„Tu już nie ma odwrotu” – pomyślał Jakub Tokarz. Pięć lat ciężkich treningów, a za niecałą minutę okaże się, ile był wart ten wysiłek. Start. Wiało z boku, ale nie zważał na to. Nie rozglądał się, pracował wiosłem najmocniej, jak umiał. Wpadł na metę niemal równocześnie z dwoma rywalami. Chwila niepewności i okrzyk zwycięstwa. Polak z czasem 51,084 s zdobył złoty medal. Od drugiego na mecie Węgra Roberta Suby był lepszy o… kilkanaście centymetrów.
– To była straszna minuta. Dla mnie to była godzina – wspomina jego trenerka.
To jej Jakub Tokarz zadedykował zwycięstwo na igrzyskach paraolimpijskich w Rio.
We właściwym momencie
Był kwiecień 2011 r. Jakub tokarz wyczytał w Internecie, że za trzy dni na poznańskiej Malcie odbędą się testy dla osób z niepełnosprawnością, chętnych do uprawiania kajakarstwa. Pojechał z Wrocławia, spróbował, a ponieważ Izabela Dylewska, legenda polskich kajaków, stwierdziła, że się nadaje, to nie wypadało zaprzeczyć.
Zawsze był wysportowany, kiedyś trenował judo. Dobrze zapowiadającą się karierę przerwało nieszczęście we wrocławskiej dyskotece. Wywiązała się bójka, Jakub ruszył na pomoc koledze i otrzymał cios nożem w kręgosłup. Od tamtej pory nie ma władzy w nogach. Dziś jednak nie wraca do przeszłości. Zaczął trenować ciężary, a dokładniej: wyciskanie sztangi, leżąc. Pojawiły się medale, ale to nie było to. Kajakarstwo przyszło we właściwym momencie. Wraz z nim trenerka Renata Klekotko. Poznali się w maju 2012 r. podczas odbywających się w Poznaniu mistrzostw świata w parakajakarstwie. Wkrótce stali się nierozłączni, także w życiu.
Wiosło w przeręblu
Rozpoczęli wspólne treningi, a właściwie należałoby powiedzieć: katorżniczą pracę.
– Trzeba ćwiczyć tak, żeby mieć siłę – tłumaczy Jakub Tokarz.
– To będzie moja przewaga nad przeciwnikami w dniu zawodów. Oni już oddychają rękawami, a ja jeszcze mam trochę pary. Codziennie rano trening w kajaku, potem siłownia, odpoczynek i znowu na wodę.
– To odróżnia sportowców od śmiertelników – podkreśla trenerka. – Nie każdy musi być sportowcem, to nie jest nakaz, to nie są kajdany, które się zakłada na siłę. Kuby nikt nie zmuszał, mnie też nie.
Szybko przyszły sukcesy na mistrzostwach Europy i świata. Nie było ważne, że baza treningowa pozostawia wiele do życzenia. By znaleźć się na pomoście, Jakub musiał, siedząc na wózku, opuszczać się na linie obok schodków. Gdy przyszły mrozy, by zanurzyć wiosło, musiał wykuć sobie najpierw przerębel.
Dopiero ostatniej zimy pojawiły się pieniądze na zgrupowanie we Włoszech. Ćwiczyli tak intensywnie, że dziwili nawet trenerów pełnosprawnych kajakarzy.
– Ludzie uważają, że osoba niepełnosprawna powinna się oszczędzać, rehabilitować, odpoczywać – mówi Renata Klekotko.
– Ale czas rehabilitacji mamy już dawno za sobą. Teraz walczymy o cele sportowe. To jest zawodowstwo, gladiatorstwo. Cały świat chce mieć medal.
Kajak jak but
Parakajakarstwo to dość młoda dyscyplina, w programie igrzysk paraolimpijskich jest właśnie od Rio. Zawodniczki i zawodnicy rywalizowali o medale na dystansie 200 m w trzech kategoriach, zależnie od poziomu sprawności.
Wyrównać szanse startujących z różnymi niepełnosprawnościami – ta idea przyświeca całemu sportowi paraolimpijskiemu.
Parakajakarstwo podzielono ze względu na dysfunkcję nóg i tułowia.
