Subskrybuj
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Noc pod Wielkim Psem

Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Nie da się tego zrobić w trybie fast. Mniej więcej wtedy umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyk.

U stóp wzniesienia żył samotnie zapomniany starzec. Nawet gwiazdy, wiele tysięcy gwiazd znał do znudzenia, na pamięć.

Andrzej Płatonow, Dżan

 

Oczywiście nie wiem, od czego zacząć, ale cóż się dziwić, gdy coś, co mam opisywać, wydaje się nie mieć początku ani końca. Nie wiem, od czego zacząć, ale szybko przypomina mi się tamta noc. Ktoś podjechał na nasze podwórko w Zubrzycy Górnej i powiedział, że pójdziemy na Babią Górę na wschód słońca. Byłem tam na wakacjach. Pamiętam, że oznajmiono mi to w ten sam spokojny, ale stanowczy sposób, jak gdyby należało się zbierać do szkoły. Auto odjechało, ale powietrze nie było już takie samo. Tych parę słów składających się w zarys planu, jakby ścięło je, a ścisła informacja w samej rzeczywistości, która w drugiej połowie sierpnia przelewała się leniwie przez ulicę, wprowadziła nowy ład. Nie pamiętam drogi na przełęcz Krowiarki, więc nie będę zmyślał. Ale widzę już dobrze, jak stoimy tam wszyscy – kilka osób – na parkingu. Jest granatowo, choć zapadła już noc i płaty kamieni w żlebach świecą słabym, jakby fałszywym blaskiem. „Młody, potrzymaj te świeczki” – powiedział Heniu. Chwyciłem w dłonie dwa zimne przedmioty, na których nie mogłem zamknąć dłoni, choć nie znałem nikogo równego wiekiem z dłuższymi palcami. Świeczki były dziwnie ciężkie. Dopiero po chwili, gdy reszta krzątała się i przepakowywała, pomyślałem: ale po co im to? Przecież mamy latarki. Ktoś skierował jedną z nich na mnie. Trzymałem w ręku dwie butelki i jako dziecko nie do końca pojmowałem, po co im na całonocną wędrówkę po górach półtora litra wódki. Ruszyliśmy. Na Babią z Krowiarek idzie się cały czas – ze trzy godziny – długą, kilkukrotnie załamaną granią tak, że gdy wydawało się, że już za chwilę będziemy na szczycie, okazywało się, że grań ciągnie się bezmyślnie w głąb mroku. Nasza ekipa rozproszyła się. Masyw Babiej przypominał potężny lemiesz. Idąc trochę z tyłu, widziałem na przedzie wyżej ostre sylwetki jak zadziory w tym pługu Babiej doszczętnie prujące tkaninkę nieba. I sypało się z niego, sypało na bogato. Naturalnie była to noc Perseidów. Spałem potem na Babiej wielokrotnie, ale już nigdy nie widziałem czegoś takiego. Łaska spada wyłącznie na nieplanujących. Niebo przypominało raczej roztwór. Meteory przecinały je cicho i bezustannie, zostawiając za sobą pióropusze jak gorące kamienie w czarnej wodzie.

Towarzystwo popijało. Nic nie wiedziało. Nie da się po pijaku patrzeć w niebo, tak jak nie da się pisać.

Dotarliśmy na wierzchołek około północy. Dorośli powiedzieli, żebyśmy zdrzemnęli się do wschodu. Ale ja tamtego lata nie potrzebowałem spać. Jeszcze wtedy nie zajmowała mnie kwestia nieskończoności. Po prostu wypatrywałem UFO. Każdy podejrzany błysk, każdy męt na niebie mógł być przecież drgnięciem żywego nerwu. Ze sporą pogardą oceniałem w sobie tych, którzy wyśmiewali hipotezę życia pozaziemskiego. Myśl o tym, że gdzieś tam na podobnej planecie istnieje miasto, osiedle, zwyczajny przystanek, dwóch kumpli żegnających się na nim mroźną zasnutą smogiem jesienią, wydawała mi się przez ten chory dystans uwłaczająca idei życia.

