Dostojewski prześladował mnie przez tyle lat, że postanowiłem rozstać się z nim uroczyście. Czort z nim!
Cezary Wodziński w rozmowie z Januszem Opryńskim
Wodziński miał do Dostojewskiego stosunek osobliwy. Szczerze jego pisarstwa i myślenia nie lubił, a jednocześnie – dosłownie – nie potrafił się od nich uwolnić. Był to kontakt intymny, w którym przyciąganie mieszało się z odrazą. W centrum tego pełnego ambiwalencji obcowania, które dotykało wielu spraw pasjonujących, a może raczej (zarazem) prześladujących Wodzińskiego, była kwestia różnicy aksjologicznej. Nazywał tak różnicę pomiędzy dobrem i złem, organizującą – wraz z innymi fundamentalnymi różnicami, takimi jak prawda i fałsz, byt i niebyt, etc. – przestrzeń, w której wszyscy żyjemy. Różnice te determinują sposób naszego codziennego postrzegania i pojmowania świata, stanowiąc zarazem dla nas jego metafizyczny fundament.
*
Wedle Wodzińskiego, w czym był wiernym sprzymierzeńcem Szestowa i Heideggera, przede wszystkim zaś Nietzschego, różnica aksjologiczna stanowi kaganiec, uniemożliwiający dotarcie do sedna rzeczy; maskę zakrywającą prawdę bycia; koleinę, po której nasza cywilizacja w imię moralnych racji – tj. z hasłem dobra na ustach – stacza się po równi pochyłej w otchłań XX-wiecznego piekła. Piekło to, na co niechybnie wskazują różne współczesne zdarzenia, tylko chwilowo jest już za nami.
Najlepiej oddają to mroczne przekonanie, i po części zapewne też doświadczenie, jedne z ostatnich wypowiedzianych za życia filozoficznych słów Cezarego Wodzińskiego, które zapamiętała jego żona Justyna Górecka: „dobro zabija”. Dobro sprowadzone do moralnej wartości, krzewione jako powinność, egzekwowane jako norma, w sposób podstępny, ale nieuchronny staje się narzędziem obłudy, presji, przemocy, a ostatecznie – w przypadku niesubordynacji – potępienia i wykluczenia, aż po groźbę (i nie tylko) eksterminacji.
W ten sposób w z pozoru klarownie uporządkowaną za sprawą różnicy dobro – zło przestrzeń świata wkrada się pomieszanie i zamęt. „Dobro” staje się obliczem zła i zamienia się z nim miejscami. Obie strony różnicy ruszają w transowy, opętańczy taniec, w którym wypolerowaną moralnymi racjami pał(k)ą dobra wszyscy nawzajem okładają się po głowach.
Że tak faktycznie jest – tj. że spetryfikowane różnice, opisujące i organizujące nasz świat, ostatecznie są źródłem (o)presji i pomieszania – nie chcemy na co dzień wiedzieć. Stan permanentnego, diabelskiego zamętu, do którego doprowadza próba nadania rozumnego, aksjologicznego porządku, chcemy zamieść pod dywan, zepchnąć w nieświadomość mocą wyparcia i racjonalizacji. Człowiek bezmyślnie, uparcie, nie licząc się z intelektualnymi kosztami, chce utrzymać przeciwieństwo aksjologicznego porządku oraz chaosu. Jest oczywiście zrozumiałe, że wysilamy i prężymy intelektualne muskuły, tworząc teorie i struktury społeczne podtrzymujące, na ile się da, aksjologiczny porządek świata. Któż bowiem o zdrowych zmysłach wolałby zamęt od ładu, świat chaotycznej dezorientacji od świata zorientowanego wedle moralnego azymutu. Niezrozumiałe jest jednak i świadczy o bezmyślności, kiedy zupełnie pomija się skandaliczny, ale zdaniem Wodzińskiego niewątpliwy fakt ścisłej korelacji starań fundujących ład z radykalnością zamętu, który się w konsekwencji (prędzej czy później) pojawia.
I właśnie tu Wodziński spotyka się z Dostojewskim, i właśnie dlatego to spotkanie nie może mieć końca, choć sam Wodziński próbował je – jak wspominał wielokrotnie – definitywnie zakończyć książką Trans, Dostojewski, Rosja[1]. Pisząc z niej recenzję dla „Przeglądu Politycznego”, notowałem przed dekadą: „Dostojewski (…) jest dla Wodzińskiego najpełniejszym dziejowym wyrazem transowej istoty Rosji. Nie da się go zrozumieć bez jej źródłowego oglądu. Jak każdy »rasowy« Rosjanin, Dostojewski jest raskolnikiem. Mieszkańcem świata nieznośnego zamętu i pomieszania wywołanego zamętem aksjologicznym. Ta nieznośność zmusza każdego raskolnika do próby wydostania się. Dostojewski jest jednak raskolnikiem szczególnym. Sytuacja Raskoła jest dla niego dosłownie nie‑do‑zniesienia. Podejmując próbę wydostania się, wie, że nie ma na świecie miejsca, w które można by się ewakuować. Jakiekolwiek »po tamtej stronie zamętu« jest dla niego niemożliwe. Wyjątkowość Dostojewskiego polega na tym, że jako pierwszy zrozumiał piekielną ostateczność Raskoła. Pojął nieodwracalność tego zmącenia, które wszystko pochłania i nic nie zostawia na zewnątrz. Obejmuje cały świat. Również Zachód, którego »ład« metafizyczno-aksjologiczny jest z perspektywy Rosji tylko sztucznym, pozornym zatrzymywaniem pierwszego momentu transowej dialektyki. Wir Raskoła, oglądany oczami pisarza, wchłania w swą »immanencję« wszystko, co jako nie-zmącone pozwoliłoby na restytucję aksjologiczno-metafizycznego porządku”[2]. * Dostojewski i Rosja oglądana jego oczami były dla Wodzińskiego ostatecznym potwierdzeniem własnej diagnozy dotyczącej immanentnego związku aksjologicznego ładu z aksjologicznym zamętem. Więcej, pozwalały z tej diagnozy wyciągnąć ostateczne konsekwencje. Różnica dobro – zło to ze swej istoty wir, czyli ciągła zamiana miejsc i podszywanie się pod siebie obu stron różnicy. Zatem zachodnia racjonalność, inkorporując tę różnicę w świat, aby wprowadzić w niego ład, rozwiera w jego moralnie indyferentnym brzuszysku wielką dziurę chaosu, zwaną przez Greków otchłanią, a w chrześcijaństwie piekłem. Zachód jest, przypominającym równowagę chwiejną, staniem na jego krawędzi. Rosja zaś jest zapadaniem się w tym żywiole. (Co odwraca tradycyjną optykę Rosji jako peryferii Zachodu, który sam okazuje się teraz jej zacierającym się marginesem). Przerażająca prawda o istocie naszego świata, otwierająca się w otchłaniach Dostojewskiego… Kto miał odwagę i czelność zajrzeć tam i naprawdę ją pojął, ten wstrząśnięty i osłupiały chce uciekać. I nie inaczej chciał Wodziński. A jednak Rosja Dostojewskiego go nie wypuściła. Powiedzmy uczciwie, nie mogła go wypuścić, bo nic innego poza nią w naszym świecie nie ma. Wszyscy żyjemy w Rosji, wszyscy…