Subskrybuj
Józefa Hennelowa, źródło: YouTube, Ludzie Znaku
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Nie jesteśmy właścicielami prawdy

Chciałabym bardzo, żeby papież odwiedził w Polsce dwa miejsca: Zochcin s. Małgorzaty Chmielewskiej i Szpital Psychiatryczny w Krakowie. Bo tam pracują ludzie, którzy Kościół pojmują jako szpital polowy, bo tam obecność Boga jest niemal dotykalna.

Artur Madaliński: Pamięta Pani pierwszy numer „Znaku”?

Józefa Hennelowa: Pierwszy „Znak” ukazał się na początku lipca 1946 r., a dokładnie wtedy zaczęło się dla mnie odkrywanie nowej Polski, gdyż wówczas opuściłam Wilno. Wtedy naprawdę używało się słowa „repatriacja”, po dwukrotnym przeżyciu w Wilnie okupacji sowieckiej. Przypomnijmy: Związek Radziecki wkracza na Kresy i do Litwy 17 września, na krótko Wilno oddaje Litwie. W czerwcu 1940 r. tworzy się sowiecka Republika Litewska, a rok później Hitler atakuje ZSRR i zajmuje Wilno, w lipcu 1944 r. Armia Czerwona jest w natarciu, Litewska Republika zostaje przywrócona. Od roku 1945 trwa opuszczanie Kresów przyłączonych do Związku Sowieckiego. Dlatego kiedy wyjeżdżaliśmy z Wilna, mieliśmy poczucie, że do dawnego porządku nie ma już powrotu. I choć odbywało się to za przyzwoleniem władzy, to przede wszystkim przy udziale nieprawdopodobnej ilości ludzi dobrej woli – począwszy od kolejarzy, a skończywszy na ludziach, którzy w tym pomagali.

 

Z Wilna przyjechała Pani od razu do Krakowa?

Najpierw planowaliśmy zostać w Białymstoku. Lokomotywa odwiozła już nasz wagon, żebyśmy mogli wyładować swoje rzeczy na rampie. Ale po kilku godzinach zmieniliśmy decyzję, bo jakoś ten Białystok nie rysował się bardzo optymistycznie. I wtedy ci sami kolejarze przyprowadzili lokomotywę, żeby zabrać wagon i z powrotem podczepić go do pociągu. Do Krakowa dotarłam więc równo z pierwszym numerem „Znaku”.

 

Jak wyglądało wtedy to miasto?

Dojmujące było to, że nie zniszczyła go wojna. Tu wszystko stało i było prawdziwe. Kraków z lat 1946–1947 kipiał od prywatnej inicjatywy. Wydawało się wtedy, że uda się wszystko odtworzyć – szkoły, wydawnictwa, handel prywatny, usługi. Mieliśmy poczucie, że musimy wykorzystywać każdą możliwość, by do tego doprowadzić. Ponieważ np. było bardzo trudno o obuwie, w każdej bramie stał kram, w którym można było kupić pantofle z podeszwą uszytą z grubego sznurka. Bardzo dobrze się w nich chodziło. Handlowało się zresztą wszystkim, co było pod ręką. A potem przyszedł rok 1948, z połączenia PPR i PPS powstała PZPR i wkroczyliśmy w mrok. Co warte uwagi, reżim stalinowski nie tylko zakazywał. Język przekazu był narzucony. Ukazywało się tylko to, co potrzebne z punktu widzenia propagandy. Publikowane były np. stenogramy z sądowych procesów politycznych. To były zapisy zeznań ludzi stłamszonych w straszliwych śledztwach, ludzi, którzy mówili już tylko to, co powiedzieć musieli. Pamiętam proces kurii krakowskiej na przełomie roku 1952 i 1953, który relacjonowany był w gazetach dzień po dniu. Albo np. jeszcze wcześniej masa komunikatów o tym, który sklep otrzymał domiar za tzw. spekulację. Już po ilości tych notatek widać było, jak niszczy się prywatną inicjatywę, która z taką siłą wybuchła po wojnie.

Ale w Krakowie zastałam też kawałek rzeczywistości wileńskiej – mam na myśli kilkoro przyjaciół, jak Antoniego Gołubiewa czy Stanisława Stommę, późniejszego redaktora „Znaku”. No i od razu natrafiłam na „Tygodnik Powszechny”, który wychodził przecież od marca 1945 r. Pamiętam, że bardzo ważne były też wieczory autorskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na UJ spotkałam ks. Konstantego Michalskiego, autora artykułu wstępnego z pierwszego numeru „Znaku”. Na wykładach profesorów, którzy ocaleli z wojennej zawieruchy, np. Pigonia czy Kleinera na polonistyce, pojawiały się tłumy studentów. Olbrzymim powodzeniem cieszyły się zajęcia językowe – na lektoraty Stanisławskiego z języka angielskiego nie można się było wcisnąć. A na proseminarium Ingardena przychodzili wszyscy jego doktorzy, bo nigdy dość było słuchania mistrza i dyskutowania o filozofii. Bardzo chętnie słuchano też profesorów teologii.

