Roman ma salon fryzjerski na poznańskich Jeżycach i nożyczki w kolorze ukraińskiej flagi na zdjęciu profilowym na Facebooku. W przerwie między nałożeniem farby a umyciem głowy klientce mamy czas na rozmowę. – Byłem Ukraińcem w Polsce, zanim to stało się modne – uśmiecha się na wstępie szczupły 35-latek. Gdy tu przyjechał, Ukraińców w stolicy Wielkopolski można było policzyć na palcach jednej ręki. Dziś ukraiński i rosyjski na ulicach nikogo w Poznaniu nie dziwią.
Roman opowiada o dzieciństwie w Kołomyi na malowniczej Huculszczyźnie, które, choć wydarzyło się w chudych latach 80., wspomina z rozrzewnieniem i czułością. Nigdy nie myślał o sobie w charakterze emigranta. Do Polski pierwszy raz trafił w 1999 r., zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Trzy miesiące na malinach w okolicach Lublina przyniosły mu dobre wspomnienia: pracodawcy okazali się w porządku, warunki życia znośne. Poznał przy okazji polskich kuzynów ze strony prababci. Mówił po polsku i w Polsce czuł się prawie jak u siebie.
Mimo to o wyjeździe na stałe ani myślał. Wrócił do Kołomyi, rok żył z dorywczej pracy, głównie fizycznej, spełniał się towarzysko, aż zdrowy rozsądek przemówił mu do rozumu: trzeba było wreszcie pomyśleć o przyszłości.
Wtedy zdecydował, że pójdzie do seminarium. Od małego służył do mszy, miał kontakt z chrystusowcami. Spakował rzeczy i tego samego dnia ruszył do Poznania. Do Wyższego Seminarium Duchownego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej przyjechał bez zapowiedzi. Zostawił przełożonym załatwienie formalności tymczasowego pobytu. Marzył, że po święceniach będzie pracować w parafiach na Ukrainie.
Za murami seminarium spędził siedem lat: po dwóch latach nowicjatu rozpoczął studia teologiczne. Po pięciu następnych zdecydował, że to nie jest droga, której mógłby się oddać w pełni. Zrezygnował.
Wciąż był pewny, że wróci na Ukrainę. Lecz najpierw postanowił zdobyć fach, bo świecki absolwent teologii katolickiej miał małe szanse na znalezienie pracy w Kołomyi. Ktoś poradził mu szkołę fryzjerską. W salonie, gdzie miał praktyki, zarazili go zawodową pasją. Chciał otworzyć stylowy salon w swoim mieście, ale poznał przyszłą żonę, rodowitą poznaniankę.
Dla niej zamienił kartę tymczasowego na kartę stałego pobytu (w załatwieniu formalności pomogły polskie korzenie po prababce).
Gdy skończył 30 lat, pomyślał o własnym salonie. By ułatwić sobie prowadzenie biznesu, złożył wniosek o obywatelstwo. Procedura była prosta: zdał ustny i pisemny egzamin z polskiego, dostarczył wymagane dokumenty. Po niespełna roku otrzymał dowód osobisty. Założenie firmy również okazało się nietrudnym zadaniem. Kredyt na rozruch – zamiast w banku – zaciągnął u znajomego.
– Najważniejsze w tej branży jest takie opanowanie języka, które pozwala na swobodny kontakt z klientem – mówi Roman, gdy pytam o trudności. – Tego nie załatwi żaden egzamin. To umiejętność, którą nabywa się z czasem. Były robotnik sezonowy dziś sam zatrudnia. Także Ukraińców. Choć zadomowił się w Polsce, jest zaangażowany w sprawy Ukrainy.
Eklektyczna tożsamość
Historia Romana, jeśli pominąć wątek seminarium, jest charakterystyczną drogą dla pierwszej fali Ukraińców w Polsce. Od lat 90. przyjeżdżali do nas głównie mieszkańcy zachodniej Ukrainy, zaznajomieni z językiem, z którym mieli styczność w stowarzyszeniach polonijnych lub kółkach parafialnych. Przyjeżdżali z mocnym postanowieniem powrotu do siebie.
Związki z polską kulturą nie przeszkadzały bowiem czuć się Ukraińcem. Tożsamość eklektyczna to taka, w której różne dziedzictwa etniczne, religijne, kulturowe nakładają się na siebie jak przeźrocza, tworząc bogatą mapę pogranicza.
