larsa von Triera, w scenie, w której bohaterowie wychodzą na ganek oglądać planetę zabójcę: zadarte głowy, zamarłe szerokie uśmiechy… I wtedy spadł śnieg.

Spadał i od razu topniał. Pamiętam, jak śnieżynki lądowały na kołnierzu mojego żakietu – żakiet był biały i ja, śmiejąc się z zaskoczenia, jak wszyscy wokół (tego tylko brakowało: śnieg w środku wiosny! „śnieg na liściach zielonych”, był taki ukraiński hit w latach 60., la-lala-lala!), zdążyłam jeszcze pożałować, że na białym tle nie widać śnieżynek: miałam 25 lat i o śniegu wiedziałam tylko tyle, że mi z nim do twarzy – poprzedniej zimy mężczyzna, w którym byłam zakochana, pocałował mnie wśród śnieżycy, starając się nie strząsnąć śniegowej czapy z moich włosów, i w tamtej chwili widziałam siebie jego oczami. I czułam się piękna.

A już w następnej chwili zauważyłam, że śnieżynki na kołnierzu żakietu zniknęły – o dziwo, nie zostawiając po sobie ani śladu wilgoci…

Gdyby ktoś mnie poprosił, żebym przypomniała sobie wszystkie, jakie tylko w życiu widziałam, przypadki absolutnego, „nadludzkiego” piękna – tego, za jakim tęsknili romantycy i jakie Rilke tak trafnie nazwał „tylko przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy” – to na pierwsze miejsce wysunęłaby się nie katedra w Mediolanie, nie Tadż Mahal, nie widok z wagonika na alpejską dolinę i nie zachód słońca nad Atlantykiem w oknie samolotu, ale tych kilka minut radioaktywnego śniegu na kijowskim pl. Zwycięstwa 26 kwietnia 1986 r. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie widziałam takiego nieba – i wiele bym dała, żeby nigdy więcej go nie zobaczyć. Tu pasuje werset z Ewangelii: „Straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żywego”! (Hbr 10, 31). Tamto niebo właśnie tak wyglądało: jakby lada moment miał się w nim ukazać żywy Bóg. Tylko nikt nie wiedział, że w tamtej właśnie chwili Bóg wymierzał, która część ziemi na dole ma umrzeć.

„I zatrąbił trzeci anioł; i spadła z nieba wielka gwiazda płonąca jak pochodnia, i upadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy tej brzmi Piołun. I jedna trzecia wód zamieniła się w piołun, a wielu z ludzi pomarło od tych wód, dlatego że zgorzkniały” (Ap 8, 10–11).

Piołun, „czarnobyl”, Artemisia vulgaris: pierwsze słowo z języka ukraińskiego, które obiegło wszystkie kontynenty – pięć lat przed tym jak na mapie Europy pojawiło się słowo „Ukraina” (a jednak oba te wydarzenia są ze sobą bezpośrednio związane i dziś można już śmiało powiedzieć, że właśnie tamtego dnia, 26 kwietnia 1986 r., radzieckie imperium otrzymało wyrok śmierci, zupełnie jakby gdzieś w komputerze historii włączył się niewidzialny licznik: „do końca ZSRR pozostało xx lat yy miesięcy zz dni”). A 25 lat później pod tą samą gwiazdą przyszły i „wody”, tylko już na przeciwległym krańcu eurazjatyckiego kontynentu: w Japonii. Ile tych wód „zgorzkniało” i ilu z ich powodu „pomrze” – tego na razie nikt z żywych nie wie, tak jak i wówczas nie wiedzieliśmy my w Kijowie.

Tak więc Rilke się nie pomylił (poeci w ogóle rzadko się mylą, po prostu mało kto ich słucha): to naprawdę był początek. Przerażenie przyszło później.

A jeszcze później okazało się, że także z przerażeniem – nawet tym „ostatnim”, apokaliptycznym – człowiek może nauczyć się żyć.