 

Na polonistyce pojawiła się wówczas marksistowska metodologia badań literackich. Przeszkadzała w studiach?

Młodzi naukowcy szybko zaczęli ją prezentować na seminariach i wykładach. Ale jeszcze nienatrętnie. Razem z grupką studenckich przyjaciół nieraz, choć bez bohaterstwa, z tymi teoriami dyskutowaliśmy czy wręcz nie zgadzaliśmy się z nimi. Wyraźnie w pamięci utkwiło mi jednak co innego: od razu wyłonili się nieliczni konformiści, wyczuwający szansę na wybicie się, ale i grupa, którą najzwyczajniej w świecie nazwać należałoby kapusiami. Kiedy zaczynaliśmy na seminarium dyskusje, od razu pojawiały się sugestie, że nasze intencje są szkodliwe, groźne, podejrzane. Oczywiście byli też prawdziwi pasjonaci, ludzie, których metoda marksistowska autentycznie ciekawiła – jak mój kolega z roku, ocalały z łagrów Henryk Markiewicz, później jeden z najwybitniejszych XX-wiecznych polonistów. Wbrew pozorom, był to czas niesłychanie otwartego uniwersytetu, bo wielu ludzi starało się utrzymać uczciwą linię nauki. Na polonistyce wzorem byli np. Pigoń, Kleiner czy Klemensiewicz, na filozofii Ingarden. Na zjazdach polonistów toczyliśmy zażarte spory wspólnie ze studentami z Łodzi, których przywoziła prof. Stefania Skwarczyńska. Nie zdziwiła mnie potem jej obecność w pierwszym numerze „Znaku”.

 

Trafiła Pani najpierw do „Znaku” czy „Tygodnika Powszechnego”?

Byłam już zainteresowana środowiskiem „Znaku”, gdy – po dwóch latach – dzięki Eli i Stasiowi Stommie weszłam do redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Z tamtego czasu z wielkim podziwem wspominam zwłaszcza Hannę Malewską. To była wspaniała osoba, wielka redaktorka. W naszych dyskusjach międzyredakcyjnych („Tygodnika” i „Znaku”) jej głos był niezwykle ważny, wyrażany zarazem w sposób wyjątkowo subtelny. Nie przypominam sobie przy tym, żeby dawała innym do zrozumienia, jak jest mądra, jak wiele wie, jak wiele rozumie z otaczającej nas rzeczywistości i ile wcześniej przeżyła. Moje wspomnienie o początkach „Znaku” jest przede wszystkim wspomnieniem środowiska które stało mi się od razu bliskie. Przyjechałam do Krakowa z planami rozwijanymi jeszcze w Wilnie przez benedyktyna tynieckiego o. Jacka Matusewicza, który chciał zorganizować ruch o charakterze instytutowym, oparty przede wszystkim na odnowie liturgii. W „Znaku” niemal od początku pojawiły się teksty na ten temat, choć bliższe nurtowi francuskiemu, a nie, jak w przypadku o. Jacka, austriackiemu.

 

Jak w tym trudnym czasie – pomiędzy wielką tęsknotą za życiem a nadciągającym mrokiem stalinizmu – odnajdywał się Kościół?

