Marta Kudelska: Naszą rozmowę zacznę od dość ważnego, choć niepozornego pytania. Jakie jest Twoje najwcześniejsze wspomnienie związane ze sztuką?
Marta Czyż: Lekcja plastyki w drugiej klasie podstawówki, kiedy mieliśmy wykonać kolaż „Królowa śniegu”. Przygotowałam się jak nikt inny! Przyniosłam mnóstwo kolorowych gazet, które moi koledzy i koleżanki szybko rozchwytywali. Wycięłam z jednej z nich panią opatuloną w futro i futrzaną czapę, przykleiłam do kartki i moja praca była gotowa. Siedziałam i patrzyłam, jak inni się uwijają, i byłam bardzo z siebie zadowolona. Po jakimś czasie zrozumiałam, że moje działanie było za proste, i wycięłam z gazety zdjęcie pani na nartach. Poprzyklejałam mnóstwo różnych motywów, które kojarzyły mi się nie tylko z zimą, ale w ogóle z atmosferą i jedzeniem o tej porze roku. Do dzisiaj jestem dumna z obu tych prac.
Kolejne wspomnienia to już czasy licealne i moje regularne ucieczki do Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Intrygowała mnie magia przekazu i inne dosyć intensywne nastoletnie doznania. Pamiętam wystawę Łaźnia męska Katarzyny Kozyry, Zoofrenię Olega Kulika, Gendai, o której wiele lat później opowiedziała mi i Julii Wielgus w naszej książce W ramach wystawy – rozmowy z kuratorami Maria Brewińska. To była jej pierwsza wystawa. Świat sztuki pociągał mnie od zawsze.
Dlaczego zostałaś kuratorką? Jak do tego doszło?
Na pierwszym roku studiów spędzałam bardzo dużo czasu na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Obserwowałam wielu artystów, którzy byli dopiero na początku swojej drogi. Od początku miałam wrażenie, że są bardzo skoncentrowani na swojej twórczości, ale nie mają żadnego pomysłu, jak pokazać swoje prace publiczności. Wtedy zdecydowałam, że chcę robić wystawy, być tą osobą, która pośredniczy pomiędzy artystą i odbiorcą. Chcę także poprzez edukację pomagać artystom na wielu polach. Ta druga konkluzja zaowocowała wiele lat później projektem edukacyjnym skierowanym do artystów, z którym do dzisiaj goszczę w akademiach w całej Polsce.
Czyli bliska Ci jest wizja kuratora będącego kimś na wzór opiekuna artysty bądź artystów, z którymi współpracuje?
Bliska, choć do końca jej nie praktykuję jako kuratorka. Na pewno w mojej pracy ważna jest relacja z artystami, ale często polega ona na wymianie energii i wiedzy. Nie jest to relacja jednostronna. „Opiekunkę” uruchamiam, kiedy prowadzę zajęcia ze studentami.
Nie tak dawno wydałaś wspomnianą już książkę W ramach wystawy…, która jest pierwszą w Polsce publikacją zawierającą rozmowy z kuratorami. Skąd taka potrzeba?
Tuż po zakończeniu studiów z historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, po rocznym pobycie w Berlinie zdecydowałam się na dalszą naukę i zdałam na Muzealnicze Studia Kuratorskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiowałam razem z Julią Wielgus. Obie chciałyśmy wtedy robić wystawy, poznawać ich historię, zgłębiać struktury konceptów kuratorskich. Studia wiele nam dały, ale równocześnie zostawiły nas z licznymi pytaniami. Uzupełniałyśmy wiedzę dzięki indywidualnym rozmowom z kuratorami, z którymi umawiałyśmy się poza weekendowymi kursami. Zrobiłyśmy sobie listę kilkunastu kuratorów, którzy reprezentowali różne strategie, pracowali w innych mediach bądź w konkretnych instytucjach. Próbowałyśmy jak najszerzej ująć temat. Do niektórych kuratorów wracałyśmy po jakimś czasie, nawet po kilku latach, i weryfikowałyśmy ich odpowiedzi. Chciałyśmy, aby powstała książka, która pokaże ścieżki rozwoju kuratorów i ich różne spojrzenie na medium wystawy.