– Oglądając wyścig kajakowy, można pomyśleć, że najważniejsze są ręce, a to nie jest prawda – tłumaczy Jakub Tokarz.
– Największy napęd dają nogi. Lekko ugięte w kolanach, cały czas pompują, naciskając na podnóżek. Stąd idzie cała energia: nogi, biodra, pośladki, dół pleców, a ręka jest tylko elementem wykonawczym, końcowym.
Najsprawniejszą grupą w parakajakarstwie są więc ci, którzy mają amputowaną lub słabszą jedną nogę. W kolejnej startują osoby z lekkimi porażeniami lub podwójną amputacją kończyn dolnych. Jakub Tokarz startuje w kategorii zawodników, którzy nie poruszają nogami. Żeby mieć kontrolę nad kajakiem, być z nim jednością, siedzi w czymś w rodzaju kubełka, jak w gokarcie. To siedzisko jest profilowane dla każdego indywidualnie, do tego dochodzą pasy, bo kajak, który nie jest „zespolony” z zawodnikiem, to jak za duże buty. Można w nich biec, ale wynik nie będzie rewelacyjny. Z drugiej strony kajakarz w razie wywrotki musi mieć możliwość szybkiego oswobodzenia się i wypłynięcia. Taki profesjonalny sprzęt kosztuje. Sam kajak to 12 tys. zł. 770 medali podobnie wygląda to w niemal każdej dyscyplinie paraolimpijskiej, bo osoby z różnymi rodzajami niepełnosprawności uprawiają dziś niemal każdy sport. Sekret polega na jego adaptacji do konkretnej dysfunkcji – o ile jest taka potrzeba.
Zaczęło się od dwóch kobiet i 14 mężczyzn na wózkach – weteranów II wojny światowej. W 1948 r., w dniu otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie, doktor Ludwig Guttmann, uciekinier z hitlerowskich Niemiec, zorganizował dla nich turniej łuczniczy w szpitalu w podlondyńskim Stoke Mandeville.
Wierzył, że rywalizacja sportowa jest korzystna dla kondycji fizycznej i psychicznej. Miał rację, a z czasem rosła liczba dostępnych dyscyplin. W 1960 r. w Rzymie, podczas pierwszych igrzysk paraolimpijskich, rywalizowało już 400 zawodników z 21 krajów, wszyscy po urazie rdzenia kręgowego. W kolejnych latach dołączano m.in. osoby niewidome i niedowidzące, po amputacjach, z mózgowym porażeniem dziecięcym, z lekką niepełnosprawnością intelektualną.
Igrzyska paraolimpijskie organizowane są co cztery lata, od 1976 r. także w odmianie zimowej. Od Seulu (1988) odbywają się na tych samych obiektach co igrzyska olimpijskie. W Rio były już 23 dyscypliny, w tym piłka nożna osób niewidomych (z futbolówką z dzwoneczkiem w środku), siatkówka na siedząco, szermierka na wózkach, judo dla osób z dysfunkcją wzroku, pływanie i lekkoatletyka dla osób z niemal każdego rodzaju niepełnosprawnością. Polacy dołączyli do rywalizacji w 1972 r. w Heidelbergu. Do dziś latem i zimą zdobyli łącznie ponad 770 medali. W Rio nasi paraolimpijczycy wywalczyli 39 krążków, w tym dziewięć złotych, 18 srebrnych i 12 brązowych.
Trener celuje w głowę
Jednym z medalistów z Rio jest Wojciech Makowski. Zdobył srebro na 100 m stylem grzbietowym. Jego drugą pasją jest muzyka hiphopowa. „Płynąc w basenie, czuję się pewniej, niż chodząc po podłodze” – rapuje jako W.A.M. w kawałku Igrzysk czas.
– Płynąc, nie mam takich oporów i takiej niepewności jak wówczas, gdy chodzę z białą laską po terenie, którego nie znam – mówi. – Bo wtedy trzeba ostrożnie, powoli, natomiast tor na basenie jest mi znany, wszędzie wygląda tak samo, mogę rozpędzać się, zwalniać i robić, co chcę.
