Kiedy człowiek przychodzi ze swoim grzechem, słabością, biedą, to właśnie wtedy moim zadaniem jest dać mu całą uwagę, na jaką mnie stać. Bo on ma prawo oczekiwać ode mnie, że będę kimś więcej niż tylko urzędowym dystrybutorem przebaczenia i pociechy. Ma prawo oczekiwać, że pomogę w jego nawróceniu także poprzez poświęcenie mu uwagi, która umożliwia przeczucie tego, z jaką miłością, delikatnością Bóg szuka jednej zagubionej owcy.
Miałem szczęście. Bardzo wcześnie, jeszcze przed pójściem do seminarium, doświadczyłem takiej uwagi ze strony mojego ówczesnego kierownika. Dzięki temu wiedziałem, że jest ona w praktyce do jakiegoś stopnia możliwa. I wiedziałem – też od niego – że to trudna robota.
Z czasem zrozumiałem jeszcze jedno. Że uwaga skoncentrowana na doświadczeniach penitenta to co najwyżej początek sukcesu. Bo słuchając historii, muszę jednocześnie słuchać, co ewentualnie Bóg ma do powiedzenia w sprawie tego człowieka. I to nie tylko w sensie metaforycznym, tzn. uważnej aplikacji zasad teologii moralnej czy duchowości. Także bardziej wprost, poprzez wewnętrzne doświadczenie. A poza tym być może jest też tak, że jeśli Chrystus do mnie osobiście przychodzi, to tędy właśnie: przez grzeszników, dzięki nim.
Spowiedź, zwłaszcza taka zwyczajna, konfesjonałowa, przedświąteczna, ćwiczy uważność wręcz brutalnie. Bo jeszcze dodatkowo zważać trzeba na własne zmęczenie i towarzyszące mu emocje.
One potrafią być paskudne – nie tylko ze względu na to, co się słyszy, ale też z powodu nadmiaru tego, co się wlewa do głowy. W którejś godzinie spowiadania – przynajmniej ja tak mam – pojawiać się zaczyna niechęć do penitenta i przykleja się do kolejnych podchodzących osób. Tak sobie czasem wyobrażam czyściec: długi rząd penitentów,…