I to właśnie jest moim zdaniem najważniejsze w całej tej historii. A może nawet w całej historii XX w. W dawnych księgach o tym nie pisano – do niedawna w kulturowym arsenale ludzkości w ogóle na to „nie było słów”. My zaś, cała nasza dzisiejsza cywilizacja, skażona „melancholijnym” oczekiwaniem własnego końca niczym organizm promieniotwórczością, dopiero zaczynamy je dobierać – zagospodarowywać strefę milczenia.

Chyba powinniśmy się pospieszyć.

***

Przez te całe 25 lat nigdy o tym nie pisałam. I nikt z moich rodaków ani razu nie spytał mnie dlaczego – o to pytają (dość regularnie) wyłącznie obcokrajowcy. Moi rodacy zbyt dobrze wiedzą, czym jest „strefa milczenia” i jak trudno z niej wyjść. Kiedy rosyjski reżyser Aleksander Mindadze zaprezentował w Kijowie film W sobotę, nakręcony w koprodukcji z Ukrainą i Niemcami, wedle zapowiedzi – „z okazji 25. rocznicy katastrofy w Czarnobylu”– sala kinowa pękała w szwach, ale dyskusja się nie udała: po jakichś 20 min zaczął się masowy „odpływ” widzów z sali. Te „bandyckie namiętności na rosyjskiej prowincji”, które wrzały na ekranie, miały tyle samo związku z wydarzeniami naszej wiosny 1986 r. co jakiś hollywoodzki Taras Bulba z Yulem Brynnerem z historią zaporoskiego Kozactwa, więc kijowianie, przeważnie średniego i starszego pokolenia (ci, którzy pamiętali!), milcząco „głosowali nogami”. Kiedy zapaliło się światło, na fotelach siedziało może z półtora dziesiątka osób. A mnie przypomniał się jeden z telewizyjnych reportaży końca lat 80. – obcy dziennikarze wypytywali w 30-kilometrowej zonie wokół reaktora nielegalnych osiedleńców, którzy po roku tułaczki „po partyzancku” wrócili do rodzinnej wsi: surową, bez uśmiechu babcię w wyszywanym fartuchu, siedzącą przed swoją chatą bez ruchu niczym samuraj – a do niej tulił się sześcio- czy siedmioletni chłopczyk. Dialog, z góry skazany na brak możliwości porozumienia, prowadziły dwie cywilizacje, osiadła i nomadyczna: nomadyczna, ustami dziennikarzy, tłumaczyła babci, że przyniosła jej śmierć i że jedyny sposób ucieczki przed tą śmiercią to dołączenie do nomadów; babcia odpowiadała skąpymi słowami – znacznie wyraźniej przemawiała sama jej twarz: wypisana była na niej niewymawialność przeżytego doświadczenia i bezgraniczna pogarda wobec rządzącej światem ludzkiej głupoty. W pewnej chwili, najwyraźniej utraciwszy nadzieję, że zostanie usłyszana, zamiast odpowiedzi machnęła ręką – „Et!” – i stanowczym ruchem wstała, biorąc wnuka za rękę:

– Chłopcze, idziemy!

I zniknęła w chacie, zamykając za sobą drzwi – też „zagłosowała nogami”.

Odmowa uczestnictwa w rozmowie w obu przypadkach (ukraińska prasa, na co warto zwrócić uwagę, film W sobotę także z życzliwości przemilczała) jest aktem czysto etycznym. Zarówno reżyser, który chowa się za „tematem Czarnobyla” w celu rozwiązania własnych zadań artystycznych, jak i dziennikarze, którzy przyjechali zrobić efektowny reportaż o cudzym nieszczęściu, przede wszystkim łamią, rzecz jasna, pewne zasady moralne – ale równocześnie tworzą i powielają swój własny, pozbawiony związku z rzeczywistością ludzkich przeżyć, „czarnobylski dyskurs”: symulakrum, co jak betonowy sarkofag przesłania sobą tę strefę niewymawialnego doświadczenia i z każdym rokiem samą swoją rozrastającą się masą (książki, filmy, wiersze, spektakle…) coraz bardziej odbiera kulturze szansę na to, by kiedykolwiek do tego doświadczenia dotarła. Bo przecież znacznie łatwiej jest przebić się przez mur milczenia niż przez hałdy kłamstw. Im wyżej rośnie więc taka hałda, tym bardziej atrakcyjnym z moralnego punktu widzenia wyborem wydaje się milczenie. Uważam, że jeszcze z jednego powodu w samej Ukrainie, poza reportażowym dokumentem, na „temat Czarnobyla” powiedziano stosunkowo niewiele, nieporównanie mniej niż na Zachodzie – tych, którzy mogliby i powinni to uczynić (w tym mnie samą), powstrzymywał czysto higieniczny „strach przed koniunkturalizmem”: obawa przed mimowolnym wtopieniem się w głośny i fałszywy chór maruderów, którzy zawsze pojawiają się na miejscu katastrofy. Milczenie było uczciwsze – jakoś bardziej eleganckie czy jak.

