Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Strach przed czarnym tulipanem

Od kiedy stosuje się modyfikacje genetyczne w rolnictwie na masową skalę, czyli mniej więcej od 30 lat, nie pojawiły się naukowe dowody szkodliwości organizmów zmodyfikowanych dla człowieka lub środowiska. Skoro tak, to właściwie dlaczego przyjęto za oczywiste informowanie konsumentów, że dany produkt „zawiera GMO”?

Panie Profesorze, co to jest żywność naturalna?

O to samo pytam studentów! I daję im następujące zadanie: przygotowanie kolacji, ale wyłącznie z takich produktów dostępnych w supermarkecie, które nasi przodkowie jadali kilka tysięcy lat temu, kiedy nie stosowano jeszcze żadnych, nie tylko transgenicznych, metod zmieniania organizmów, by uczynić je bardziej wydajnymi.

Posiłek byłby skromny. Bez pieczywa i artykułów mącznych, bo zboża, z których są wypiekane, mają zmieniony materiał genetyczny. Warzywa i owoce też odpadają, bo ich gatunki zmodyfikowano, by uzyskać egzemplarze większe i smaczniejsze. Dziczyzny w supermarkecie raczej nie znajdziemy. Może woda? O ile jest czerpana z odpowiednio głębokich źródeł.

Podpowiem, że można podać niektóre ryby oraz owoce morza i ślimaki. Pamięta Pani, czym jest pszenica durum, z której produkuje się większość makaronów?

Efektem krzyżówek dzikiej trawy o nazwie pszenica płaskurka, którą w poł. XX w. poddano mutagenezie radiacyjnej przy użyciu tzw. bomby kobaltowej (stosowanej do dziś w terapii antynowotworowej).

Czyli potraktowano ziarna siewne tej odmiany pszenicy promieniami gamma. Sadzonki, które przeżyły terapię, przeszły do kolejnego etapu w procesie pozyskiwania dużych ziaren. W taki sposób powstały też czarne tulipany – ar kwiatów poddano działaniu bomby naświetlającej, co przeżyły trzy z nich. Jeden był czarny – od niego wywodzi się nowa odmiana. Jakkolwiek trudno uznać za naturalne bombardowanie nasion czy sadzonek neutronami albo traktowanie ich substancjami chemicznymi (poza mutagenezą radiacyjną istnieje też chemiczna), wedle definicji takie właśnie są. Mimo że operacje tego rodzaju wywołują zmiany w DNA roślin, a przed ich rozpoczęciem naukowcy nie mogli wiedzieć, co uzyskają.

Jednym słowem: niespodzianka.

Ale na przełomie lat 50. i 60. ekscytowano się tym do tego stopnia, że w USA sprzedawano torebki podpisane: „Wysiej i zobacz, co wyrośnie. Nasiona naświetlone radiacyjnie”. Mogła wyrosnąć roślina-gigant albo karłowata, albo zupełnie nic. Tymczasem zmieniając genom z wykorzystaniem technik inżynierii genetycznej, naukowcy precyzyjnie ustalają, co na każdym z etapów chcą otrzymać. Jeżeli produkt jest niewłaściwy, a tak dzieje się w 99,9%, niszczy się go. W przypadku radiacji albo mutagenezy chemicznej nikt nie miał pojęcia, jakiej zmianie ulegał genom zmodyfikowanego organizmu.

Teraz kolejny paradoks: żywność wytwarzana z produktów zmodyfikowanych genetycznie, uznawana za „nienaturalną”, jest na cenzurowanym. Część konsumentów, nie mając po temu żadnych naukowych dowodów, obawia się jej do tego stopnia, że pod wpływem oczekiwań społecznych wprowadzono na terenie Unii Europejskiej zakaz wysiewania roślin genetycznie zmodyfikowanych, poza kukurydzą MON810. W Polsce poszliśmy jeszcze dalej – od 2013 r. nie można wysiewać nawet tego gatunku. Jednocześnie na rynku pojawiły się np. kosmetyki reklamowane zachętą: „Zawierają technologię DNA”. Skrót odsyła do nazwy kwasu deoksyrybonukleinowego, a zatem producent nie obawiał się skojarzeń z genetyką, biotechnologią czy modyfikacjami transgenicznymi. Nazwa technologii powstania kremu nie budziła niczyich obaw – wręcz poczytywano ją za atut produktu.

Wracając do kwestii „żywności naturalnej”: w dzisiejszym świecie takowa nie istnieje. To, co jemy, było udoskonalane, choć nie wszystko metodami inżynierii genetycznej.

