Subskrybuj
Historyk sztuki, kulturoznawca, doktorant w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki UJ, kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Obecnie współpracuje przy organizacji festiwalu Warszawa w Budowie. Publikował m.in. w „Didaskaliach”, „Obiegu”, „Szumie”.

Bez środowisk konserwatywnych nie napiszesz historii queer

Chcę, by krzyż, który stał się zarzewiem podziałów społecznych, tym razem symbolizował pojednanie nie tylko różnych części Kościoła, ale również zwaśnionych stron politycznego konfliktu. To symbol należący do wszystkich, którzy pragną się do niego przyznać.

Szymon Maliborski: Spotykamy się w momencie przesilenia. Po przyznaniu Ci w tym roku Paszportu „Poli­tyki” w dziedzinie sztuk wizual­nych udzieliłeś wielu wywiadów, a każdy z nich rozpoczynał się pytaniem o motywację powrotu na wieś. Podkreślasz, że teraz inte­resują Cię nowe tematy. Czym się obecnie zajmujesz?

Daniel Rycharski: Zbieram materiały do nowych pro­jektów – przede wszystkim czytam. Książka Kościół kobiet Zuzanny Radzik zostanie ze mną na dłużej, bardzo cenię publikacje o Wier­szalinie oraz Szat Anioł. Powikłane życie Juliusza Słowackiego autor­stwa Jana Zielińskiego. Patrząc na Słowackiego z dzisiejszej perspek­tywy, odnoszę wrażenie, że jest nowoczesnym artystą przez to, czym się interesował, jakie prowa­dził życie, dokąd podróżował, czym się fascynował… Ciekawi mnie przede wszystkim jego przemiana duchowa; to, jak z osoby niewie­rzącej i używającej życia zmienił się w mistyka przy Grobie Pań­skim. Szalenie dużo tu aktualnych wątków, jak np. homoseksualizm. Szukam osobowości artystycznych, które mogłyby wskazywać drogę. Rozglądam się za właściwą formą dla mojej religijności i potrzeb duchowych.

 

W ramach takich poszukiwań jeździsz do różnych miejsc i pod­dajesz się działaniu rytuałów. W jednym z wywiadów użyłeś terminu „szamańskie błogosła­wieństwo”. Co to jest i jak łączy się to z przemianą duchową, którą chcesz zgłębić? W jaki sposób pomaga Ci w poszukiwaniach artystycznych? Współcześni twórcy uciekają się do ogólniejszych form duchowości i rzadko deklarują, że chodzi im o konkretną religię.

Ceremonia, która szczególnie mnie interesuje, to „spoczynek” prakty­kowany w wielu kościołach kato­lickich na całym świecie. Zakonnik kładzie ci ręce na głowie, odmawia specjalną modlitwę. W jej wyniku zstępuje na ciebie Duch Święty i zapadasz w trans, którym jest sen, spoczynek lub błoga nieświa­domość. Zdarza się, że po czymś takim ludzie przechodzą duchową transformację.

Początkowo zrobiłem to z ciekawości , teraz miałbym pewne nie tylko stricte artystyczne oczekiwania.

 

Interesujesz się mesjanizmem. To termin mocno zużyty, choć idea ta obecna jest z jednej strony w niektórych intelektualnych środowiskach prawicy, a z dru­giej – w tekstach np. Agaty Bielik­-Robson. Jak chciałbyś przepisać ją po swojemu?

Nie myślę o mesjanizmie w kate­goriach XIX-wiecznych, np. jako drodze do niepodległości. Chodzi mi o powołanie czy zobowiązanie względem wspólnoty. Teraz jest najlepszy czas, by wyzwalać spo­łeczeństwo. Możliwość mesja­nizmu jako strategii emancypacji jest dla mnie ciekawa. I może właśnie przez sztukę będę w stanie na drobną skalę ten proces wywołać.

Wydaje mi się, że środowiskom pra­wicowym brakuje idei mesjanizmu, który jak latynoamerykańska teo­logia wyzwolenia mógłby uwalniać z rozmaitych życiowych opresji.

Część prawicy bardzo tego potrze­buje, gdyż wie, że wiele elementów konserwatywnego światopo­glądu nie przystaje do aktualnego postrzegania rzeczywistości. Z tego właśnie chciałbym uczynić przed­miot swoich poszukiwań. Używam słowa „mesjanizm”, bo jest on czę­ścią słownika, pewnych oczekiwań, jakie osoby o poglądach prawico­wych mogą żywić wobec sztuki. Chcę jednak nadać mu mocne zna­czenie emancypacyjne. Teologia wyzwolenia nazwałaby to właśnie wyzwoleniem [śmiech].