Kościół krakowski bardzo mocno opierał się wtedy na autorytecie kard. Adama Sapiehy, który w czasie wojny pozostał z ludźmi w kraju. Tym bardziej że jedną z rzeczy budzących wówczas największe rozgoryczenie był fakt, że niektórzy pasterze Kościoła polskiego opuścili ojczyznę. Emigracja Augusta Hlonda zabolała ludzi tak samo jak wyjazd rządu polskiego przez Zaleszczyki. A w Krakowie trwał kard. Sapieha ze swoją legendą, z historią o tym, jak zaprosił na śniadanie generalnego gubernatora Hansa Franka i podjął go czarnym chlebem, który Polacy kupowali wtedy na kartki. Po wojnie kard. Sapieha też był odważny, stawiał warunki, nie dał sobie w kaszę dmuchać i dlatego cieszył się ogromnym prestiżem. Ważnym miejscem, zwłaszcza dla środowiska „Tygodnikowego”, był też Tyniec i tamtejsi ojcowie, którzy bardzo wiele uwagi poświęcali odnowionej liturgii. No i wreszcie Wydział Teologiczny, na którym odbywały się otwarte wykłady. Wojna z Kościołem zaczęła się stopniowo. Wydziały teologiczne na uniwersytetach zlikwidowano, pojawiły się antyreligijne „Argumenty”, w kwietniu 1950 r. episkopat został zmuszony do podpisania tzw. oświadczenia, w którym akceptuje władzę i potępia zbrojne podziemie. I tak aż do procesu kurii, zamknięcia „Tygodnika” i oddania go PAX-owi, procesu biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka, internowania ks. prymasa Wyszyńskiego jesienią 1953 r. Wszystko to sprawiało, że nie mieliśmy złudzeń. Pamiętam wiele naprawdę trudnych sytuacji i dramatycznych dyskusji. Ale też dlatego każde nabożeństwo było wtedy czymś niesłychanie potrzebnym. Katolicyzm ludowy, przywiązujący wielką wagę do obrzędowości, był bardzo silny. Także w mojej staromiejskiej parafii pw. św. Mikołaja w Krakowie. To był bardzo tradycyjny kościół parafialny. I jeśli redaktorzy katolickiego pisma mieli wówczas jakieś zadania, to najważniejszym z nich było pogłębianie refleksji nad chrześcijaństwem i przyswajanie jego myśli. Marzyliśmy, żeby ludzie nie tylko doceniali piękne śpiewy, ale też rozumieli, jak pięknymi i ważnymi tekstami modlą się w kościołach księża. A pamiętajmy, że był to czas, kiedy nie odmawiało się po polsku mszalnego „Ojcze nasz” ani „Wierzę”, kiedy nie było znaku pokoju, kiedy nikt nie widział, co się dzieje na ołtarzu, bo ksiądz odprawiał mszę tyłem do wiernych.

 

Jak na wasze próby pogłębiania refleksji o katolicyzmie, prezentowania nowoczesnych nurtów liturgicznych, odkrywania intelektualnego bogactwa tradycji reagował Kościół instytucjonalny?

W Kościele polskim bardzo szybko zaznaczyła się wielka indywidualność prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kiedy w 1951 r. umiera Sapieha, na jego pogrzebie gromadzą się tłumy, śpiewają przez całą trasę pogrzebową tylko jeden wers: „Dobry Jezu a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”. To było naprawdę poruszające. Potem jest przejściowy czas następców. Ksiądz prymas wyjdzie z internowania dopiero jesienią, w odwilży październikowej. Jego rola staje się od razu decydująca. A w roku 1958 biskupem zostaje Karol Wojtyła. W wizji prymasa Wyszyńskiego daje się wyczuć atmosferę nieufności wobec Kościoła zachodniego, wynikającą z przekonania, że my w Polsce najlepiej wiemy, co jest nam potrzebne, jakiego języka powinniśmy używać i co robić. O tym na użytek całego kraju rozstrzygał prymas Wyszyński. A pamiętajmy, że w międzyczasie właściwie zupełnie zniknęły pisma katolickie (w tym w marcu 1953 r. „Tygodnik Powszechny”) – pozostały te, które, jak PAX, przystały na jakąś formę kolaboracji. Równocześnie jednak wydawano w PAX-ie książki Malewskiej i Gołubiewa. Dzięki temu wydawnictwu wielu ludzi, jak chociażby Jerzy Turowicz czy Jacek Woźniakowski, mogło przeżyć trudny czas. Robili przekłady, wydawane były nowe tytuły. Wtedy wychodzą też powieści z obszaru katolicyzmu zachodniego, jak Moc i chwała Grahama Greene’a czy książki Bruce’a Marshalla. Okazało się, że można aż tak głęboko patrzeć na Kościół, na jego misję, na jego kryzysy. W naszym środowisku te kwestie były przedmiotem wielu dyskusji, byliśmy nimi zafascynowani. Prymas Wyszyński uważał jednak, że za bardzo się śpieszymy, że tego typu dylematy nie są główną potrzebą ludzi. Gdy kardynał rozpoczął – jeszcze z Komańczy – projektowanie Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, uznał też, że wie, w jakim tempie powinny dokonywać się zmiany i co jest dla wierzących w Polsce najważniejsze. Łączyło nas natomiast stawianie wysokich wymagań.

Dzisiaj w programie duszpasterskim – jeśli w ogóle istnieje jakiś wspólny – nie ma wymagań. Jest tylko potęgowanie poczucia zagrożenia: my, dumni wierzący, jesteśmy prześladowani, krzywdzeni lub – w najlepszym razie – niedoceniani przez tych lub owych.

