Moja licealna polonistka miała pewną teorię: większość ludzi rozpoczyna swoje fascynacje sztuką od impresjonistów (i zatrzymuje się na tym etapie), część z nich dochodzi potem do secesji, a prawdziwi koneserzy kończą na rokoku. Miała chyba rację, choć dodałbym, że jest jeszcze kolejny stopień estetycznego wtajemniczenia: pozornie nudny klasycyzm. Ja sam od początku utknąłem w baroku i nigdy impresjonistów nie zaliczyłem; bynajmniej nie za sprawą jakiegoś szczególnego wyrafinowania, tylko z wrodzonej zachowawczości i miłości do mimesis. Kiedy na szkolnej wycieczce koleżanki i koledzy w zachwycie rozbiegli się po paryskim Musée d’Orsay, usiadłem na sofie i wyciągnąłem książkę z plecaka. Nie miałem ochoty na oglądanie tego krzykliwego paskudztwa. Dopiero po wielu latach pojawił się w moim życiu szary duński odmieniec, Vilhelm Hammershøi – zapatrzony zresztą w XVII-wiecznych Holendrów. Znacznie więcej czasu zajęło mi polubienie szkoły haskiej.
To nazwa grupy kilkudziesięciu malarzy tworzących w Hadze w II poł. XIX w. Inspirowali się oni francuskimi pejzażystami z Barbizon, od których wzięli zwyczaj malowania w plenerze oraz zamiłowanie do rodzimych, intymnych krajobrazów wiejskich. Tak samo jak barbizończycy, zerwali też z tradycją romantycznych, wyidealizowanych landszaftów. Naśladowali za to warsztat holenderskich wielkich mistrzów z XVII stulecia, w podobny sposób wykorzystując światło i spiętrzając chmury nad horyzontem. Artyści z Hagi (przynajmniej w pierwszym okresie) stosowali kolory niemal wyłącznie ciemne i zgaszone, przez co szybko zaczęto mówić o szkole szarej, grijze school, lub wręcz o „malarstwie złej pogody”. Tak lubiane przez nich mżawka, szarówka i mgła oraz stalowe niebo potęgowały nostalgiczny północny ton pejzaży.
W amsterdamskim Rijksmuseum wisi Obcięty wiatrak Jacoba Marisa, twórcy należącego do najważniejszych przedstawicieli haskiej grupy. Obraz jest całkiem spory (45 × 112,5 cm), datowany na 1872 r. Widzimy na nim kanał, kobiecą postać zmierzającą błotnistą drogą w stronę mostu, kilka ceglanych domków i wiatrak stojący niegdyś przy haskim Noord-West-Buitensingel, który Maris przedstawiał zresztą wielokrotnie. Tu jednak młyn został dramatycznie wykadrowany i okaleczony – pozbawiony skrzydeł. Od razu przyszły mi do głowy dziesiątki symbolicznych kulturowych interpretacji (cóż, takie skrzywienie zawodowe), ale wyjaśnienie okazało się, jak zwykle w takich przypadkach, banalne. Artysta namalował to, co akurat widział z okna; mieszkał przecież nieopodal.
Wypada mi uczynić tutaj pewne wyznanie: na punkcie wiatraków mam poważną obsesję. Wspinam się na nie, fotografuję, gromadzę o nich książki. Kiedy dowiedziałem się, że pewna pani profesor z Lublina w wiatraku urządziła sobie letnią siedzibę, raz po raz (zresztą bez większych nadziei na zakup) przeglądam internetowe oferty zabytkowych nieruchomości.
Ściany mojej kuchni od podłogi po sufit pokrywają półki, na których rzędami stoją dawne fajansowe pojemniki na produkty i przyprawy – na każdym z nich widnieje błękitny wietrzny młyn. Nie bez powodu: kiedy w XIX w. Holandia zaczęła się kojarzyć z iście mieszczańskimi cnotami, gospodarnością i czystością, motyw ten stał się w Europie szczególnie popularny. Niewykluczone, że zdeprawowała mnie tak jedna z ukochanych książek z dzieciństwa, Marcin spod Dzikiej Jabłoni Eleanor Farjeon, w której znalazła się senna wizja wiatraka obmywanego słonymi morskimi falami i marzenie o miłości, na jaką córka młynarza czekała całe życie. A może był to evergreen The Windmills of Your Mind w wykonaniu Petuli Clark?
Pierwszy niderlandzki wiatrak odnotowano już w 1040 r., na południu; tam też było ich początkowo najwięcej. Łacińskie powiedzenie mówiło wręcz Flandria molendina terra est– ziemią młynów jest Flandria. Jednak dopiero w wieku XVII w Republice Zjednoczonych Prowincji stały się one dominującym elementem pejzażu. Holenderskie wiatraki nie służyły tylko do mielenia ziarna, pełniły również dziesiątki innych funkcji. Siekały drewno na trociny, rozdrabniały kamienie i kredę, ucierały pigmenty, wyrabiały musztardę i słód, produkowały ryż, kakao, tabakę, proch strzelniczy i papier, przykrawały i zszywały płótna żaglowe, tłoczyły olej, cięły i heblowały deski, folowały sukno, młóciły zboże, a przede wszystkim osuszały poldery. W Polsce wyróżnia się zwykle trzy rodzaje wiatraków. Koźlak przypomina chatkę czarownicy i osadzony jest na obracającym się słupie, pozwalajającym na przesuwanie całej budowli, gdy tylko zmienia się kierunek wiatru. Podobny do niego, ale znacznie solidniejszy, to paltrak. Z kolei holender lub wiatrak wieżyczkowy ma nieruchomą podstawę, a obraca się jedynie jego czapa ze skrzydłami. W Holandii wiatracznych typów jest znacznie więcej – 15, a rozmaitych podtypów przynajmniej kilkadziesiąt. Niektóre z nich wznosiły się na wysokość 45 m i górowały nad okolicą niczym kościelne wieże. Holenderskich wiatraków zachowało się dziś jedynie 1170, ale i tak odnosimy wrażenie, że są wszędzie, raz po raz migają przecież w oknie samochodu lub pociągu. Pod koniec XIX w. było ich jeszcze ok. 10 tys.; tyle że to już dane z czasu agonii wiatracznych stad, przetrzebionych przez wynalazek pary i elektryczności. Ile stało wcześniej, nie da się powiedzieć – może nawet milion? Na dawnych obrazach i rycinach wznoszą się w równych odstępach co kilkadziesiąt kroków. Największe skupiska wiatrakowych niedobitków znajdują się w Kinderdijk pod Rotterdamem oraz w Zaanse Schans. Kinderdijk oznacza dziecięcą tamę, a z nazwą tą związane jest dawne podanie. W 1421 r., podczas straszliwej Powodzi Dnia św. Elżbiety, teren ten nie został zalany, a jeden…