Subskrybuj
Historyk, pracuje w Instytucie Historii UJ. Zajmuje się teorią pisarstwa historycznego i historią intelektualną. Autor książki Polityka pisarstwa historycznego (2015).

Tuż po wojnie

W moim wyobrażeniu o historii okres zaraz po wojnie był jednym z momentów założycielskich naszego społeczeństwa (innym była rewolucja Solidarności). Nie urodziłbym się, gdyby nie II wojna światowa i jej konsekwencje.

Jakub Muchowski: Kiedy skończyła się II wojna światowa?

Marcin Zaremba: Ona nigdy się nie skończyła i nadal trwa w umysłach Polaków. Jej życie po życiu manifestuje się w najróżniejszy sposób. W latach 60. na dźwięk języka niemieckiego na ulicy ludzie reagowali nerwowo. Na Ziemiach Zachodnich lęk przed powrotem Niemców utrzymywał się do końca komunizmu. Wielu ludzi potraciło narzeczonych lub narzeczone, całe rodziny, potem nie założyli nowych i w ten sposób wojna nieodwracalnie zmieniła ich życie. Zmiany w strukturze społecznej, zagłada Żydów, przesunięcie granic – to wszystko są konsekwencje wojny, które odczuwamy do dziś. Nieprzypadkowo książka Tony’ego Judta o okresie od 1945 r. do upadku komunizmu nosi tytuł Powojnie.

Innym rezultatem przedłużonego trwania wojny były wybuchy paniki wojennej, które zdarzały się bardzo często w latach 50. i 60., np. w czasie budowy muru berlińskiego czy kryzysu kubańskiego. Ostatnie takie zjawisko miało miejsce zimą 1980 r., kiedy po wkroczeniu wojsk radzieckich do Afganistanu Amerykanie instalowali rakiety Pershing i Cruise w Europie. Znam relację z Suwalszczyzny z tego okresu mówiącą o kupowaniu „na wypadek wojny” dużych ilości soli, mąki i innych produktów spożywczych, które łatwo przechowywać.

II wojna światowa bardzo długo zajmowała ważne miejsce w myśleniu Polaków, tym bardziej że przez cały okres powojenny pamięć o niej, szczególnie po 1956 r., była stale wzmacniana i utrwalana. Ostatnio ukazała się świetna książka Krzysztofa Zajączkowskiego Westerplatte jako miejsce pamięci 1945–1989, pokazująca, jak było ono instrumentalnie wykorzystywane w procesie legitymizacji władzy. Rządzący podkreślali, że to oni w sojuszu ze Związkiem Radzieckim wyzwolili Polskę spod okupacji niemieckiej i to oni są zdolni do odparcia kolejnych ataków ze strony agresywnego sąsiada. Również w dzisiejszej kulturze znajdziemy wiele odniesień do II wojny światowej. Są obecne w upamiętnieniach, filmie, literaturze i publicystyce.

 

Jak doświadczenie II wojny światowej było przekazywane i oddziaływało na ludzi urodzonych już po formalnym zakończeniu wojny?

Często przytaczam anegdotę o mojej znajomej historyczce, która miała kilkanaście lat w momencie wybuchu stanu wojennego, i pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po jego ogłoszeniu, było przygotowanie w domu sucharów suszonych na kaloryferze. Babcia powiedziała jej, że jak wybucha wojna, to tak należy postępować. Badania socjologów – m.in. Barbary Szackiej, Piotra Kwiatkowskiego czy Andrzeja Szpocińskiego – pokazują „długie trwanie” wojny w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego. Jonathan Littell miał rację, pisząc w książce Łaskawe, że wojna skończy się, gdy umrze ostatnie dziecko urodzone w ostatnim dniu walk, ale nawet wtedy trwać będzie w głowach jego dzieci, a potem dzieci tych dzieci.

Przez pierwsze powojenne lata wojnę upamiętniano w ograniczonym stopniu, przecież nadal była obecna w krajobrazie zrujnowanych miast, w żywym i bolesnym doświadczeniu jej uczestników – nie było potrzeby jej przywoływać.

Fala pamięci uderzyła w 1956 r. publikacją książek i wspomnień. Później na pewien czas cofnęła się i znowu napłynęła pod koniec lat. 60. i w następnej dekadzie.

Nastąpił – jak pisze Pierre Nora – „czas pamięci”, przeżycia okresu wojny zaczęto intensywnie rekonstruować, utrwalać i otaczać czcią. Ludzie pokolenia wojennego doszli w swoim życiu do etapu, gdy ich doświadczenie konfliktu nie było już tak przytłaczające, a zarazem odczuwali silną potrzebę opowiedzenia o tym, co przeżyli. Wówczas weterani zaczęli spotykać się z harcerzami, organizowane były msze za ojczyznę, spontaniczne i oddolnie realizowano obchody rocznic oraz tworzono miejsca pamięci.