Światło, jeszcze nim wzeszło słońce, zaczęło przeciekać zza błękitniejącego mroku. Podniosłem się i przeszedłem na drugą stronę kamiennego murku, który zbudowały na szczycie pokolenia wędrowców. Z drugiej strony siedziało moje towarzystwo. Heniu spotkał na szczycie swoich koleżków, którzy z wielką przyjemnością dołączyli do kręgu. Wszyscy kucali wokół pomarańczowej plamy światła jak przy dogasającym żarze. Zaczęliśmy schodzić. Promienie natychmiast nagrzały powietrze uwięzione pod pachami pod niby oddychającą warstwą jaskrawej gumy z Tuszyna. Szybko rozpiąłem się i wydawało mi się, że wypuszczam spod kurtki resztki tej niepowtarzalnej nocy, które próbowały się u mnie skryć przed pościgiem słońca. Zsunąłem to z siebie i poczułem się ciężko, jakbym to ja pił całą noc. Szedłem sam, przodem. Daleko przede mną ścieżkę przekroczył mokry ryś. Nie daję jednak gwarancji, że nie była to pierwsza w życiu halucynacja.

###banner###

Niewiele z tego rozumiałem, ale wiedziałem, że muszę do tego wracać. Czułem, że nie bez powodu rozmodleni ludzie zadzierają głowy, bo tam, u góry, fikcja w przedziwny sposób miesza się z rzeczywistością, ale za żadne skarby nie potrafiłem tego nazwać. No to może spróbujmy teraz.

*

Jeszcze chwilę, bo minione zdarzenia jak zwykle wymuszają pierwszeństwo. Kilkanaście lat później, w 2008 r., szedłem samotnie dwa tygodnie przez pustynię Atakama od oazy San Pedro do Pacyfiku. Przebywałem na połaci Ziemi, z której najwyraźniej widać Kosmos. Jest tam sucho i bardzo wysoko. Tam buduje się największe i najnowocześniejsze teleskopy, na które w programach popularnonaukowych mówi się czasem „oczy Ziemi”. Była to ostatnia rzecz, o jakiej myślałem w przededniu wyjścia w tę pustosz. Zajmowałem się raczej wszystkimi drobiazgowymi czynnościami, które mogły pomóc jakoś przetrwać. Atakama jest żółto-biała. Żółć to żwir, biel to solniska. Jest tego tyle, że nie ma już wiele miejsca dla błękitu nieba, który w ciągu dnia tleje, żółcieje, jakby trwale skażony obojętnym środowiskiem pustyni absolutnej. Pamięć, ufundowana w tajemniczy sposób na regułach matematyki, potrzebuje choć parę punktów odniesienia, wokół których może budować opowieści, a więc pochodną czasu. Tymczasem to wszystko, co widziałem, zlewa się. Sypkie było, a zlewa się. Pamiętam w zasadzie tylko noce. Te migrujące z wiatrem żółcienie za dnia i biały męt na wieczornym niebie. To zaczęło się już pierwszej nocy. Spałem wtedy na środku Wielkiego Salaru. To solnisko, czyli coś w rodzaju gigantycznej ciągnącej się na dziesiątki kilometrów skorupy soli. Odpowiednio przygotowany człowiek dosyć szybko przywyka do rzeczywistości, która komuś wydaje się ekstremalna. A przecież to była dla naszych przodków codzienność. Z tamtej perspektywy wszystko jest cudownie proste i przewidywalne do momentu, gdy nie masz kłopotu ze znalezieniem miejsca na nocleg, bo nie zdawałeś sobie sprawy, że duża część salaru jeży się ostrymi jak szkło kryształami. Być może dlatego, przez to napięcie w sobie, gdy wreszcie znalazłem spłacheć w miarę równej ziemi, spojrzałem w niebo z taką wdzięcznością. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że na półkuli południowej widać o wiele więcej gwiazd niż na północnej. Tam centralną część Drogi Mlecznej, za którą pracuje monstrualna czarna dziura, widać w zenicie. Planeta Ziemia leży na peryferiach Galaktyki w jednym z jej spiralnych ramion. Nie wiedziałem też, że to, co widzimy gołym okiem na nocnym niebie, należy wyłącznie do Drogi Mlecznej. W zasadzie jedyny obiekt spoza niej, który można dojrzeć bez lunety, to najbliższa galaktyka – Andromedy, jednak potrafią ją wypatrzyć tylko ludzie z boskim wzrokiem. Gdyby nasze narządy wzroku były silniejsze, widzielibyśmy ją w faktycznych rozmiarach, ponieważ w rzeczywistości zajmuje na naszym niebie powierzchnię równą średnicy sześciu księżyców. Proszę sobie tylko wyobrazić, jakby to wyglądało. Pamiętam więc tylko tę skrzącą materię podbitą matową czernią, której było mniej. Zdaję sobie sprawę, że pewnie to obiektywnie niemożliwe, ale euforia tak kazała to zapamiętać. Nie miałem większego pojęcia, jak nazywają się obiekty, które widzę. Nie rozpoznawałem żadnej konstelacji. Była to ostatnia rzecz, na którą patrzyłem nieskrępowany rygorami semantyki. Po prostu leżałem na środku pustyni i badałem świat jak dziecko, które go dopiero poznaje.

