Pamiętajmy, że na ogół nie przekłada się kolejny raz zwykłych czytadeł (to też się zdarza choćby ze względów praktycznych, np. z powodu trudności z uzyskaniem praw do istniejącego przekładu, ale tu sprawa jest oczywista…). Chęć przełożenia na nowo budzą zwykle arcydzieła, a w każdym razie książki mające samoistną wartość literacką, artystycznie i językowo niebanalne. To z miłości do oryginału, z fascynacji nim rodzi się w tłumaczu pragnienie samodzielnego odwzorowania go w polszczyźnie. Istnienie lub nie jakiegoś dawnego przekładu obchodzi go tylko o tyle, że na nowy, jeśli dawny jest w miarę przyzwoity, trudniej znaleźć wydawcę. Niekiedy tłumacz ma inną od autora „starego” (nie zawsze bardzo starego…) przekładu koncepcję językową, inaczej „słyszy” melodię oryginału i nowe tłumaczenie jest niejako polemiczne w stosunku do dawnego. Ale i wtedy chodzi o książki dla tłumacza osobiście szczególnie ważne.
W grę wchodzi też chęć zmierzenia się ze znakomitym i ważnym tekstem.
Zawodowy tłumacz, utrzymujący się z tego dziwnego zajęcia, jest trochę jak szewc, pracuje na zamówienie i szyje takie buty – przekłada takie książki – jakie u niego zamówią.
Zdarza mu się więc tłumaczyć teksty, które go niezbyt obchodzą, albo dzieła nawet wartościowe i pouczające, ale pisane dość topornym językiem. Dlatego dopada go czasem pragnienie, by zająć się tekstem, który go czymś fascynuje.
Skoro mówimy o nowych przekładach, wypada powiedzieć parę słów o starych. One na ogół wcale nie są złe i nowe nie muszą być wobec nich wotum nieufności. Jednak język polski, tak jak inne, zmienia się. W ostatnich dziesięcioleciach robi to, zwłaszcza za sprawą telewizji i mediów internetowych, z nieznaną dotąd szybkością. Zmienia się słownictwo: z jednej strony ubożeje (natrętne „tak naprawdę”, „zamieść pod dywan”, „zaczynają się schody”, „mieć w tyle głowy”, „diabeł tkwi w szczegółach” wypierają niczym chwasty wszystkie słowa i zwroty bliskoznaczne), ale i wzbogaca się (do języka literackiego wtargnęły slangi młodzieżowe, zawodowe, grupowe, przestępcze); język pisany nabrał swobody, demokratyzuje się, ale przy okazji wulgaryzuje (słowa niegdyś oznaczane pierwszą literą i wielokropkiem obecnie występują w pełnej krasie w literaturze nazywanej – pewnie z rozpędu – piękną); zmieniła się składnia, np. zniknął zupełnie czas zaprzeszły (poza zwrotem „powinien był”, ale i tu zanika, co utrudnia czasem zrozumienie sensu wypowiedzi), zaciera się różnica między „mnie” a „mi”, dla mojego pokolenia tak oczywista, że nawet nie umiem jej naukowo objaśnić; zanika biernik ( „zakłada buta”, „wysłał esemesa”); słowa z „niskiego” rejestru językowego przechodzą do wyższego: dawniej „dogadywali się” osobnicy podejrzani lub wręcz przestępcy, dziś „dogadują się” związkowcy z pracodawcami, partie opozycyjne między sobą lub z większością parlamentarną, a nawet przed którąś z pielgrzymek papieskich usłyszałem, że w sprawie jej terminu czy programu rząd „dogada się” z Watykanem; niektóre słowa zmieniają znaczenie: „onegdaj”, które kiedyś znaczyło „przedwczoraj”, obecnie jest notorycznie używane zamiast „ongiś” i w tym znaczeniu tak wrosło w język potoczny, że już się tego nie przewalczy; inne się archaizują, np. brzmiące niegdyś (lub ongiś, ale nie onegdaj) neutralnie „udali się na wieczerzę” obecnie poza tekstami…