Subskrybuj
Poeta, autor m.in.: przez judasza (2008), Drugi koniec wszystkiego (2010), W każdym momencie, na przyjście i odejście (2015). Laureat poetyckiej Nagrody Otoczaka (2007). Współzałożyciel i wokalista zespołu Brzoska i Gawroński, z którym wydał płyty: Nunatak (2012) oraz...

Zaproponować nieznane światy

Blisko 14 lat temu, kontynuując tradycje rodzinne, trafiłem „za kraty”. I pomimo że znajdowałem się po „lepszej” stronie, to traktowałem to wydarzenie jak moi przyszli podopieczni – jako karę i zło – w moim przypadku konieczne, by móc samodzielnie egzystować. Egoistycznie miałem na myśli raczej własne, przyziemne sprawy ekonomiczne, zarobkowe niż szczytne resocjalizacyjne idee, które powinny zmieniać przestępców.

Ja – młody, wówczas 24-letni absolwent kulturoznawstwa, autor dwóch wydanych tomików wierszy i wielu publikacji w prasie literackiej, bezskutecznie poszukujący pracy w branży kulturalnej, od pierwszych godzin w nowej pracy myślałem przestraszony: jak przetrwać? Przez pierwsze lata ostatnią rzeczą była chęć ujawnienia się jako poeta… Zarówno przed podopiecznymi, jak i przed kolegami z pracy. Ani przez moment nie sądziłem, że kultura, która od lat była i jest moją pasją, przyniesie tyle niespodzianek.

 

Kultura na uwięzi

Prowadziłem poniekąd dwa życia – prywatne (do którego zaliczam także realizowanie twórczej pasji) i zawodowe. To pierwsze pozwalało mi wówczas łapać równowagę i oddech, drugie, jak już wspomniałem, stanowiło tzw. zabezpieczenie finansowe. Środowiska twórcze czasami lubią się przenikać. Dla mnie poetyckim matecznikiem był Mikołów, gdzie na przełomie wieków powstał Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, do którego często jeździłem na spotkania z tamtejszymi, o kilka lat starszymi poetami oraz zapraszanymi przez nich autorami z innych regionów Polski. Na jednym z takich spotkań, w części nieoficjalnej, dzięki obecnemu dyrektorowi Instytutu poecie Maciejowi Meleckiemu, poznałem członków święcącego triumfy na ogólnopolskiej alternatywnej scenie muzycznej zespołu Pogodno. Od trzech lat pracowałem w katowickim areszcie jako – w miarę pogodzony ze swoim zawodowym losem – wychowawca mający grupę swoich podopiecznych. Wciąż oddzielałem pasje od pracy. Jednak wtedy zaproponowałem świeżo poznanemu muzykowi występ przed więzienną publicznością. Dlaczego? Z chęci podzielenia się z innymi muzyką, którą sam lubiłem i ceniłem, z ciekawości, czy dam radę być kimś w rodzaju łącznika tych dwóch światów – znałem oba już w miarę dobrze…

Pamiętam zagrany charytatywnie, „garażowo” brzmiący koncert w więziennej świetlicy, w której dźwięk odbijał się od szyb, ale najlepiej wspominam z niego żywe reakcje publiczności. Po początkowej nieufności ze strony publiki i minach zdających się powątpiewać – „cóż wy nam tu możecie ciekawego przedstawić” – rockandrollowa energia zespołu zatarła wszelkie granice. A ja, z uśmiechem na twarzy, słuchając w pierwszym rzędzie jednego ze swoich ulubionych zespołów, z radością obserwowałem energię, jaka przepływa między nim a publicznością, obserwowałem znikające z każdym dźwiękiem mury, kraty, widziałem fantastyczne, rodzące się na moich oczach porozumienie ludzi, którzy pewnie nigdy by się nie spotkali. To było UFO, które wylądowało na środku podwórka w małej miejscowości, powodując zdziwienie, ale i entuzjazm obserwatorów.

Rok później, chwilę po ukończeniu przeze mnie szkoły oficerskiej i zdobyciu tzw. drugiej gwiazdki na pagonach (czyli stopnia podporucznika), wydałem tomik Sacro casco. Kolega dziennikarz zaproponował prasowy coming out i rozmowę, której tytuł brzmiał Poeta oficer. Początkowo nie chciałem się zgodzić – bałem się reakcji w pracy, ostatecznie jednak na to przystałem. Pamiętam, jak z duszą na ramieniu szedłem tamtego dnia do więzienia, jednak, o dziwo, nic złego mnie tam nie spotkało. Wręcz przeciwnie: kilka pozytywnych reakcji ze strony kolegów i nawet jednego z podopiecznych.