Do uzyskania takiej wolności potrzebne są jedynie małe adaptacje. Niewidomy pływak musi przecież wiedzieć, że zbliża się do ścian basenu. Na zawodach za informowanie o konieczności zrobienia nawrotu odpowiedzialni są tzw. tapperzy, czyli zaufani członkowie ekipy, najczęściej trenerzy. Stoją na krańcach basenu, trzymając długie tyczki, zakończone miękkim przedmiotem, którymi w odpowiednim momencie dotykają zawodnika.
– Mój trener klubowy Waldemar Madej przy kraulu celuje w głowę, trener koordynator Wojtek Seidel na zawodach międzynarodowych „puka” mnie w plecy, nawet mi takiego pięknego siniaka nabił na mistrzostwach Europy – śmieje się Wojciech Makowski.
Od urodzenia bardzo słabo widział. Gdy miał 8 lat, ostatecznie utracił wzrok. Pochodzi ze sportowej rodziny, zawsze był aktywny fizycznie. Ojciec i brat też pływali, mówi więc, że ma „krew chlorowaną”.
W rodzinnych Kielcach chodził do szkół integracyjnych i ten kontakt z pełnosprawnymi rówieśnikami wspomina bardzo dobrze, jednak jako osoba niewidoma nie miał tam możliwości trenowania na basenie. Zmieniło się to po przyjeździe na studia do Warszawy, trochę przypadkiem.
Musiał odrobić WF, trafił na odpowiednich ludzi i zaczął trenować pływanie. Tak go pochłonęło, że był bliski rezygnacji ze studiów, bo nie mógł pogodzić treningu od 6 rano z zajęciami, które – godzinę drogi od basenu – zaczynały się o 8. Uniwersytet Warszawski poszedł mu na rękę – skończyło się indywidualnym tokiem studiów i urlopem dziekańskim przed Rio.
Chociaż w rękach często kule, nie kuleje charakter” – to inny cytat autorstwa W.A.M. Jego zdaniem charakter jest kluczem.
– Pozwala najpierw oswoić się z niepełnosprawnością, potem zaakceptować ją, a następnie całkiem normalnie z nią żyć – podkreśla Wojciech Makowski. – Wiadomo, że niepełnosprawność generuje pewne trudności, ale nie dyskwalifikuje ze szczęśliwego, zadowalającego życia. Osoba niepełnosprawna nie musi być przy tym niepełnosprawna życiowo. Jego zdaniem niepełnosprawność jest dla wielu wymówką. Bardzo ważna jest rola rodziców.
– Najpierw sami muszą się z tym oswoić, żeby później potrafić dziecku wytłumaczyć, że „nie będziesz widział czy chodził, ale to nic nie znaczy, bo możesz być szczęśliwym człowiekiem, musisz próbować, bo to jest twoje życie i jeżeli ty się poddasz, to nikt za ciebie nic nie zrobi” – mówi. Rodzice zawsze motywowali go do działania, próbowania, walki. Wspiera go także dziewczyna.
Proteza, czyli doping
Motywuje nie tylko rodzina. mogą to być inni trenujący.
– W wiosce olimpijskiej była taka bardzo duża siłownia – wspomina Jakub Tokarz. – Pełen przekrój ćwiczących: karłowaty, bez nogi, na wózku, niewidomy, bez dwóch nóg, bez rąk, a każdy coś robi na tej siłowni, trenerzy z boku, pot się leje, ręczniki. Tam nie ma tragedii, tam są wysiłek, upór, sport.
Szczególne wrażenie zrobił czarnoskóry Amerykanin, który jedną nogą i protezą drugiej wypychał… 450 kg. Sześciokrotnie.
Trzeba jednak przyznać, że wyniki paraolimpijczyków często zadziwiają.
W Rio sensację sprawili niedowidzący biegacze. Czterech z nich miało na dystansie 1500 m lepsze czasy niż zwycięzca odbywających się tuż wcześniej igrzysk olimpijskich.
To oczywiście dwa różne biegi, dwie różne ich taktyki, ale wiele mówi o możliwościach paraolimpijczyków. Jeszcze niedawno wielkie kontrowersje budził Oscar Pistorius. Nie do końca wyjaśniono, czy używane przez biegacza z RPA sprężyste protezy z włókna węglowego…