Czy z tych rozmów wyłania się jakiś wspólny mianownik? Coś, co moglibyśmy nazwać „specyfiką polskiego kuratorstwa”?Trudno mówić o wspólnym mianowniku. Na pewno ważny jest kontekst sztuki polskiej. Zrozumiałam, że zawód kuratora łączy dużo dziedzin i umiejętności, a wystawa jest osobnym utworem stworzonym w umyśle jej twórcy. Rola kuratora bywa podważana, ale też niedoceniana. Dzieje się tak przez nadużywanie tego słowa w odniesieniu do wystaw, które nie muszą mieć kuratora i mają go często na siłę, lub wystaw, które w ogóle są robione na siłę. Bardzo się oddaliłam od tego typu prezentacji, także jako widz.
Wspominasz o studiach kuratorskich, które przez kilka lat działały przy Instytucie Historii Sztuki UJ. Czy myślisz, że „kuratorstwa” można się nauczyć? Co dały Ci te studia?
Zrozumiałam, że mogę posiąść pewne zdolności organizacyjne i techniczne – nauczyć się realizować wystawy. Lecz na praktykę tego zawodu składa się często wiedza, która wykracza poza uniwersyteckie schematy. Robienie wystaw to tworzenie nowych bytów artystycznych na bazie sztuki.
Aby wystawy były dobre, konieczna jest wiedza teoretyczna, ale także talent czy intuicja.
Czy masz jakieś oczekiwania względem zawodu kuratora w Polsce?
Z jednej strony mam wrażenie, że nadal mamy za mało instytucji, aby wypełnić wszystkie kuratorskie ambicje, a z drugiej – sama narzekam na poziom wielu wystaw i widzę przypadkowość gestów. Brakuje mi krytyki artystycznej i krytyków, którzy z większym zacięciem i bez obaw pisaliby o wystawach. Jeśli już piszą, to ich teksty nie są dyskutowane. Przez brak krytyki wszystko jest przewidywalne.
Odnoszę też wrażenie, że młodzi kuratorzy mają trudniej od swoich koleżanek i kolegów z uczelni artystycznych. Bardzo mało jest konkursów skierowanych stricte do kuratorów, instytucje też nie są zbyt chętne na „kuratorskie” debiuty, trochę inaczej niż na artystyczne, które są w pewnym sensie obowiązkowym punktem każdego roku. Myślisz, że potrzebne jest wsparcie dla młodych kuratorów?
Różnice pokoleniowe mają to do siebie, że jak się jest młodym, liczy się na to, że któregoś dnia pewne rzeczy będą przychodziły nam dużo łatwiej, np. współpraca z instytucjami. Jednak młodzi artyści mają najwięcej werwy, pracują poza schematami, mają świeże pomysły, mogą wnieść dużo nowego. Oczywiście bardzo tu generalizuję. Lecz prawda jest taka, że dzisiaj chyba równie łatwo jest zwrócić uwagę zarówno na młodego artystę, jak i kuratora.
I znowu wracamy do zależności kurator–instytucja. W jednym ze swoich komiksów Pola Dwurnik napisała zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „Mamo, jakie to jest straszne, jak się nie ma galerii!”. Ty też działasz od kilku lat jako niezależna kuratorka. To ciekawe, że kwestia niezależności dotyczy głównie młodych osób funkcjonujących na tym polu. Czy taka sytuacja jest podyktowana także niechęcią do sformalizowanego instytucjonalnego świata instytucji i galerii prywatnych? Oczywiście poza tym, że etatowej pracy dla kuratorów praktycznie nie ma…To chyba największy problem tego zawodu. Wszyscy kuratorzy nie są w stanie dostać się do instytucji. Z jednej strony wiąże się to z poczuciem, że dzisiaj każdy gest może być kuratorowany, więc żyjemy niejako w epoce kuratorów. Nagle świat sztuki zapełnił się ludźmi,…