Tak było z Oksaną. Dzieciństwo spędziła we Lwowie, mówiła w trzech językach. Jej mama, historyczka sztuki, choć sama wychowała się w rosyjskojęzycznej rodzinie, z córką rozmawiała po polsku. Uczyła ją historii przedwojennego Lwowa, ale też pokazała niezwykły świat rosyjskiej literatury. Od babci dziewczynka najczęściej słyszała ukraiński. Dziś Oksana nie umiałaby określić, jaka płynie w niej krew. Nauczyła się czerpać z bogactwa kulturowego, które dostała w dziedzictwie od przodków.
Opuściła Lwów w 1995 r. Mimo ogromnej konkurencji zdobyła stypendium rządu polskiego, które pozwoliło jej studiować ekonomię w Krakowie. Jednak dopiero Warszawa – rozwijające się międzynarodowe miasto – stała się jej domem. Przeniosła się do Szkoły Głównej Handlowej. Odnosiła sukcesy w nauce, po obronie dyplomu nie aplikowała jednak do prestiżowych korporacji. Czuła się gorsza niż jej rówieśnicy z Polski – pełna lęków, obaw, kompleksów, które maskowała wyuczoną przebojowością. Wewnętrzna siła pchała ją do przodu. Zatrudniła się w polsko-niemieckiej firmie logistycznej. Odpowiadała za państwa byłego ZSRR – dzięki „eklektycznej tożsamości” nawet w Kazachstanie, dokąd woziła niezliczone ilości mięsa, czuła się swojsko. Zachodnie koncerny dopiero wchodziły na tamte tereny, logistyczne schematy trzeba było tworzyć od zera. Obudzona w środku nocy, w tej samej sekundzie potrafiła wyrecytować, jakie towary ma na torach, jakie w tirach oraz gdzie które się w tej chwili znajdują. Napędzała ją walka o byt. Wiedziała, że musi zapewnić bezpieczeństwo sobie i mieszkającej we Lwowie mamie. Ceną za finansową niezależność był permanentny stres. Logistyka, opowiada Oksana, to „męski” biznes, gdzie lało się dużo alkoholu. Po 10 latach uznała, że może trochę zwolnić.
Sukces, który osiągnęła, pozwolił jej poczuć się pewniej. Wysłała CV do jednej z topowych korporacji, których tak bała się zaraz po studiach. Przyjęto ją. Zaczęła od najniższych szczebli kariery, by wdrożyć się w branżę medyczną. Cieszy się, że ma pracę z misją: innowacje medyczne, które przedstawia polskim szpitalom, pomagają pacjentowi szybciej wrócić do zdrowia po operacji. Dodatkowo szkoli menedżerów, ćwiczy techniki oddechowe, bo wierzy, że zrelaksowany szef to szczęśliwsi pracownicy.
Dziś, gdy ktoś ją pyta, skąd ma tak oryginalne imię, mówi z dumą, że pochodzi ze Lwowa. Jej pochodzenie nie odgrywa już żadnego znaczenia w życiu zawodowym. Na 40. urodziny planowała wynajęcie wesołego autobusu, by zawieźć polskich przyjaciół do miasta dzieciństwa, ale planom tym przeszkodziła wojna na Ukrainie.