Rozumiem, że wszystko to brzmi jak próba samousprawiedliwienia. Ale naprawdę nie mogłam o tym pisać. Dziesiątki razy próbowałam – i rzucałam: wszystko było „nie to” i „nie tak”.

I oto teraz, po 25 latach, zaczynam chyba rozumieć, dlaczego „nie tak”, dlaczego mi się nie udawało – teraz, kiedy do tej samej „strefy milczenia”, nieważne, że od innej strony, podszedł Lars von Trier. Jego Melancholia to film, jak na razie, najbardziej „czarnobylski” spośród wszystkich, które widziałam: pod względem psychologicznym najsilniej współbrzmiący z tym, co my czuliśmy w Kijowie w maju 1986 r. (…)

***

Tamten biały żakiet nosiłam jeszcze długo: był nowy i ładny, a w ZSRR kupienie czegokolwiek nowego i ładnego stanowiło problem aż do końca – to znaczy aż do chwili kiedy się rozpadł. A dozymetrów nie mieliśmy: swój pierwszy (a zarazem ostatni!) zobaczyłam dopiero miesiąc później, pod koniec maja – w jednostce wojskowej, do której pojechałam czytać wiersze. Jako kijowiankę (w oczach całej reszty ówczesnego ZSRR – człowieka z zadżumionego miasta) po występie, w ramach rewanżu za wiersze, oficer nakazał mnie „zmierzyć” – i to było moje, bez cienia przesady, najcenniejsze honorarium w życiu: tym poleceniem oficer na oczach podwładnych łamał „tajemnicę wojskową ZSRR” i ryzykował własną karierę, w razie gdyby na sali znalazł się donosiciel (ale licznik na komputerze historii już tykał: donosicieli bano się mniej niż promieniowania i w obliczu tego większego strachu ludzie prostowali się i nabierali odwagi). Młodziutcy żołnierze „mierzyli” mnie ze wzruszającą, niemal lekarską dbałością. Pamiętam, że „zapiszczały” buty – i chyba mankiety rękawów, ale pod koniec maja i tak wszyscy już wiedzieli, że najwięcej „łapią” buty, ręce i włosy, i dlatego po wejściu do domu trzeba je niezwłocznie „zdezaktywować”, tj. umyć (nawyk mycia głowy tak samo często jak zębów pozostał mi do dziś). Po prostu: myć, myć, póki wystarczy sił, w wersji idealnej – wszystko i bez przestanku. W maju 1986 r. Kijów był najczystszym miastem na Ziemi: dzień i noc po ulicach krążyły polewaczki i czarny gładki asfalt w białych kołnierzach piany mienił się w słońcu jak rentgenowska klisza. Czasem pachniało gabinetem rentgenowskim. A świeżością nie wiedzieć czemu nie pachniało – może dlatego że na ulicy wszyscy staraliśmy się nie oddychać pełną piersią i w ogóle jak najmniej wystawiać nosy z zamkniętych pomieszczeń, a może zwyczajnie na jakiś czas nasz węch uległ przytępieniu. To drugie wydaje mi się bardziej prawdopodobne: wszystkie zmysły były wówczas trochę ogłuszone, jakby wytrącone z równowagi i raz po raz wysyłały mózgowi błędne sygnały, w gardle drapało jak przy przeziębieniu, a bólu nie było (reakcja na izotop jodu, która trwała dokładnie cztery tygodnie – czyli przez okres całkowitego rozpadu), a kiedy komuś niespodziewanie w biały dzień ciemniało przed