 

Wróćmy do okresu zaraz po wojnie. Co zwykli ludzie uznawali za koniec wojny – przejście frontu wojennego w latach 1944–1945 czy formalne zakończenie wojny kapitulacją armii III Rzeszy?

Przede wszystkim byli zmęczeni okupacją niemiecką i wyczekiwali zakończenia wojny. Społeczeństwo polskie żyło w warunkach ciągłego stresu psychologicznego. Bez wątpienia chciało normalności: kontynuowania zarzuconej pracy i nauki, powrotu rozsianych po świecie członków rodziny, odbudowy życia. Dlatego Polacy wypatrywali nadejścia Rosjan jak kania dżdżu. I w 1944, i 1945 r. naprawdę witano ich chlebem i solą, jednocześnie się ich obawiając, nikt bowiem nie wiedział, co ze sobą przyniosą: XVII republikę? Kolektywizację rolnictwa? Nowy Sybir? Dominowało jednak przekonanie, że z dwojga złego: niemieckiej cholery i sowieckiej grypy, ta ostatnia choroba jest mimo wszystko lepsza. Zakończenie wojny w maju 1945 r. przyjęto z radością i krótkotrwałym przerażeniem, ponieważ żołnierze sowieccy nagle zaczęli strzelać w powietrze, a nikt nie wiedział dlaczego. W kraju odbywały się wiece i demonstracje. Polska roku 1945 to kraj ludzi manifestujących swoją tożsamość narodową, a także religijną. Ludzie potrzebowali uroczystości, podczas których mogli doświadczyć i zamanifestować swoje uczestnictwo we wspólnocie narodowej. Radość trwała jednak krótko. Wypito może więcej wódki…

 

W 2012 r. opublikował Pan książkę używającą formuły „wielka trwoga” do opisania powojennych nastrojów społecznych. Wielka trwoga to w pewnym uproszczeniu zbiorowe stany lękowe prowadzące do wybuchów paniki i zachowań przemocowych, które występują z powodu wywołanego dużą katastrofą (np. wojną) załamania ładu społecznego. Czego bano się w tamtym okresie?

Ludźmi nadal powodowały emocje z czasów okupacji. Odczuwali strach, brak stabilności i byli rozedrgani emocjonalnie, na co zwracano uwagę także w ówczesnej prasie. „Wielką trwogę” napędzały z jednej strony zagrożenia towarzyszące życiu powojennemu, z drugiej zaś, lęki przeniesione z okresu wojny. „Wielka trwoga” to sytuacja „po”, w tym wypadku po wielkiej wojnie, i „przed” nową Wielką Zmianą, rewolucją odgórną.

Paleta lęków doświadczanych przez mieszkańców powojennej Polski była bardzo bogata. Najwięcej miejsca, zwłaszcza w pierwszym okresie, zajmował strach przed Armią Czerwoną. Bowiem wkrótce, po pierwszych „Hurra!” i „Niech żyją!”, przyszły gwałty i grabieże. Ten strach był najbardziej intensywny na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Tam liczba aktów przemocy była największa. Ludzie barykadowali domy, starali się – zwłaszcza kobiety – pojedynczo nie wychodzić na ulice, plotki o powrocie Armii Czerwonej z Niemiec powodowały wybuchy paniki. Jej obecność na ziemiach polskich potęgowała poczucie tymczasowości, ponieważ ciągle sprawa polska wydawała się nierozstrzygnięta.

Duży strach związany był ze zmianą granic, niepewnością, jaki kształt w końcu przyjmie terytorium Polski. Przecież ich przesunięcie na zachód oznaczało migrację milionów ludzi, zagładę małych ojczyzn, gehennę podróży. I jakby tego było mało, nawet jak ktoś się osiedlił pod Zgorzelcem, Szczecinem czy Jelenią Górą, nie miał pewności, czy to „na zawsze”. Podobne obawy przed zmianą granic Polacy żywili również na południu i wschodzie. Ludzie bardzo długo żyli na walizkach.