 

Genet w KatowicachRok później ówczesny dyrektor zaproponował, abym objął stanowisko „kaowca”, czyli wychowawcy ds. kulturalno-oświatowych. To dało mi dużo więcej możliwości czasowych, abym w pracy zaangażował się w ten autorski model dzielenia się kulturą z ludźmi, którzy do tej pory albo nie mieli z nią kontaktu w ogóle, albo bardzo rzadko. I raczej ze zdecydowanie inną jej odmianą. Model autorski, bo w większości sam, wykorzystując prywatne kontakty, decydowałem i nadal decyduję o doborze artystów, którzy odwiedzali więźniów w katowickim areszcie. Był czas, że musiałem przekonywać przełożonych, iż warto. Dziś mam zielone światło. W związku z tym, że w katowickim więzieniu w latach 30. ubiegłego wieku w charakterze osadzonego przebywał Jean Genet, postanowiłem w 2009 r. zorganizować ogólnopolski konkurs poetycki jego imienia. Wydał mi się idealnym patronem: po pierwsze, był znanym pisarzem, który sam zaczął tworzyć w warunkach izolacji (w podparyskim więzieniu), po drugie: „łącznikiem” z tym konkretnym miejscem, w którym przyszło mi pracować. Genet to symbol, że w więziennych warunkach może powstawać wartościowa sztuka, że czas spędzony w celi wcale nie musi być czasem straconym. Dotychczas odbyło się siedem edycji konkursu, w którego jury zasiadali tak znakomici poeci, jak m.in. Krzysztof Siwczyk, Jacek Podsiadło, Marcin Sendecki, Darek Foks, Roman Honet, Julia Fiedorczuk, Agnieszka Wolny-Hamkało czy Wojciech Bonowicz. Konkurs cieszy się dużą popularnością wśród osadzonych. Dość wspomnieć, że co roku napływa blisko 150 zestawów wierszy z więzień w całym kraju. Mnie jako pomysłodawcę i współorganizatora, ale i jako poetę, poza samym zainteresowaniem konkursem cieszy także fakt, że poziom tekstów jest naprawdę dobry. Nagrodami są tomiki i antologie z wierszami współczesnych poetów – uważam, że poza pisaniem nic tak nie ćwiczy warsztatu jak czytanie innych interesujących autorów. Istotny jest więc też walor poznawczo-edukacyjny. Z konkursem wiąże się także historia jednego z moich byłych już podopiecznych, który pewnego dnia, wypożyczając w więziennej bibliotece książki, zobaczył plakat informujący o tym wydarzeniu. Mężczyzna muskularny, łysy i wytatuowany nawet mnie nie wydał się wówczas kimś, kto mógłby pretendować do miana artysty, jednak udzieliłem mu wszelkich stosownych informacji, do kiedy i gdzie może – jeśli chce – zdeponować napisane wiersze. On jednak wcześniej chciał o nich ze mną porozmawiać. Prowadzę kółko poetyckie, na które go zaprosiłem, jednak od razu zaznaczając, że możemy spotkać się tylko pod warunkiem, że będzie gotowy na moją krytykę i uwagi. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się „cudów”. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu mężczyzna przyniósł kilka napisanych przez siebie utworów, w których, owszem, widać było braki warsztatowe, jednak wyczuwało się też jakiś rodzaj twórczej intuicji i wrażliwości. Raził archaiczny szyk przestawny, przegadanie niektórych utworów, ale pomyślałem, że jest nadzieja. Bardzo się ucieszyłem. I tak zaczęliśmy spotykać się regularnie sam na sam w moim pokoju na kółku poetyckim, wymieniając uwagi, skreślając frazy, przestawiając szyk. Raczej z pokorą przyjmował uwagi, nazywając mnie mentorem. Szybko mu tego zabroniłem. Wkrótce został zatrudniony jako bibliotekarz. Zacząłem mu przynosić do poczytania wiersze współczesnych poetów. Wybrane przez nas wspólnie zestawy jego wierszy przez dwa lata z rzędu znajdowały uznanie w oczach jurorów – za pierwszym razem mój podopieczny dostał jedną z pięciu równorzędnych nagród, za drugim – zwyciężył już samodzielnie i jednogłośnie. Jako sekretarz konkursu nie miałem oczywiście żadnego wpływu na werdykt. Radość z jego sukcesu była duża. Pomiędzy konkursami zdarzyło się jednak coś jeszcze. Idąc za ciosem, przekazałem mu adresy kilku czasopism literackich, do których byłoby warto wysłać zestawy wierszy. W ciągu niespełna dwóch miesięcy od tej sytuacji w czasie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zrozumieć piękno