oczami, nikt nie umiał powiedzieć, czy to skutek napromieniowania, czy reakcja na alkohol (za lekarstwo „na promieniowanie” uważano czerwone wino, i przez cały maj sumiennie wszyscy się nim upijaliśmy, włącznie ze starcami i inwalidami) – innymi słowy, pod względem fizjologicznym wszyscy byliśmy jakby trochę „wykoślawieni”: nasze ciała, te stare dobre kartezjańskie maszyny, zaprogramowane dla fizyki klasycznej, buksowały, tak znienacka wrzucone w „przestrzeń nieeuklidesową”, zupełnie jakby PowerMac usiłował otworzyć plik sformatowany pod MacOS X Lion. 2,5 mln ludzi, wielki magazyn obdarzonych uczuciami PowerMaków, które nagle stały się przestarzałe – oto czym był Kijów w maju 1986 r. I na co, chciałoby się spytać, zdałby mi się ten dozymetr?… Najlepszym „dozymetrem” były pszczoły. Każdego ranka na parapecie ciemniał nowy stosik ich włochatych martwych ciałek, a ja liczyłam: trzy, sześć, osiem… Po liczbie „jedenaście” krzywa pszczelej śmierci zaczęła opadać. Uczucie, z którym każdego ranka po otwarciu okna zmiatałam je z parapetu mokrą ścierką, także nie było niczym nowym: paliło mnie poczucie gatunkowej winy, winy silniejszego wobec słabszego, w tłumaczeniu (bardzo przybliżonym!) na język tegoż samego kartezjańskiego dyskursu (czy może w tym przypadku – kantowskiego?) – „one przecież nic nie rozumieją!”. Właśnie dlatego że one nie rozumiały, a ja rozumiałam, wstydziłam się przed nimi: przed wszystkimi naraz, żywymi, martwymi i nienarodzonymi (Platon mógłby powiedzieć – przed „ideą pszczoły”). Zupełnie jakbym to ja zbudowała im elektrownię atomową, wypchała ją wzbogaconym plutonem i wysadziła w powietrze; jakbym to ja odpowiadała za ich pszczelą śmierć. Z punktu widzenia pszczoły (albo, jeśli ktoś woli, jej „zbiorowego rozumu”) tak zapewne jest. Z punktu widzenia pszczoły nie ma żadnej różnicy między mną a byłym stalinowskim komisarzem ludowym, przewodniczącym komitetu ds. energii atomowej ZSRR akademikiem Petrosjancem, który 6 maja na żywo oznajmił w telewizji wszystkim, co już umarli i jeszcze mieli umrzeć, że „nauka wymaga ofiar!” – oboje należymy do „jednego ula”. I ja sama nie miałam żadnej możliwości usprawiedliwienia się przed żadną pszczołą ani innym owadem – to tylko w dzieciństwie ma się z nimi dwustronny kontakt (weźmiesz na palec biedronkę siedmiokropkę, powiesz jej „biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – a biedronka rozkłada skrzydełka i leci!).

Jak w ogóle wygląda świat z perspektywy pszczoły albo biedronki? Albo jaskółki czy jabłoni – co one czują, dlaczego nic o tym nie wiem?…

I po jakiego grzyba wespół z akademikiem Petrosjancem budujemy elektrownie atomowe i uczymy się języków maszynowych, skoro nawet nie spróbowaliśmy stworzyć najpierw jakichkolwiek sposobów nawiązania kontaktu z nimi wszystkimi – żyjącymi obok nas i w przeciwieństwie do nas całkowicie niewinnymi?…