 

Używasz sztuki jako narzę­dzia do testowania różnych stra­tegii emancypacji, a jednocześnie, dzięki jej wieloznaczności ekspe­rymentujesz z językiem, którym myśli i mówi konserwatywna część społeczeństwa. Chcesz nazwać swoje poszukiwania jej sło­wami, aby wpisać je w ten sposób postrzegania świata?

Mam wrażenie, że zaczyna dziać się coś, czego pragnęła tzw. lewica chrześcijańska (takie magazyny jak „Kontakt”, „Więź”, „Znak”) i chciały różne środowiska, takie jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdy prezentowało wystawę Nowa Sztuka Narodowa, a mianowicie szuka się nowego języka poro­zumienia. Prawa strona również musi sobie opowiedzieć pewne kwestie. Trudno jest badać szacun­kowy procent osób homoseksual­nych i biseksualnych w tych środo­wiskach, ale wiadomo, że tam też one są i czują się uwięzione. Język prawicy nie jest w stanie zapewnić zmiany, nie pozwala nazwać się inaczej. Pracuję nad realizacją projektów, które sprawdzą moje intuicje i zwizualizują moje myśli. Ciągle zastanawiam się nad pla­nowaną na ten rok akcją związaną z reaktywacją Muzeum Alternatyw­nych Historii Społecznych – pro­jektu, jaki realizowaliśmy kilka lat temu w Kurówku, w miejscowości koło Sierpca w województwie mazowieckim, z której pochodzę. Gdy prezentowaliśmy go pod Wawelem w 2015 r., nie wybrzmiał w niej w ogóle wątek żydowski. Dzisiaj w ramach przygotowań obejrzałem dwa razy film Pokłosie i słyszałem w rozmowie dwóch głównych bohaterów dokładnie te same teksty, które wypowiada lokalna społeczność: „Dlaczego ty się tym tematem zajmujesz, czyś ty zgłupiał w ogóle?”, „Zoba­czysz, będziesz tego żałować!”, itp. Sednem tej edycji Muzeum… jest oczywiście pomysł na dzia­łanie z rekonstrukcją cmentarza żydowskiego – przeniesieniem scenografii, choćby ze wspomnia­nego Pokłosia, w realną sytuację wsi, na konkretne pole. Uważam, że takie działanie jest nie tylko grą ze sztucznością scenografii, ale również wizualizacją tego, co może się wydarzyć, jeżeli się nie opamiętamy.

 

Tematy, które poruszasz – pro­blemy wsi, osób LGBT, relacje z Kościołem, Żydzi – zdają się wzajemnie z siebie wynikać, ukła­dają się w jedną narrację. Widać to np. przy okazji najnowszego projektu dotyczącego Sierpca i okolic. Skąd taka ewolucja tematów?

Moja babka przyznała mi się, że jeszcze przed II wojną światową chłopi z Gorzewa, skąd pochodzi, jeździli bić Żydów. Nie chodzi, rzecz jasna, o zestawianie Holo­kaustu i prześladowań osób LGBT, ale w przypadku antysemi­tyzmu i homofobii mechanizmy są podobne. Dlatego tak duże wra­żenie zrobił na mnie tekst Mar­cina Dzierżanowskiego Biedni chrześcijanie patrzą na Paradę Równości opublikowany w „Kon­takcie”. Odnosi się on do tych problemów przez przywołanie dwóch ważnych tekstów kultury dla chrześcijańskiej inteligencji: wiersza Czesława Miłosza Biedny chrześcijanin patrzy na getto oraz tekstu Jana Błońskiego, który mówi o patrzących w tamtym kie­runku Polakach.

 

Myślisz, że skoro uznaliśmy naszą winę wobec Żydów jako społeczeństwo (przynajmniej część uważa to za stosowne), tak samo wspólnota wierzących chrześcijan rozpocznie akt pokuty za nietolerancję wobec osób homoseksualnych?

