Subskrybuj

Ciemnogród i zmowa elit

Alexis de Tocqueville pisał: w rewolucji, tak jak w powieści, najtrudniej wymyślić zakończenie. Kaczyński nie ma pomysłu na finał. To, że będzie wspaniale, już wiemy, ale jaki jest plan na dogadanie się z całą resztą osób na kluczowych pozycjach, która nie popiera PiS.

Andrzej Brzeziecki: Cztery lata temu 38% głosujących Polaków poparło PiS – sądząc po dzisiejszych sondażach, nie żałują oni swojego wyboru.

Jarosław Flis: Obecne sondaże są jakimś sygnałem preferencji Polaków, ale warto jeszcze poczekać z ocenami. Na razie widać, że nawet część tych, którzy w 2015 r. nie byli za PiS, przekonała się do tej partii. Możliwych jest kilka dopływów poparcia. Najpewniej ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdołało pozyskać niektórych wyborców Kukiz’15. Przypomnę, że Pawła Kukiza poparli ludzie, którzy uważali, że PO zasłużyło na porażkę, ale PiS nie zasługuje na wygraną. Najwyraźniej zmienili zdanie.

Sporo wskazuje na to, że swoje sympatie przeniosła na PiS także część tych, którzy poprzednio głosowali na ludowców. Możliwe jest jednak, że do głosowania udało się przekonać również grupę wyborców, którzy wcześniej, czując się wykluczonymi, tego nie robili.

Oczywiście widać też mobilizację wśród opozycji, ale gdy spojrzymy na badania poziomu szczęśliwości Polaków, zobaczymy pewną stabilność. Z jednej strony wzrósł odsetek tych, którzy odpowiadają pozytywnie na pytanie: „czy rząd troszczy się o takich ludzi jak ja?”, ale z drugiej strony wzrósł procent ludzi zaniepokojonych stanem demokracji w Polsce. W efekcie oba zjawiska – zadowolenie i niepokój – się znoszą.

Każda partia ma okres, gdy wydaje się teflonowa – nic zdaje się jej nie szkodzić, złe skojarzenia do niej nie przywierają. PiS jednak bije rekordy poparcia już czwarty rok – czym to wytłumaczyć?

Kaczyński i jego ludzie mają, w oczach wielu wyborców, realne osiągnięcia. Został przełamany dogmat „niedasizmu” – obiecywano cud, ale on się nie pojawiał, w zamian było co najwyżej całkiem OK, przynajmniej niektórym. Natomiast pozostałym było „jako tako”. Tak wyglądał do 2015 r. przekaz partii zwycięskich, które broniły swej pozycji. Gdy posłuchamy obietnic Donalda Tuska z 2007 r., usłyszymy znacznie więcej, niż udało się Platformie zrobić w ciągu ośmiu lat jej rządów.

Tymczasem PiS przekonuje, że da się. Transfery socjalne jak 500+ i obniżenie wieku emerytalnego mają być tego najlepszym dowodem. Problem jest jednak głębszy. PiS zwrócił uwagę na to, że „pacjentowi” coś dolega, i trafnie rozpoznał kilka miejsc, gdzie go boli. Zaaplikował na to najprostsze lekarstwo – znieczulenie. Jego diagnozy są wątpliwe, a niektóre kuracje przeciwskuteczne. Niemniej sama terapia przeciwbólowa zadziałała i pacjent uwierzył, że poprawa może wystąpić na dłużej. Czy na trwałe – zobaczymy, ale dziś jest to istotny impuls społeczny.

Rządy PiS od 2015 r. stanowią więc pewne novum. Obiecano coś, co inni uznawali za niemożliwe, i to zrobiono. PiS oskarżał inne partie, że dbają tylko o siebie, i obiecywał zatroszczenie się o zwykłych ludzi. Kilka prostych decyzji: 500+, obniżenie wieku emerytalnego i podniesienie płacy minimalnej, stało się podstawowym źródłem wiarygodności tej partii. Opozycja straszy autorytaryzmem albo bankructwem państwa, ale przecież taka jej rola. PiS też straszył, że PO nie odda władzy pokojowo, i wcale się to nie sprawdziło.