…Wiosną 2011 r., kiedy cały Internet obiegło zdjęcie z Japonii, na którym przestraszona trzęsieniem ziemi panda przypadła do człowieka i objęła go łapami za nogę, poczułam krótkie ukłucie tego samego gatunkowego wstydu: one wciąż nam ufają! Uważają nas za starszych, za „dorosłych w domu”, i kiedy dom zaczyna się chwiać, biegną do nas po pomoc; myślą, że jesteśmy mądrzejsi… To uczucie jest silniejsze niż odpowiedzialność wobec pokrzywdzonych dzieci: one są wszak „spersonifikowane”, odpowiadają za nie (przynajmniej tak się uważa) rodzice. W maju 1986 r. Kijów był miastem bez dzieci – fakt, nie od razu je wywieziono, niesławnej pamięci „pierwszomajowa demonstracja klasy robotniczej”, na którą zgodnie z poleceniem KC Komunistycznej Partii Ukrainy kijowskie szkoły musiały dostarczyć, dla ubarwienia telewizyjnej relacji, odpowiedni kontyngent małych żołnierzy, odbyła się jeszcze bez protestów (cztery lata później, kiedy społeczeństwo zażądało pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, były ukraiński przywódca Wołodymyr Szczerbycki strzelił sobie w głowę, zapoczątkowując tym listę „nomenklaturowych samobójstw” schyłku ZSRR) – ale mniej więcej przez następne dwa tygodnie miasto pustoszało w oczach, „bezdzietniało”, aż wreszcie na każdą kłującą w oczy mamę z wózkiem zaczęto patrzeć nie tyle ze współczuciem, ile z potępieniem: idiotka, co ona sobie myśli!… Jeśli chodzi o nieantropomorficzne formy życia, to takiego „kozła ofiarnego”, na którego można by się zezłościć, nie było: pozostawałeś ty sam. I, jak zawsze w obliczu prawa, jego nieznajomość nie zwalniała cię od odpowiedzialności.

###banner###

Wybiegając do przodu, powiem, że na początku nowego tysiąclecia przyszło mi przeżyć tę samą „solidarność ze wszystkim, co żyje” (trafniejszego określenia w naszej kulturze to uczucie niestety nie ma!) w formie jednorazowego już szoku, kiedy upubliczniono historię produkcji broni biologicznej w ZSRR w latach 70. i 80. Najsilniej wstrząsnęły mną obrazy z martwego laboratorium na należącej obecnie do Kazachstanu Wyspie Odrodzenia (tak!) na Morzu Aralskim. To nie była przerażająca scena ze Szczęśliwego człowieka Lindsaya Andersona, rzeczywistość okazała się bardziej banalna: piętrowy ceglany barak, ściany, jak w dowolnej radzieckiej instytucji państwowej, pomalowane do połowy farbą olejną, szereg brudnych pustych klatek różnych rozmiarów, od ptasich do małpich, a wśród nich jedna o niejasnym przeznaczeniu – w sam raz na wzrost człowieka. Po tych kadrach przez kilka dni czułam fizyczne nudności na samą myśl, że ja też jestem człowiekiem. Cios był tym silniejszy, że terytorialnie wyrosłam w tym samym kraju – chodziłam do szkoły, studiowałam, podróżowałam, śpiewałam w chórze, pisałam wiersze – a kilka tysięcy kilometrów dalej na wschód w tej klatce ktoś cały czas siedział (spośród skazanych na śmierć? o tym, że takich skazańców tak naprawdę wysyła się „do kopalni uranu”, w późnym ZSRR mówiono prawie otwarcie). W pewnym sensie robiło to ze mnie wspólniczkę – i niczym pleśnią, niewidocznym, jadowitym pyłem kłamstwa powlekało wszystko, czym się zajmowałam: w „zbiorowym rozumie” ludzkości istniała już wówczas inna prawda, do której należałoby przymierzać szkoły i uniwersytety, i tę „ostatnią” prawdę o człowieku znał ten, kto siedział w klatce – po tej samej stronie co świnki morskie i rezusy. Może gdyby ta prawda nie została pochowana razem z nim (czy – z nimi? ilu ich siedziało w tej klatce, jak często ich wymieniano?…), to w maju 1986 r. w takim samym położeniu nie znalazłyby się już miliony nas, tych, którzy dumnie przyznawali sobie określenie Homo sapiens, a kogo trafniej byłoby nazwać – za Arystotelesem – „bezpiórymi dwunogami”?…

