Subskrybuj
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Zrozumieć Wojtyłę

Brakuje mi niepokoju związanego z Janem Pawłem II. Lewica czyta go przez pryzmat jego kultu: gadżetów, kremówek, pomników. Prawica traktuje jak kopalnię cytatów. A może trzeba myśleć o nim inaczej?

Michał Jędrzejek: W 1978 r., czyli 40 lat temu, Karol Wojtyła został papieżem. Pan urodził się rok później – w 1979 r. Czuje się Pan przedstawicielem „pokolenia JP II”? Pytam Pana i jako socjologa, i jako dyrektora programowego warszawskiego Centrum Myśli Jana Pawła II.

Michał Łuczewski: Na studiach zaimponowała mi piękna dziewczyna, która irytowała naszych liberalnych wykładowców, głosząc, że cierpi na „janopawłowe ukąszenie”. Szybko jej się oświadczyłem, a po kilku latach okazało się, że się zaraziłem i cierpię na to samo. Pokolenia JP II jeszcze nie stworzyliśmy, ale jesteśmy na dobrej drodze, bo mamy już czworo dzieci.

 

Na czym polega to „janopawłowe ukąszenie”?

To odwrotność ukąszenia heglowskiego. Po II wojnie światowej część polskich intelektualistów uwierzyła w żelazne prawa historii i w to, że duch dziejów znalazł się po stronie komunizmu, któremu zaczęli służyć. Ukąszenie heglowskie zabrało im wolność. Jan Paweł II daje wolność. Wojtyła cały czas żył – w II RP, w nocy nazizmu i komunizmu, w III RP – jak człowiek wolny. Dla niego nie istniał żaden historyczny przymus. Nie wierzył w żaden współczesny „-izm”. Szedł swoją drogą. Żył pięknie i tak intensywnie jak nikt z nas. Miał wiele twarzy: aktora, robotnika, poety, intelektualisty, sportowca, filozofa, przywódcy, kapłana, mistyka, proroka, świętego. Żeby dać się mu „ukąsić”, trzeba najpierw zadać sobie pytanie: jak Wojtyła w ogóle był możliwy? Jak wychodząc z niezbyt sympatycznego miasteczka, z rodziny tak boleśnie doświadczonej, jak idąc przez dwa totalitaryzmy, zbudował tak piękne życie? I jak udało mu się nie zagubić w tych wszystkich rolach? To było też jego pytanie. W swoim poemacie Profile Cyrenejczyka opisał aktora – musiał tu myśleć o sobie – który traci swoją tożsamość: „Tylu ludzi wyrastało koło mnie i przeze mnie, i ze mnie poniekąd. (…) Ale skoro ja także jestem człowiekiem, czyż natłok tych innych ludzi mnie samego jakoś nie wykrzywił?”. Wojtyła przeszedł przez natłok innych ludzi, ale nie wykrzywił się, lecz sprawił, że wszyscy się prostowaliśmy. Taki wolny człowiek ani nie był możliwy w wieku XX, ani nie jest możliwy teraz, a jednak żył i nadal żyje.

 

A pamięta Pan, kiedy został „ukąszony” przez Wojtyłę?

Wszystko przez moją żonę Paulinę. Ona zajmowała się teologią i Janem Pawłem II, ja socjologią i wszystkim poza Janem Pawłem II, a po latach się zamieniliśmy. Ona skończyła socjologię, a ja zacząłem pracować w Centrum Myśli Jana Pawła II. I tam odkryłem Wojtyłę po raz drugi. Początkowo myślałem, że możemy zostawić za sobą postać papieża i podjąć twórczo tematy, które go zajmowały: związki nauki i religii, godność pracy, katolicka nauka społeczna, teologia ciała, dialog ekumeniczny i międzyreligijny. Byłem przekonany, że wszyscy wiemy, kim był i co mówił Wojtyła, więc możemy już iść dalej. Okazało się jednak, że najciekawsza – dla nas i dla naszych studentów z pięciu kontynentów – jest próba zrozumienia Karola Wojtyły. Szukamy więc różnych sposobów, jak opowiedzieć o człowieku, który pozostaje cały czas tajemnicą. Wiemy o nim bardzo dużo, ale wciąż go nie znamy.

Dla mnie odkrycie papieża to była rewolucja rozłożona na lata. Moja rodzina nie była specjalnie religijna, a mnie zupełnie obcy był tak powszechny w latach 80. i 90. zachwyt papieżem. Moja katechetka nie chciała dopuścić mnie do bierzmowania, bo pod wpływem prac Karlheinza Deschnera krytykowałem Kościół i papieża.