Lecz jedynie żywność oparta na organizmach zmodyfikowanych genetycznie budzi protesty, które wymuszają na rządach zakazy i moratoria. W przypadku kosmetyków korzystanie z osiągnięć biotechnologii jest odbierane pozytywnie. Z kolei farmaceutyki w ogóle nie są oceniane pod kątem sposobu ich otrzymywania. Mimo że białkowe leki hormonalne powstają za sprawą technik inżynierii genetycznej. Podobnie prawie wszystkie przeciwciała, stosowane w diagnostyce chorób, bazują na mikroorganizmach zmodyfikowanych genetycznie.

Dlaczego to inżynieria genetyczna „tumani i przestrasza”, a nie wcześniejsze metody modyfikacji organizmów? To właśnie działań „na ślepo” powinniśmy się byli obawiać, bo siłą rzeczy niosły ze sobą większe niebezpieczeństwo niż precyzyjnie zaplanowane modyfikacje genetyczne.

Pytanie warte fortunę. Tym bardziej że mogło być zupełnie inaczej. Przecież dzięki żywności zmodyfikowanej genetycznie jest możliwe np. ograniczenie ryzyka wystąpienia plag głodu na świecie, produkowanie żywności wzbogaconej o pożądane składniki diety oraz ochrona środowiska przed substancjami chemicznymi używanymi do ochrony roślin przed chwastami i szkodnikami. Marcin Rotkiewicz w książce W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki, gdzie zestawia mity, manipulacje i zwykłe kłamstwa rozpowszechniane na temat m.in. żywności transgenicznej, zauważa, że w propagandzie anty-GMO nie brakuje właściwie niczego. Są działania aktywistów bez wykształcenia biotechnologicznego, ale z poczuciem misji, publikacje nieuczciwych naukowców, którym marzy się sława „niepokornego uczonego”, w końcu łaknące sensacji media. Ale nie brakuje też błędów po stronie samych firm biotechnologicznych, które zamiast cierpliwie tłumaczyć, bywało, że ignorowały zarówno niepokoje i pytania, jak i zarzuty o monopolizowanie sprzedaży nasion czy wywieranie presji na rolników. Do tego zestawu dołączyłbym jeszcze jedną kwestię: czy na pewno należało informować o tym, że jakiś produkt zawiera materiał zmodyfikowany genetycznie?

Wtedy firmy naraziłyby się na zarzut ukrywania informacji ważnych dla konsumenta.

Jakie znaczenie ma dla niego fakt, że np. mączkę kukurydzianą wyprodukowano z kukurydzy Bt, która zawiera dodatkowy gen, pochodzący od pewnej bakterii, co pozwala roślinie samodzielnie produkować białko chroniące ją przed szkodnikami? Toksyna działa tylko na larwy omacnicy prosowianki, na człowieka – nigdy. Od kiedy stosuje się modyfikacje genetyczne w rolnictwie na masową skalę, czyli mniej więcej od 30 lat, nie pojawiły się naukowe dowody szkodliwości organizmów zmodyfikowanych dla człowieka lub środowiska. Skoro tak, to właściwie dlaczego przyjęto za oczywiste informowanie konsumentów, że dany produkt „zawiera GMO”? Przecież w przypadku innych metod uzyskiwania żywności nie podaje się informacji, jak powstały – liczy się jedynie fakt bezpieczeństwa produktu końcowego. Co więcej, sami ojcowie założyciele biotechnologii zgodzili się, że ich działania powinny być kontrolowane.

Zaapelował o to Paul Berg, który jako pierwszy uzyskał cząsteczkę DNA zmienioną narzędziami inżynierii genetycznej. W liście opublikowanym w „Science” w 1974 r. postulował wprowadzenie moratorium na tego rodzaju badania, dopóki nie zostanie przeprowadzona dyskusja w szerszym gronie specjalistów.

Moratorium było przestrzegane. Rok po ogłoszeniu listu odbyła się konferencja w Asilomar w Kalifornii z udziałem 140 naukowców, także spoza USA. Uczeni poważnie podeszli do ewentualnych zagrożeń, ale czy nie popełnili być może błędu tak mocno nagłaśniając sprawę? W umysłach wielu ludzi mogła bowiem pozostać tylko jedna informacja – żywność zmodyfikowana genetycznie to coś ryzykownego, na co nam to?

Taka dygresja: kiedyś uważano, że podgrzewanie jedzenia w kuchence mikrofalowej jest niezdrowe i niszczy jedzenie. To, oczywiście, nieprawda, ale mimo że taka opinia była powszechna, większość gospodarstw domowych i tak to urządzenie posiada. Długotrwałe używanie telefonu komórkowego jest na pewno szkodliwe i wiedza o tym jest powszechna. Czy wpływa to na długość naszych rozmów? Są więc produkty, które osiągnęły nieprawdopodobną popularność, chociaż wiemy, że mogą być szkodliwe. Nikt też nie domaga się np. moratorium na sprzedaż urządzeń elektroniki użytkowej, chociaż przebywanie w wirtualnym świecie może zakończyć się uzależnieniem i zerwaniem osobistych kontaktów z ludźmi.