Najważniejszy jest językMajdan, wojna i towarzyszący jej głęboki kryzys ekonomiczny na Ukrainie spowodowały duże zmiany również w Polsce. – Od 2014 r. zmieniła się geografia ukraińskiej migracji – mówi Myrosia Keryk, prezeska Fundacji Nasz Vybir (Nasz Wybór) z Warszawy. – O ile we wcześniejszych latach dominowali przybysze z mniejszych miejscowości z zachodniej Ukrainy, o tyle dziś coraz więcej osób przyjeżdża ze wschodu i południa. Z milionowych miast, takich jak Charków, Donieck, Dniepr. Są to przeważnie ludzie z wyższym wykształceniem, o dobrych kwalifikacjach zawodowych, którzy nie uciekają od bezrobocia, lecz szukają wyższych płac w swoich branżach i lepszych warunków życia. Kiedyś dominował ruch wahadłowy – ludzie przyjeżdżali na tymczasowy zarobek, po kilku miesiącach wracali do siebie, by przyjechać znów, gdy skończą się oszczędności. Siłą rzeczy byli zatrudniani do prostych prac fizycznych. Teraz, sądząc po osobach, które się do nas zgłaszają, Ukraińcy myślą o Polsce jak o stałym miejscu zamieszkania. Nawet jeśli zaczynają od pracy fizycznej, planują swoją zawodową przyszłość. Inwestują w kursy językowe, studia, podyplomówki. Inaczej niż kiedyś, przyjeżdżają tu całymi rodzinami. Anton, 27-letni programista, większość swojego życia spędził w Ługańsku. Tam się ożenił, pracował w dość dużej firmie informatycznej. Był zadowolony z życia. Do 2014 r. emigracja nie przeszła mu przez myśl. Kiedy w centrum jego miasta pojawili się separatyści w sowieckich czapkach uszatkach, z rosyjskimi flagami w rękach, Anton miał jeszcze nadzieję, że cała awantura rozejdzie się po kościach. W maju ogłoszono referendum i proklamowano samozwańczą Ługańską Republikę Ludową. Transport łączący miasto z resztą Ukrainy wciąż jeszcze kursował regularnie, ale już chodziły słuchy, że separatyści strzelają do opuszczających Ługańsk samochodów osobowych. Żona Antona była w ciąży. Ten fakt przyspieszył decyzję o wyjeździe. Firma, w której pracował, miała filie w różnych miastach Ukrainy. Młodzi nie przepadali za Kijowem. Winnica i Odessa były zbyt blisko Donbasu. Postanowili wyjechać możliwie najdalej na zachód. Tym sposobem wyprowadzili się do Użhorodu na ukraińsko-węgiersko-słowackim pograniczu, choć nigdy wcześniej nie byli w Karpatach (Anton przez pierwsze ćwierćwiecze swojego życia nie wyjeżdżał dalej niż do Kijowa). – Trafiliśmy w oddzielny mikroświat, ze swoim narzeczem, pełnym węgierskich zwrotów, które trudno nam było zrozumieć. Przez pierwsze tygodnie nie mogliśmy wyjść z kulturowego szoku – wspomina. Myśleli, że po trzech miesiącach wrócą do Ługańska. Czekali, aż nowa władza w Kijowie zrobi porządek z separatystami. Ale wkrótce w Donbasie wybuchła prawdziwa wojna. Dołączyli do nich rodzice. Teściowie Antona, którzy do aneksji mieszkali na Krymie, sprzedali mieszkanie w Jałcie, kupili w Użhorodzie. W 2015 r. Anton zrozumiał, że opuścili Ługańsk na zawsze. Nie chciał zostać na Zakarpaciu – nie podobały mu się lokalne porządki. Bał się mówić, skąd pochodzi, miejscowi różnie reagowali na przybyszów z Donbasu. Myślał o wyjeździe na Zachód Europy, ale żona słabo mówiła po angielsku, uznał, że łatwiej jej będzie nauczyć się polskiego. Znalezienie pracy dla programisty nie było żadnym problemem. Anton pojechał do Lwowa na rozmowę kwalifikacyjną w agencji rekrutacyjnej. Wrócił z trzema ofertami z Krakowa, Łodzi i Poznania. Na początku wybrał – rzecz jasna – Kraków (o pozostałych dwóch miastach nigdy nie słyszał). Jednak przyszły pracodawca próbował zmienić wstępne warunki umowy. To wystarczyło, by Anton uznał, że nie można mu ufać. Wtedy wybrał Poznań na podstawie notek w Wikipedii (skusiło go zdanie, że stolica Wielkopolski jest najbardziej zielonym miastem w Polsce). Po dwutygodniowej delegacji w Łodzi wie już, że warto czytać Wiki. Miał nadzieję, że nowa firma pomoże mu załatwić formalności – zatrudniała aż ośmiu Ukraińców. Okazało się jednak, że może liczyć tylko na siebie. Sam znalazł mieszkanie i przedszkole dla trzyletniej córki. Gdy wszystko było gotowe, sprowadził rodzinę. Dostał półroczną wizę z prawem do pracy. Nie wiedział jednak, że zaraz po jej otrzymaniu powinien składać dokumenty na kartę pobytu, bo procedura jest czasochłonna. Gdy wiza się kończy, a karta jeszcze nie jest gotowa – cudzoziemiec ma prawo zostać w Polsce, ale traci prawo do pracy. Dopóki kontrolerzy pracy nie nałożyli grzywny, Anton…