Nastroje związane z władzą falowały. Gdy do kraju wrócił Stanisław Mikołajczyk, wydawało się, że jest dobrze. Dla niemałej części społeczeństwa przedstawiciele nowej władzy przypominali sowiecki desant, nikt ich nie znał, np. premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Niższe stanowiska w wojsku, milicji, biurokracji objęły osoby zupełnie nieprzygotowane do pełnienia jakichkolwiek urzędów czy stanowisk. Najgorsze, że nikt nie wiedział, do czego komuniści zmierzają. Pośpieszna, nieprzygotowana wymiana pieniądza, która na kilka miesięcy zabiła normalny obieg gospodarczy, nie nastrajała optymistycznie. Duża część chłopów z radością przyjęła reformę rolną, bodaj wszyscy jednak obawiali się, że jest to przygotowanie do kolektywizacji. Nacjonalizację wielkiego przemysłu społeczeństwo oceniało pozytywnie, robotnicy często sami, bez udziału partii, tworzyli rady zakładowe i przejmowali przedsiębiorstwa, w których pracowali. Ale jednocześnie obawiano się „bolszewizacji gospodarki”, całościowej walki z prywatną inicjatywą, likwidacji prywatnego handlu i drobnej wytwórczości. Co rzeczywiście nastąpiło po tym, jak 1 maja 1947 r. Hilary Minc ogłosił „bitwę o handel”.

Po kraju krążyły najróżniejsze plotki i pogłoski, nosicielki strachu. Bardziej religijna część społeczeństwa przejawiała również strach eschatologiczny. Czytelnicy przedwojennej prasy pamiętali jej relacje z ogarniętego rewolucją Meksyku czy informację o niszczonej przez bolszewików Cerkwi. Wśród kleru strach przed uderzeniem w Kościół instytucjonalny był autentyczny i uzasadniony.

Społeczeństwo przeżywało też lęki dotyczące życia codziennego. Polacy byli zmęczeni, chorzy, głodni i wielu nie miało schronienia. Panował tyfus, a liczba osób cierpiących na gruźlicę sięgała ponad milion. Jesienią 1945 r. w całym kraju brakowało chleba. Na przednówku 1946 r. i rok później powszechnie mówiło się o nadciągającym głodzie. We wtorki, środy i czwartki obowiązywały dni bezmięsne. W związku z niedoborem mąki pszennej odgórnie wprowadzono też „dni bezciastkowe”.

 

Do jakiego stopnia Kościół w czasie powojennej „wielkiej trwogi” stabilizował sytuację i łagodził społeczne napięcia?

Wojna spowodowała wzrost religijności Polaków. Kościół stał się oazą duchowego i psychicznego wytchnienia. Po wojnie księża w kazaniach często piętnowali ówczesne „zmory”: pijaństwo, aborcję, rozwiązłość. W jednej z gazet przeczytałem, że w krakowskich kościołach ustawiały się kolejki do spowiedzi, gdy w marcu 1946 r. przez kraj przeszła panika w związku z rzekomym wybuchem III wojny światowej. W raportach z Jasnej Góry Służba Bezpieczeństwa skarżyła się, że kazania księży są „reakcyjne”, porównujące sytuację bieżącą do szwedzkiego potopu. Słowem, z jednej strony Kościół starał się stabilizować nastroje, z drugiej, je podgrzewał.

 

Czy zatem społeczeństwo wiązało z okresem powojennym jakieś nadzieje?

Zapominamy, że moment zakończenia okupacji wzbudził w Polakach nie tylko obawy, ale też wielkie nadzieje. Często mówimy o nowym zniewoleniu czy kolejnej okupacji, tymczasem ówczesna rzeczywistość społeczna była bardziej skomplikowana, niż głosi to dziś nowa polityka historyczna. Chłopi po pierwszych niepokojach związanych z reformą rolną, gdy z obawami przyjmowali ziemie parcelowane przez władze, z czasem z zadowoleniem zaczęli odnosić się do przeprowadzonych zmian. Podobnie było z robotnikami, którzy z aprobatą obserwowali antykapitalistyczną politykę nowego reżimu. Robotnicy mieli poczucie, że spełniają się ich nadzieje o rządach socjalizmu, który zapewni im pracę i godne wynagrodzenie. W Łodzi niektórzy robotnicy pozdrawiali się zaciśniętą pięścią, tak jak w republikańskiej Hiszpanii. Wielu spośród tych, którzy wyjechali w czasach II RP i wcześniej do Francji i Belgii, np. górników takich jak Edward Gierek, wracało do Polski po 1945 r., gdyż mieli nadzieję, że nowa Polska będzie socjalistyczna. Wśród części chłopów i robotników, a także ludzi o przekonaniach lewicowych nowa Polska wzbudzała entuzjazm. Nie oznacza to, że wymienione grupy nie wchodziły w spór z władzą, czego wyrazem były liczne strajki w województwie łódzkim w okresie tużpowojennym.

