Szkoda mi też życia na tropienie w sobie myśli, które generują jakieś emocje albo na odwrót. Wiem, co mnie cieszy, wiem, co mnie smuci. To, co większość: tylko dobro albo jego brak. Bo nie skupiam się tak silnie na sobie, nie kieruję świadomie swoimi myślami. Nie kontroluję ich, nie chcę tego wcale robić, bo właśnie na ich krańcach są rzeczy najlepsze. Nie delektuję się też rozkoszami codzienności, nadając im rangę niebiańskiego misterium, tzn. nie zagłębiam się np. w akt picia herbaty tak bardzo autosensorycznie (zawinięta w koc koniecznie, gdy za oknem pada deszcz), nie szukam też tam szczęścia, dobrze wiedząc, że w ogóle jego poszukiwanie z miejsca ustawia mnie w pozycji nieszczęśliwej, lub w kieracie takiego kreowania swojego życia, by wreszcie to szczęście osiągnąć. Jako że ono nie przychodzi, poziom wewnętrznego napięcia i frustracji w skali czasu jest wprost proporcjonalny do tego szczęścia oczekiwań.
A ja nie muszę być szczęśliwa.
Od czasu do czasu zajmuję się fizyką, anatomią, ruchami roślin. Wszystkie obrazy roślinnych reakcji w świecie dają mi dowód, by nie traktować ich jako differentia specifica. Rośliny to podobne nam, organizujące się, umierające i cierpiące byty żywe.
Dlatego zawsze będę uważać, że życie „w zgodzie i równowadze ze swoim prawdziwym »ja«” brzmi po prostu sztucznie. W naturze nigdy nie ma spokoju.
Nie ma więc też go w mojej głowie, a jak będzie, to znaczy, że właśnie nie żyję. Natura bywa zupełnie inna niż na zdjęciach z kalendarza, więc nie cierpię wcale, gdy myśli mam listopadowe, błotniste i pełne sterczących badyli. Tak przecież bywa. Patrzenie na rośliny, gdy umierają, gdy walczą z grawitacją, z własnym ciężarem, to precyzyjne moje patrzenie może być takie, wyłącznie…