– Ludzkość to rak planety – powiedział mi w tamtych dniach mój ukochany (kilka miesięcy później wzięliśmy ślub, który przetrwał jeszcze prawie siedem lat, ale chyba nigdy nie kochaliśmy się tak mocno jak tamtej wiosny). Ukochany był fizykiem i przyjmował wszystkie wydarzenia ze spokojnym, rozważnym fatalizmem – np. niezmiennie wypalał swoją paczkę papierosów dziennie, bo, jak mawiał, przy tej „tablicy Mendelejewa”, którą otrzymywały nasze płuca, różnica między paleniem a niepaleniem była już pomijalna; i na kolejki, które gorączkowo opróżniały apteki ze wszelkich „czarnobylskich placebo”, od spirytusu do węgla aktywowanego, patrzył mniej więcej takim wzrokiem jak w Melancholii Justine na swoją siostrę Claire, która w panice próbuje uciekać na kraj świata; o dziwo, właśnie takie nastawienie było jedynym, które mogło pomóc (tu Lars von Trier dobrze zgadł!), bo przynajmniej pozwalało zachować kontrolę nad własnym rozumem.

Rak planety, jej genetyczny błąd – oto kim naprawdę jesteśmy.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te słowa, obecnie powielane przez setki ekologicznych stron internetowych i wyświechtane do cna. W Kijowie 1986 r. nie brzmiało to banalnie – i nie wymagało przypisu do źródła (którego, swoją drogą, do dziś nie znam!). (…)

***

Ale chyba jeszcze nie wyjaśniłam najważniejszego. najważniejsze polegało na tym, że w maju 1986 r. stolica pewnego na wpół zapomnianego narodu, miasto zwane we wschodniochrześcijańskiej tradycji „drugą Jerozolimą” i przez analogię do pierwszej też uważane za „wieczne” (początki nieznane, założyciele legendarni, nieprzerwanej historii – co najmniej 15 wieków), nagle i równocześnie całe poczuło się śmiertelne – i przez kilka tygodni, niczym zaciśnięte w pięść, żyło w tym stanie. Wszystkie opisane w stresologii następujące po sobie fazy ludzkiej reakcji na katastrofę („To niemożliwe!”, „Jak to się mogło stać?” i „Dlaczego ja?”) każdy przeżywał, rzecz jasna, po swojemu, ale podmiotem cierpienia było jednak „my”: „my”-miasto, „my”-naród i nieco bardziej w tle, ale nieodmiennie – „my”-ludzkość i „my”-życie[1]. Żadne analogie na nic się tu zdadzą i właśnie to nazywam przerażeniem, można nawet wielką literą – Przerażeniem: poczucie, że koniec świata już nastąpił, tylko dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno. Historia się skończyła, pozostała fizyka: puste, lśniące mokrym blaskiem ulice, nieznośnie kwitnące ogrody i parki (miejsca o podwyższonym tle radioaktywnym!), na głucho pozamykane okna, które też gromadnie lśniły w słońcu jak bielma nagłej ślepoty (jak protoobraz naszych dzisiejszych „czarnobylskich zaćm” i wczesnej jaskry…) – planeta bez ludzi, świat umyty i wysprzątany, który zostawiamy po sobie, no właśnie: komu?… Gdyby pośród białego dnia gdzieś w mieście wylądowali kosmici, nikogo by to nie zdziwiło. Pasowałoby to przynajmniej do znanych z poprzedniej epoki zasad kompozycji: zawsze to jakieś rozwiązanie akcji. Ale kosmitów nie było. My, którzy nie zdołaliśmy wyjechać (a byli i tacy, którzy nie chcieli, postanowili zostać „ze swoim miastem”, jak ci czarnobylscy samowolni osiedleńcy – tak czy inaczej, powszechny stosunek do tych, którzy szturmowali dworce i w panice uciekali gdzie oczy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czarnobyl – eksplozja wolności