Czyli walka z Trybunałem Konstytucyjnym i z niezależnością sądów i sędziów, skandale z zarobkami w NBP, projektem budowy dwóch wież przez spółkę Srebrna, lotami marszałka Marka Kuchcińskiego – wszystko to dla elektoratu nie ma znaczenia? Liczą się tylko transfery socjalne?

Ma znaczenie, ale nie przeważa.

Dziś wyborcy kupują, tak jak w przypadku złożonych ofert na rynkach finansowych, całe pakiety. Propozycja PiS zawiera poprawę życia „zwykłych ludzi” wraz ze zmianami ustrojowymi.

Tym drugim najgłośniej sprzeciwia się stary establishment – popierając partię, która przegrała ostatnie wybory. Nic nie wskazuje na to, by w ogóle zrozumiał on, dlaczego stracił władzę. „Zwykli ludzie” w małym stopniu podzielają przekonanie elit o niszczeniu demokracji i ich oburzenie zachowaniem polityków PiS. Poglądy elit i reszty społeczeństwa mogą być bardzo różne.

Dwa lata temu Chatham House przeprowadził badania w dziesięciu krajach UE, zadając te same pytania najpierw elitom i potem całym społeczeństwom. Okazało się, że w krajach Zachodu ich opinie rozmijają się zupełnie. Na przykład we Francji 2/3 elit (środowisk akademickich, menadżerów, ludzi z administracji) twierdziło, że żyje się im lepiej niż 20 lat temu, że imigracja wzbogaca kraj, że jedno państwo europejskie to wspaniałe rozwiązanie. Tymczasem w skali całego społeczeństwa wyniki były zgoła odmienne. Elitom łatwiej ujednolicić poglądy i wyobrażenia we własnym gronie, niż przekonać do nich ogół. Tyle tylko że – jak nietrudno się domyślić – łatwiej wygrać wybory, odwołując się do społeczeństw, a nie tylko do elit. W Polsce także – choć akurat w przywołanych badaniach rozdźwięk między elitą i resztą nie był u nas tak wielki.

Dlaczego?

Bo w polskim establishmencie jest również bardzo dużo ludzi, którzy negują wątpliwe dogmaty liberalnego credo. To dlatego PiS jest antyestablishmentowy jedynie retorycznie, nie ma chyba drugiej partii, która w klubie parlamentarnym miałaby tylu profesorów. W Samoobronie, partii prawdziwie antyestablishmentowej, był w klubie jeden człowiek po studiach.

Przed laty w Stanach Zjednoczonych na kierunkach takich jak psychologia społeczna zwolenników demokratów było trzykrotnie więcej niż zwolenników republikanów. Dziś ten stosunek wynosi aż 15 do 1. Tymczasem zwolennicy i sami politycy PiS są istotną grupą także na największych polskich uczelniach. Przypuszczam, że we Francji, na Sorbonie zwolennik Frontu Narodowego miałby problem ze znalezieniem promotora dla swojej pracy doktorskiej o tej partii, bo elity zdecydowanie wykluczają Front Narodowy z głównego nurtu życia publicznego. W Polsce jest inaczej – bo też i układ sił jest zupełnie inny. Dlatego błędem jest sytuowanie PiS w jednym szeregu z zachodnioeuropejskimi partiami antyestablishmentowymi i porównywanie go do takich organizacji jak Front Narodowy.

Ale przekaz PiS jest podobny.

Długo ignorowane problemy są podobne. Partie, które odwołują się do wyższych warstw społecznych, obiecywały technokratyczny raj, tymczasem zamiast tego wyszedł raj dla technokratów – a to nie to samo. Ludziom, którzy się do tego raju nie załapali, mówi się: „trudno, tak musi być”. PiS to zanegował, nie był marginalną partią, tylko główną siłą opozycyjną, która przejmuje władzę, gdy rząd jest źle oceniany. Nad Sekwaną był bunt żółtych kamizelek, a nad Wisłą są rządy PiS.

