W marcu 1939 r. Josef był studentem wiedeńskiej szkoły wyższej. Pochodził z katolickiej, praktykującej rodziny, „tak zwanego porządnego mieszczańskiego domu”. Miał 24 lata, kochających rodziców, plany na przyszłość i jeden grzech na sumieniu: kochał Freda, z wzajemnością. O dwa lata starszy od niego syn wysokiego dygnitarza nazistowskiego z Rzeszy po anszlusie przyjechał do Austrii, by ukończyć studia medyczne. Ktoś musiał donieść, bo pewnego popołudnia Josef został wezwany do siedziby Gestapo i aresztowany, po krótkim przesłuchaniu: „Jesteś pedałem, homoseksualistą, przyznajesz się? Nie kłam, ty pedalska świnio! Znasz go? No właśnie. Razem robiliście świństwa, czy się przyznajesz? Czy to twoje pismo i podpis? No widzisz, a więc jednak. Odprowadzić”.
Po dwóch tygodniach pobytu w areszcie policyjnym austriacki sąd skazuje Josefa na sześć miesięcy ciężkiego więzienia, zaostrzonego o jeden dzień głodówki miesięcznie. Fred, uznany za chorego psychicznie, unika procesu. Josef podejrzewa, że przyjaciela uratowały wpływy ojca. Nie zobaczą się nigdy więcej. W dniu zakończenia odbywania kary Josef niespodziewanie zostaje objęty dalszym aresztem ochronnym i wysłany do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, a następnie kilka miesięcy później przewieziony do obozu Flossenbürg. Przebywa tam niemal do końca wojny – w jej ostatnich tygodniach idzie w marszu śmierci do KL Dachau.
*
Osławiony paragraf 175 kodeksu karnego, na mocy którego Josef zostaje zatrzymany, obowiązuje w Niemczech od 1871 r. Ale dopiero w 1935 r. do jego pierwotnego brzmienia ( „za sprzeczny z naturą nierząd, do którego dochodzi pomiędzy dwiema osobami płci męskiej lub między człowiekiem a zwierzęciem, grozi kara pozbawienia wolności, jak również możliwość zasądzenia pozbawienia praw obywatelskich”) naziści dodają zapisy penalizujące wszelkie kontakty homoseksualne, w tym pocałunki i trzymanie się za ręce. Wystarczy samo podejrzenie o homoseksualizm, a organy ścigania nie muszą już udowadniać, że doszło do stosunku. (Josef zostaje aresztowany, ponieważ w ręce Gestapo trafia zdjęcie przedstawiające jego i Freda, obejmujących się po przyjacielsku, podpisane na odwrocie: „Mojemu przyjacielowi z wyrazami wiecznej miłości i najgłębszego oddania”.) W ciągu 10 lat na mocy tego paragrafu do obozów koncentracyjnych trafia od 10 do 15 tys. mężczyzn (przeżyje ok. 40% z nich), dziesiątki tysięcy innych lądują w więzieniach. Zapis ten nie obejmuje lesbijek, które w obozach zamiast różowego trójkąta otrzymują czarny – tzw. więźniowie aspołeczni – podobnie jak prostytutki, bezdomni czy alkoholicy.
Główną część Mężczyzn z różowym trójkątem stanowi opis doświadczeń obozowych Heinza Hegera. Pod tym względem książka wpisuje się w szerszy kontekst literatury lagrowej. Jak wiele świadectw, jest napisana prostym, relacjonującym językiem, z rzadka pojawiają się refleksje natury ogólnej. Ciekawe, że jedna z nich przypomina te z U nas w Auschwitzu Tadeusza Borowskiego: „Kamieniołomy pochłonęły wiele ofiar, częste były wypadki przy pracy, przeważnie świadomie prowokowane przez esesmanów czy kapo. Który kierowca mknący dzisiaj po niemieckich autostradach wie, że każdy granitowy krawężnik, który je okala, nosi ślady krwi niewinnych ofiar? (…) Który kierowca, przejeżdżając przez wiadukt na autostradzie, myśli o tym, że każdy granitowy filar, który go podtrzymuje, kosztował życie niezmiernej liczby ludzi? Morze krwi i stosy trupów – taki jest koszt każdego z tych niemieckich wiaduktów”[1]. Ale o unikalności tego świadectwa można mówić co najmniej z dwóch powodów. I tak się składa, że oba przełamują tabu.
*
Świadectw homoseksualistów prześladowanych przez III Rzeszę ze względu na swoją orientację seksualną (a nie religię, działalność poli tyczną czy przestępczą) zachowało się zaledwie kilkanaście. Pierwszym z nich, opublikowanym w 1972 r., byli właśnie Mężczyźni z różowym trójkątem. Bez tej książki prawdopodobnie nie byłoby kilku następnych świadectw, a także sztuki Bent Martina Shermana[2], rozmów z ocalałymi przeprowadzonych dla Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie czy filmu dokumentalnego Paragraf 175 Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana z roku 2000, w którym ostatnich żyjących byłych więźniów można zobaczyć i usłyszeć.
Historia publikacji tej książki jest fascynująca sama w sobie. Heinz Heger to pseudonim, pod którym de facto ukrywa się dwóch mężczyzn: wspomniany już Josef Kohout, którego doświadczenia zostały opisane, oraz Johann Neumann, któremu w latach 1967–1968 Kohout o nich opowiedział i który następnie z tych relacji stworzył książkę (dziś nazwalibyśmy go ghostwriterem). Pseudonim, z powodu którego nieraz podważano autentyczność świadectwa, był konieczny ze względu na ochronę obu mężczyzn przed obowiązującym prawem: homoseksualizm był w Austrii penalizowany do roku 1971. Co ciekawe, w demokratycznych Niemczech Zachodnich nadal obowiązywał paragraf 175 w jego nazistowskim brzmieniu (w latach 1950–1965 skazano na jego mocy 44 231 osób)[3]. Prawdziwą tożsamość Heinza Hegera wyjawił życiowy partner Josefa Kohouta dopiero w 1994 r., ponad 20 lat od pierwszego niemieckiego wydania książki. O czasach, w jakich powstała książka, wiele mówi m.in. fragment dotyczący gwałtów dokonywanych w drodze do Sachsenhausen na bohaterze przez dwóch współwięźniów, skazanych na śmierć za ciężki rozbój. Heger właściwie tłumaczy czytelnikom, że z gwałtów nie czerpał przyjemności, bo „do odczuwania jakichkolwiek seksualnych bodźców konieczna jest wewnętrzna gotowość i…