Jan Paweł II wydawał mi się kimś, kto nie rozumie nowych czasów i jest przeraźliwie konserwatywny. Z czasem zrozumiałem, że nie znam tego, kogo krytykowałem.

Gdy byłem już na studiach, jeden z kolegów przywołał w rozmowie ze mną tę słynną scenę, gdy Jan Paweł II powiedział: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Proszę sobie wyobrazić, że nie słyszałem o tym wcześniej. Zrobiło na mnie wielkie wrażenie, że ktoś przyjechał do ateistycznego kraju i na komunistycznym pl. Zwycięstwa przywoływał Ducha Świętego. Przecież to jest średniowiecze, a jednocześnie to średniowiecze pokonało komunizm. I plac zwycięstwa komunistów stał się placem zwycięstwa Jana Pawła II.

 

W Pana esejach i wypowiedziach o Wojtyle akcent położony jest nie tyle na jego teksty, ile na jego życie, doświadczenia, gesty. Tadeusz Bartoś zarzucał Panu nawet na łamach „Gazety Wyborczej”, że nie pisze Pan jak krytycznie nastawiony badacz, lecz składa świadectwo, niczym „mały prorok” opisujący życie „wielkiego proroka”, tj. Jana Pawła II.

Prorocy mniejsi w Starym Testamencie mają swoje ważne miejsce. Bardzo chciałbym być choć małym prorokiem! Rzeczywiście, coraz istotniejsze jest dla mnie przechodzenie od encyklik i innych tekstów papieża do doświadczenia, które za nimi stoi. Jest to zresztą zgodne z metodą fenomenologiczną, w której pracował Wojtyła jako filozof, a która w centrum stawia właśnie opis doświadczenia. Wszystkie dzieła Wojtyły, łącznie z Osobą i czynem – jego trudną, abstrakcyjną książką – to właściwie charakterystyka doświadczenia człowieka, który się nawraca. Bo Wojtyła nieustannie się nawracał. Jan Paweł II mówił, że jeśli chcemy go zrozumieć, musimy spróbować „zrozumieć go od wewnątrz”. Jak to jednak zrobić? Trzy lata temu, gdy zastanawiałem się, jakie seminarium poprowadzić, wpadłem na pomysł, by czytać to, co czytał Karol Wojtyła. Te roczne zajęcia, które miałem ze świetną grupą studentów, były dla mnie dużym przeżyciem. Okazało się, że nie znam wielu ważnych tekstów polskiej kultury. Odkrywałem je razem ze studentami, czując się, jakbym wkraczał w obcy świat, po którym Wojtyła był moim przewodnikiem.

 

Co więc wchodziło w zakres lektur Wojtyły?

Z jednej strony, czytaliśmy barokowy Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi autorstwa św. Ludwika Marii Grignion de Montfort – ten, który Wojtyła miał ze sobą, gdy podczas okupacji pracował fizycznie w zakładach Solvay, i z którego wziął swoje hasło „Totus tuus”. Z drugiej – skandalizujące i oskarżane przed wojną o pornografię Zmory Emila Zegadłowicza. Zegadłowicz pochodził z Wadowic i był jedną z wybitniejszych postaci w lokalnym środowisku, a napisał powieść przedstawiającą je w krzywym zwierciadle. Wojtyła, który pozostawał początkowo pod jego wpływem, Zmory znał bardzo dobrze – z Mieczysławem Kotlarczykiem z Teatru Rapsodycznego, który również pochodził z Wadowic, wymieniali się cytatami o nauczycielach tamtejszego gimnazjum przedstawionych w książce Zegadłowicza. Zmory są ważne także dlatego, że to pierwsza polska powieść queerowa – matka głównego bohatera zachowuje się jak mężczyzna i nie umie okazać mu miłości. To ciekawe, że zachwianie tożsamości płciowej – które wydaje się tematem bardzo współczesnym – Wojtyła znał z jednej ze swoich wczesnych lektur. Ale najważniejsza dla niego była polska poezja. Promethidiona Norwida znał na pamięć, mając 17 lat. Zresztą po tym, czy ktoś zna na pamięć ten i inne ważne dla niego utwory, Wojtyła rozpoznawał bliskich sobie ludzi.