Prymas Wyszyński wymagania stawiał, ale też nie fascynował się rozterkami inteligentów. Nie wiem, czy czytał np. Sedno sprawy Greene’a przełożone przez Jacka Woźniakowskiego, gdzie główny bohater Scobie połyka garść leków nasennych, bo tak chce ratować bliźniego. Pamiętam, jak poruszyła mnie lektura tej sceny w powieści, kiedy ktoś gwałtownie zdaje się pukać do drzwi pokoju Scobiego, a on nic już nie słyszy. Nie wiem, czy prymasa takie obrazy wzruszały, czy też uznawał je za rodzaj inteligenckiej ckliwości, a od ludzi wymagał, by byli o wiele bardziej jednoznaczni. Myślę, że prymas Wyszyński inaczej niż Wojtyła rozumiał też pojęcie tolerancji. Różnica między nimi wezbrała w realizowaniu wskazań II Soboru Watykańskiego, bo tu rola Wojtyły była już niezwykle donośna. Ale z kolei to ksiądz prymas, który bardzo miał nam za złe wiele rzeczy drukowanych w „Tygodniku” czy „Znaku”, był inicjatorem Tygodni Kultury Chrześcijańskiej. To one otworzyły kościoły na świeckich. Cała soborowa reforma liturgii była jednak szalenie spowalniana, łącznie z podtrzymywaniem – silnego do dzisiaj zresztą – przekonania, że świeccy, owszem, mogą w Kościele pomagać, ale tylko mężczyźni, kobiety nie. Nawet „Znak”, z jego wyśrubowanymi wymaganiami wobec drukowanych w nim tekstów, wieloma niezwykle istotnymi artykułami czy ważnymi przekładami, nigdy nie zdołał przełamać tego myślenia. Tak czy inaczej, kwestia tzw. katolicyzmu otwartego jest do dzisiaj najważniejszym chyba problemem pism katolickich.

 

Katolicyzm otwarty był dla środowiska „Znaku” jedną z najważniejszych idei. Jak można opisać ten sposób pojmowania katolicyzmu i Kościoła?Przede wszystkim można powiedzieć, że jest to nurt coraz słabszy, i to nie tylko dlatego że wielu jego założycieli odeszło. Ludzie otwarci stają się masowo ludźmi rozczarowanymi Kościołem. Zwłaszcza ostatni rok przebiegał pod znakiem odchodzenia Kościoła w Polsce od otwartości, choć tendencja ta widoczna jest od momentu odzyskania przez Polskę wolności w 1989 r. Jeszcze za życia św. Jana Pawła II dała się zaobserwować skłonność Kościoła do wymierzenia sprawiedliwości światu, w którym wolność jest najwyższą wartością, do odegrania się za wszystkie krzywdy, jakich doznano w czasach dominacji reżimu socjalistycznego. Pojmowanie roli Kościoła i jego usytuowanie w przestrzeni publicznej było szeroko dyskutowane. Symboliczne znaczenie miały tutaj dwa wydarzenia: podpisanie konkordatu i program, który Jan Paweł II nakreślił w trakcie pielgrzymki do Polski w 1991 r. Papież mówił wtedy także o funkcjach określających formy działalności w nowych warunkach. Później, w trakcie kolejnej pielgrzymki przypadającej na krótkie rządy AWS, Jan Paweł II dopowiedział ten program w słynnym przemówieniu w polskim parlamencie i pełnym nadziei okrzyku: „Ale nam się wydarzyło!”. Mniej więcej wtedy Kościół w Polsce zaczął zdecydowanie formułować swoje zadania, które potwierdzane były przez kolejne polityczne władze kraju. A taka strategia jest zdecydowanie sprzeczna z otwartością rozumianą jako wartość, która nigdy nie jest szyldem politycznym i która nie oczekuje zabezpieczenia swoich racji w systemie prawnym. Problemy symboliczne nabierają w takich warunkach zasadniczego znaczenia – jak wspomniane przyjęcie konkordatu czy zawieszanie krzyża w sejmie. To pierwsze dokonało się w sytuacji, gdy rząd Hanny Suchockiej otrzymał już wotum nieufności, ale musiał administracyjnie dotrwać do wyborów i konkordat w żaden sposób nie był poddany pod dyskusję przed jego podpisaniem. To drugie natomiast odbyło się, jak wiemy, potajemnie w nocy, jako efekt akcji kilku posłów. Otwarty katolicyzm w świecie programowo świeckim – a takim był socjalizm – oznaczał wyłącznie założenie, że istnieje w tej rzeczywistości jakiś element dobrej woli, który pozwala niektóre projekty realizować wspólnie. Po 1989 r. Kościół znalazł się natomiast w rzeczywistości…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy religia ma przyszłość?