PiS to establishment w przebraniu zwykłych ludzi?

Nie zgodzi się z tym także większość Polaków. Podziały w Polsce są bardziej ustabilizowane i w konsekwencji partiom rządzącym i opozycyjnym wychodzi mniej więcej po równo. Choć jest też dodatkowy czynnik przesuwający równowagę – stereotypy. Nie jest przecież tak, że kierowcy czy portierzy nigdy nie zagłosują na PO. To media, zwłaszcza liberalne, wtłaczają partie opozycji w worek z napisem „wykształcony wielkomiejski elektorat”. Wysyłają tym samym do pozostałych wyborców sygnał, że to partie nie dla nich. Aż dziw, że przy takim przekazie PO i lewica mają więcej niż 15% poparcia i że głosuje na nich np. technik emeryt z mniejszej miejscowości. Naprawdę trudno pozyskać większość, głosząc tezę, że  jest się lepszym od tejże większości.

Czyli PiS ma największe poparcie, bo odwołuje się jednocześnie do większości społeczeństwa i do części elity?

Gdyby nie różne wariactwa i słabości tej partii, które niektórych odpychają, PiS mógłby mieć i 60% poparcia, z czego mało kto zdaje sobie sprawę.

Dla wielu wyborców zamiana Radka Sikorskiego na Antoniego Macierewicza, czy na odwrót, nie jest istotna przy podejmowaniu decyzji, na kogo głosować. Macierewicz był w pakiecie z 500+, a ten zestaw był dalej bardziej atrakcyjny niż to, co proponowała Platforma. PiS jest w korzystnym położeniu, bo w społeczeństwie ludzi o poglądach solidarnościowo-prawicowych jest więcej i do nich dostosowuje przekaz.

Bronisław Komorowski nazwał swoich zwolenników „racjonalnymi”, a tych po drugiej stronie „radykalnymi”. Czyli, według niego, jak ktoś nie zgadza się na ów raj dla technokratów, to jest po prostu nieracjonalny. Ten opis jest nie do zaakceptowania dla drugiej strony sporu politycznego, bo nikt nie chce być uznany za nieracjonalnego. Doprawdy, nie wiem, jak opisać ten podział, aby obie strony go przyjęły. Łatwiej zrobić to tak, że obie strony poczują się urażone.

No to spróbujmy.

„Jesteśmy lepsi od was, bo inaczej niż wy, nie uważamy innych za gorszych”… To hasło pasuje do obu stron tak samo jak: „Kurski, przeproś za brata”. Podział jest emocjonalny, bo odwołuje się do prostych wyjaśnień, dlaczego coś na świecie jest nie tak – dla jednej strony wyłącznym problemem godnym uwagi jest niewiedza, dla drugich zła wola, w szczególności nieuczciwość. Ciemnogród albo zmowa elit.

Mnie dziwi jednak, że przy takim przekazie i rozpętanych konfliktach nie tylko w Polsce, ale z instytucjami UE czy z Izraelem właściwie nikt z establishmentu nie odszedł od PiS – może poza Kazimierzem Ujazdowskim. Z popierania PiS wycofała się też Jadwiga Staniszkis – stanowiła jednak wyjątek.

Dlaczego ktoś miałby się konfliktować z partią, która ma władzę i poparcie społeczne? Druga strona nie bardzo przedstawia alternatywę pod względem personalnym i programowym. Obie strony konfliktu ponadto podgrzewają atmosferę sporu, żeby wykluczyć możliwość transferów – bo przecież rządząca partia też nie przyciąga liczących się polityków opozycji.

Gdy Jarosław Gowin odchodził z PO, to właściwie też go stamtąd wypychano, tymczasem PiS nikogo nie wypycha. Partia Kaczyńskiego przez wiele lat była w opozycji, przegrywała wybory za wyborami, jeśli więc wtedy ktoś nie odszedł,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czego szukamy w Kosmosie?