Wtedy wydało mi się dziwne, że poświęcamy większość czasu temu, co na ziemi, gdy niebo zajmuje dokładnie mniej więcej tyle samo widoku. Ale przecież to zmieniło się niedawno! Niebo było nam jak woda, jak opał, jak ogień. Noc znaczyło widzieć i wiedzieć. Nigdy nie spotkałem się w opowieściach o ewolucji naszego gatunku z analizą roli, jaką odgrywała wiedza astronomiczna. Zmiany klimatu, ogień, mięso, uprawa roli. A niebo?

Przecież bez jego widoku nocą wędrówka homo sapiens z Afryki byłaby komedią przypadków i być może w tej chwili nadal tkwilibyśmy gdzieś na pograniczu dzisiejszego Sudanu i Egiptu.

Po prostu kręcilibyśmy się w kółko, co wie każdy doświadczony wędrownik – nie zapomnę dnia, gdy obudziłem się zimą w Murowańcu w Tatrach po paru dniach mgły, która przeistaczała się już powoli w ciało stałe, i całe towarzystwo wyszło w góry, w kierunku Czarnego Stawu. Wszyscy stali z aparatami w dłoniach i fotografowali na jego śnieżnej tafli tworzące esy-floresy ślady uczestników kursów wysokogórskich pod opieką asów gór. Astrolabium, ten magiczny przyrząd, było podstawowym wyposażeniem arabskich karawan na Saharze czy na wielkich pustyniach Arabii jeszcze na początku XX w.

*

Od pierwszego pobytu na pustyni starałem się patrzeć w górę, kiedy tylko miałem czas, niebo było nieprzysłonięte, a księżyc w nowiu. To koincydencja równie rzadka jak zaćmienie Słońca. Najczęściej wczesną zimą wychodziłem z namiotem na Babią Górę. Jak już wspomniałem, rozpościera się stamtąd nocą potężny widok. Wierzchołek wznosi się na tyle wysoko ponad wsie utopione w kotlinie Orawy, że nic nie zakłóca sesji. To jest, proszę państwa, bardzo proste: chodzi o pewną ulgę. Po prostu rozbijasz namiot, o osiemnastej zasypiasz, bo jest ciemno i zimno, a potem budzisz się o północy jak w średniowieczu mnisi na modlitwę, wychylasz na zewnątrz głowę, układając ją pod odpowiednim kątem na karimacie, nie opuszczając kokonu śpiwora i mówisz w duchu: Jezu Chryste, nareszcie. Wszyscy, w szczególności ci, którzy zbyt dużo mówią, śpią. A przynajmniej ich nie słychać. W gruncie rzeczy ich obecność jest tak samo fikcyjna jak gwiazd. Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Tutaj nie da się tego zrobić w trybie fast. Jest jeszcze jeden warunek: nie analizować, nie interpretować. Mniej więcej po godzinie umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyki. Patrząc horyzontalnie, nie można tego doznać. Ta reakcja zachodzi spokojnie i długo, lecz na jakiś czas, nim nie skołuje nas codzienność, zmienia strukturę świadomości, otwierając ją na nieopisywalny a dominujący fragment rzeczywistości. Człowiek czuje się, jakby żył tam, na dole,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czego szukamy w Kosmosie?