 

Gdy czyta się np. o ludziach powojennego „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, ale również innych ówczesnych formacji intelektualnych, to uderza, jak istotna dla nich była polska poezja, umiejętność przywoływania całych wierszy z pamięci. Pod tym względem rzeczywiście doszło chyba do zerwania kulturowej ciągłości: zarówno jeśli chodzi o ten sposób intymnego obcowania z dobrze przyswojonym tekstem, jak i o samą znajomość pewnego poetyckiego kanonu.

Rzeczywiście, dla współczesnego czytelnika bez studiów polonistycznych wiele z tych wówczas czytanych powszechnie wierszy to teksty hermetyczne. Obok Norwida dla Wojtyły ważni byli oczywiście romantycy, a także Stanisław Wyspiański czy Karol Hubert Rostworowski. Uważam, że klucza do jego zrozumienia dostarcza Król-Duch Słowackiego, który był też wystawiony jako pierwszy spośród przedstawień Teatru Rapsodycznego. Król-Duch prowadzi nas do Szekspira, Calderona de la Barki, Dantego, a w końcu – do greckiej tragedii i Ewangelii. Wojtyła może być przewodnikiem nie tylko po kulturze polskiej, ale i po kulturze światowej.

 

Jaki obraz Wojtyły wyłonił się z tych poszukiwań?

Zrozumiałem, że w Polsce teologii nie uprawia się w traktatach, lecz w poematach. I że taka teologia jest znacznie bardziej kulturotwórcza niż dzieła zawodowych teologów. W centrum polskiej kultury mamy wielkie teologiczne dzieła – Dziady, Pana Tadeusza, Promethidiona, Króla-Ducha, Samuela Zborowskiego, Wesele, Wyzwolenie, Akropolis, Judasza z Kariothu, nawet Trylogię – i każdy z nas, jeśli tylko chce, może mieć do nich dostęp. Każde z takich dzieł jest świadectwem mierzenia się z Bogiem, a czasem – świadectwem nawrócenia. Powracając do nich, możemy, tak jak Wojtyła, również się nawracać.

Wojtyła sprawił, że zrozumiałem także, iż teologia zmienia nasz sposób patrzenia. On patrzył na świat inaczej niż my. Gdy my w Wawelu widzimy pamiątkę narodowej przeszłości, dla niego Wawel był teologią w kamieniu. To dlatego tak bliskie były mu WyzwolenieAkropolis, w których Wyspiański snuł fantazje o zburzeniu i postawieniu katedry, o zniszczeniu jej sklepienia i otwarcia nad nią nieba, żeby wreszcie przestała być wielką trumną, a stała się świadectwem zmartwychwstania. Dzięki poematowi KościółWojtyły możemy wyobrazić sobie, jak patrzył na świątynię. Katedra była dla niego czymś żywym, ruchomym, lekkim, przenikał ją „olbrzymi Ruch”, który wciągał wszystkich ludzi. Wojtyła pisał o marmurowej posadzce. Kto z nas patrzy na posadzkę katedry? A posadzka prowadzi nasze stopy. Tak jak w bazylice św. Piotra posadzką, skałą jest Piotr, tak na Wawelu jest nią św. Stanisław. Do tej skały Wojtyła szedł po kryptach, w których pochowani byli jego poprzednicy. Szedł po ich ciałach, które przeminęły, żeby odkryć „Człowieka, który nie przemija”. Kiedy po latach czytam te słowa, rozumiem, dlaczego Wojtyła odprawił swoją pierwszą mszę w krypcie św. Leonarda. Wawel szczęśliwie nie został zniszczony w czasie wojny, ale przez to nie rozumiemy, czym jest katedra. Warszawska katedra św. Jana, w której podczas powstania warszawskiego toczyły się zażarte walki, spełniła straszne fantazje Wyspiańskiego, ale poprzez swe zniszczenie pokazała istotę świątyni. Gdy Jan Paweł II rozpoczął od niej pielgrzymkę w 1979 r., powiedział, że „jest znakiem tego Chrystusa, który kiedyś powiedział: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo (J 2, 19)”. I od razu odniósł ten obraz do Wawelu i jego biskupa Stanisława: „Kiedyś tam, na swojej biskupiej stolicy w Krakowie, który przez tyle stuleci był zarazem stolicą Polski, ten Biskup zda się powiedział o sobie do króla Bolesława: Zburz ten kościół, a Chrystus poprzez pokolenia zbuduje go na nowo. – I to powiedział »o świątyni swego ciała« (J 2, 21)”. Katedra nie jest budynkiem, zbiorem pamiątek przeszłości, jest ciałem Chrystusa, które…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uniwersytet to my!