Na nową Polskę liczyli również polscy Żydzi. Większość z nich wyjechała z kraju, zwłaszcza po pogromie kieleckim, ale część widziała w nastającym porządku obietnicę tego, że nikt nie będzie ich prześladował za to, że są Żydami.

Takie oczekiwania wobec okresu powojennego mieli nie tylko Polacy. Nadzieję, że nowy świat powojenny będzie bardziej sprawiedliwy, podzielali też Włosi, Francuzi czy Brytyjczycy.

 

Nadzieje społeczeństwa związane z nową Polską napędzane były również przez doświadczenie życia w II RP. Wiele grup krytycznie odnosiło się do przedwojennej Polski – chłopi i robotnicy, socjaliści i liberałowie, ale też mniejszości narodowe, w tym przede wszystkim Żydzi i Ukraińcy.

Doświadczenie sanacji, upadek państwa i ucieczka elit we wrześniu 1939 r. wzbudziły złość. Wpłynęło to na poparcie powojennych zmian społecznych i gospodarczych. Same władze komunistyczne uprawomocniały prowadzoną politykę, odwołując się do okresu przedwojennego. Ta argumentacja trafiała do polskiego społeczeństwa w latach 40. i 50., aby następnie słabnąć wraz z zacieraniem się doświadczenia sanacyjnego w pamięci.

 

Jak silne były więzi społeczne tuż po wojnie?

Nie mamy dobrej miary, żeby to sprawdzić. W mojej ocenie po wojnie nie istniało coś takiego jak społeczeństwo, była to raczej magma społeczna bądź kasza: masa rodzinnych wspólnot i grup. Z pewnością w czasie wojny uległy wzmocnieniu więzi narodowe. Wojna zmuszała do integracji w tym zakresie, a na znaczeniu traciły więzi klasowe. Zmuszeni do opuszczenia swojego miasta warszawiacy nie dzielili się na lepiej czy gorzej sytuowanych. Wszyscy byli uchodźcami.

Rzecz jasna, procesy te uruchomiła polityka okupanta. W czasie wojny początkowo stosunek do Niemców był zróżnicowany – Kazimierz Wyka pisał o dobrowolnym zgłaszaniu się ludzi na roboty do Rzeszy. Gdyby sami Niemcy chcieli, to znaleźliby kolaborantów skłonnych w imię realizmu budować jakąś formę polskiej państwowości. Skala polskiego donosicielstwa była olbrzymia. Mówił o tym Władysław Bartoszewski. Ale postawa polskiego społeczeństwa zmieniła się wraz z nasileniem polityki represji i rabunkowej gospodarki kraju, w tym narzucaniem wsi kontyngentów.

Wzmocnienie świadomości narodowej Polaków miało też negatywne konsekwencje w postaci wzrostu ksenofobii.

Wojna nastrajała do myślenia w kategoriach narodowych oraz wykluczania poza społeczeństwo osób i grup obcych etnicznie.

 

Czy zaraz po wojnie, gdy większość społeczeństwa nie mogła zaspokoić podstawowych potrzeb egzystencjalnych, ludzie współpracowali ze sobą w ramach lokalnych grup społecznych, angażowali się w działania dla dobra wspólnego i aktywność polityczną?

To oczywiste, że w sytuacji głodu ludzie myślą o chlebie, a nie o sprawach wspólnoty. Dla przesiedleńców ze Lwowa czy z Wilna fundamentalną sprawą było znalezienie domu na Ziemiach Odzyskanych i bezpieczne dostarczenie tam członków swojej rodziny. Dla większości nie było ważne, czy Mikołajczyk, czy ktoś inny będzie rządził Polską, ale czy będą mieli czym nakarmić dzieci zimą. Inna sprawa, że było to społeczeństwo bez elit. Osób z wyższym i średnim wykształceniem było bardzo mało. Większość ludzi mieszkała na wsi i miała ukończone kilka klas szkoły powszechnej. Nie wszyscy oni potrafili trafnie ująć i opisać rzeczywistość, w której żyli. Znamy z tego okresu wiele przykładów posługiwania się myśleniem magicznym, w tym liczne zgłoszenia cudów. W zagrożonym brakiem środków do życia, straumatyzowanym i pozbawionym elit narodzie trudno o postawy społecznikowskie i propaństwowe.

 

Jaki był stosunek Polaków do nowej władzy?Nowy reżim w latach 1944–1945 przed przyjazdem Mikołajczyka miał nikłe poparcie. PKWN…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zrozumieć piękno