Wierzę, że tak się może stać. Nie­dawno po raz pierwszy w Polsce biskup Kościoła katolickiego – Rafał Markowski – przeprosił za Jedwabne. To dla mnie ważny moment. Jeżeli już coś takiego się stało, to być może nadszedł odpowiedni czas, aby walczyć o inne rzeczy. Chciałbym zapytać bp. Markowskiego o możliwość wsparcia projektu drogi krzyżowej. To pomysł na nabożeństwo eku­meniczne, w którym członkowie Wiary i Tęczy, nieoficjalnej organizacji skupiającej wierzące osoby LGBT, mogliby się spotkać z tą czę­ścią wspólnoty katolickiej, która gotowa byłaby uznać ich za część Kościoła. Sama droga krzyżowa jest formą opowieści o cierpieniu. Pod­stawą tego działania było użycie krzyża, z którego historią zwią­zane jest samobójstwo dwóch mło­dych osób pozostających w relacji homoseksualnej. Krzyż zrobiony jest z drzewa, na którym powie­siła się jedna z nich. To był dla mnie znak męczeństwa, ale jedno­cześnie przezwyciężenia śmierci, nadziei, że ta śmierć nie wydarzyła się na darmo. Chciałbym, żeby Kościół się w tę sprawę zaanga­żował. Skoro m.in. z jego przyczyn dochodziło do prześladowań osób nieheteronormatywnych, to ta droga krzyżowa mogłaby stać się aktem pokuty. Zależy mi na zaan­gażowaniu możliwe dużej liczby organizacji i instytucji dostrzega­jących problem w relacjach między Kościołem i osobami homosek­sualnymi. Choć pomysł spotkał się z dużym odzewem, nie udało się go dotąd zrealizować. Pew­nego dnia wziąłem więc krzyż prezentowany wówczas na jednej z wystaw w Zamku Ujazdow­skim i ruszyłem przez Warszawę. Dotarłem pod Pałac Prezydencki i zająłem miejsce osób, które poja­wiają się tu na tzw. miesięcznicach smoleńskich. Chcę, by krzyż, który stał się zarzewiem podziałów spo­łecznych, tym razem symbolizował pojednanie nie tylko różnych części Kościoła, ale również zwaśnionych stron konfliktu politycznego. To symbol należący do wszystkich, którzy pragną się do niego przy­znać. Choć jednoosobowy protest niczego nie zmienia, uważam, że to cenne doświadczenie. Przez tworzone projekty zamierzam prowa­dzić dyskusję, moderować debatę, aby wskazywać możliwe punkty pojednania.

 

To ciekawe odwrócenie sytuacji, w której już nie osoby LGBT przepraszają i próbują się wkupić w łaski Kościoła, ale instytucja / wspólnota przeprasza za brak zro­zumienia. Wyartykułowałeś ten wątek po raz pierwszy w pracy Bez solidarności nie ma sprawiedli­wości, prezentowanej w ubiegłym roku na wystawie Communis. Renegocjacje wspólnoty. Konse­kwentnie rozwijasz problem współ­istnienia tej grupy wiernych z ofi­cjalnym Kościołem.

Kilka moich ostatnich projektów, takich jak wspomniana praca Bez solidarności…, Krzyż czy Tablica, dotyczyło wprost potrzeby nowego ujęcia kształtu, jaki może przy­brać nasze bycie razem. Prace te powstały, gdy byłem zaangażo­wany w ruch Wiara i Tęcza. Wła­ściwie wszystkie obiekty zostały wykonane z odrzutów, z tego, co funkcjonowało kiedyś w grani­cach świata duchowego. Może najbardziej dosłownie opisuje to projekt Tablica. Prace nad nim zacząłem latem 2016 r., od zbie­rania na wsiach i w mieście meta­lowych figurek przedstawiających cierpiące oblicze Jezusa, zwanych u nas na wsi pasyjkami, metalo­wych krzyżyków. Ciekawiło mnie, co się dzieje z takimi obiektami. Co właściwie osoby wierzące z nimi robią, kiedy już ich nie potrzebują i chcą się ich pozbyć. Na przykład gdy kamieniarz odnawia grób i musi gdzieś usunąć stary krzyż. W którym momencie ich świętość zostaje anulowana? Po zebraniu około 50 kg figurek, zaniosłem je do odlewnika, a on przetopił je na metalową tablicę, bardzo podobną do tych, które często przykręcane są do ścian kościołów. Tablica pełni funkcję edukacyjną, jest na niej cytat z Katechizmu Kościoła Katolickiego na temat osób homosek­sualnych. Wielu katolików je dys­kryminuje, nie wiedząc, że Kościół wyraźnie tego zakazuje. Miałem plan, aby została ona powieszona na ścianie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wiara bez uprzedzeń. Homoseksualność a Kościół