Jest jednak coś jeszcze. Gdy byłem dzieckiem, idąc na podwórko, słyszałem: „Bądź z powrotem na kolację”. I mama nie kontrolowała mnie przez komórkę, gdzie jestem. Nie zawoziła też na urodziny kolegi mieszkającego dwie ulice od mojego domu. To się działo nieco ponad pół wieku temu, a widać, że żyjemy już w innej epoce, mamy inną mentalność. I obawy ludzi przed GMO to część strachu przed światem w ogóle. Znak czasu.

Co za paradoks. Biorąc pod uwagę, ile gatunek Homo sapiens zyskał dzięki postępowi w nauce, powinniśmy stać się silni i odważni.

Idziemy przez życie za szybko, żeby docenić to, co udało nam się osiągnąć. Nie dajemy też sobie czasu na dotarcie do sedna sprawy. Bierzemy wszystko powierzchownie i lecimy dalej, nawet jeśli płacimy za to cenę utraty poczucia osobistego bezpieczeństwa, bo nie potrafimy ocenić ryzyka zagrożenia. Pokażę to na banalnym przykładzie zakupów na targowisku. Przyznaję, że prawie nigdy nie kupuję żywności określanej jako „bio” czy „eko”, bo wiem, że to przede wszystkim chwyt marketingowy. Masowo produkowana żywność, po którą sięga 80% klientów, bo jest tania, jest równie zdrowa jak ta produkowana w gospodarstwach nazywanych ekologicznymi. Na targowisku zwróciłem uwagę na błyszczące, dorodne jabłka ze słodkim miąższem pod kruchą skórką oraz na leżące obok – mniejsze, też ładne, ale z parchem, wyraźnie droższe od tych błyszczących. Pytam sprzedawczynię, skąd taka różnica w cenie. „Bo to jest jabłko naturalne – niepryskane, bez toksyn. Widzi pan, nawet robak jest w środku…”. Owszem, pierwsze jabłka na pewno były traktowane chemią, ale jeżeli stosowano ją prawidłowo, jest nieszkodliwa dla jedzącego. Jeśli jednak w owocu jest szkodnik, jabłko na pewno zawiera toksyny – te, które produkuje jego nieproszony mieszkaniec.

Dalej: parę mleczarni zorganizowało kampanię produkcji mleka od krów karmionych paszą bez GMO. Polska jako jedyny kraj w Unii Europejskiej ustanowiła zakaz wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych, który dotyczy także wykorzystywania GMO w paszy. Zakaz miał obowiązywać od sierpnia 2008 r., ale sukcesywnie ogłaszane jest moratorium na jego wprowadzenie (obecnie ma wejść w życie w styczniu 2019 r.). Powód odwlekania zakazu jest prosty – pasza bez produktów GM jest droższa. Dyrektor jednej z mleczarni uczestniczących w kampanii ogłosił: „Według aktualnej wiedzy mleko nie zawiera GMO, nawet jeśli pochodzi od krów karmionych paszami zawierającymi genetycznie zmodyfikowane organizmy”, ale skoro klienci chcą produktów „bez GMO”, musimy im je zapewnić. To jest uczciwie powiedziane, co nie zmienia faktu, że takie stawianie sprawy daje do zrozumienia, iż coś jest lepsze, bo nie zawiera GMO.

Polska, korzystając z możliwości stworzonej przez Komisję Europejską, w 2015 r. dołączyła do tych krajów UE, które przyjęły opcję „opt-out” – zakazu wysiewu roślin GMO na ich terytorium. Status kraju „wolnego od GMO” we współczesnym świecie to iluzja. Dlaczego, zamiast rozpocząć kampanię informacyjną, władze wolały wprowadzić ustawodawstwo, które utwierdza ludzi w przekonaniu, że ich obawy przed produktami transgenicznymi są uzasadnione?Bo tak jest łatwiej? 2/3 produkcji bawełny na świecie pochodzi z upraw zmodyfikowanych genetycznie, zatem większość bawełnianych ubrań powstała dzięki GMO. Organizmy zmodyfikowane genetycznie produkują enzymy wykorzystywane do produkcji serów twardych oraz do klarowania soków owocowych. Podstawą pasz dla bydła i drobiu jest w UE soja transgeniczna – Unia sprowadza jej rocznie ponad 20 mln ton, Polska 2 mln ton. Jak już mówiłem, od 10 lat sposobimy się do zakazu jej importowania, ale wciąż odsuwamy ten moment, bo czym ją zastąpić? Upraw roślin motylkowatych (dzięki symbiozie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Lekcje Baumana