Wyruszmy w podróż, która rozpoczęła się znacznie wcześniej niż pierwsze loty kosmiczne. Jest rok 1945. II wojna światowa właśnie się skończyła. Pokonana III Rzesza jest w ruinie. Wydawać się może, że poza politycznym kapitałem zwycięskie kraje nie mogą tutaj pozyskać nic więcej. Jednak na północy Niemiec znajduje się bezcenna dokumentacja zespołu Wernhera von Brauna, naukowca, który w ośrodku rakietowym w Peenemünde zbudował złowrogą broń rakietową V-2. USA i Związek Radziecki zrobią wszystko, żeby ją przejąć. Wkrótce dokumenty wpadną w ręce Rosjan, natomiast von Braun podda się Amerykanom i dzięki temu trafi do Stanów Zjednoczonych, podobnie jak ponad 100 innych naukowców nazistowskich Niemiec wraz ze swoimi rodzinami. Amerykanie są świadomi, że jego ogromna wiedza jest im potrzebna w rozpoczynającym się wyścigu zbrojeń z ZSRR, mimo to następnych kilka lat będzie on de facto internowany w Fort Bliss w Teksasie. Trudno bowiem będzie wyjaśnić opinii publicznej, dlaczego nazistowscy naukowcy, członkowie NSDAP, nie ponieśli konsekwencji za pracę na rzecz administracji Hitlera.
Sytuacja zmienia się ponad dekadę później, gdy ZSRR wysyła w Kosmos sputnika, a Amerykanie nie są w stanie stworzyć technologii odpowiadającej sukcesom zza żelaznej kurtyny. Wtedy właśnie von Braun ratuje honor Stanów Zjednoczonych, projektując rakietę Jupiter C, która niecałe cztery miesiące po sputniku wyniesie na orbitę pierwszego satelitę USA – Explorer 1. Od tego momentu wyścig zbrojeń staje się w wyścigiem kosmicznym. Po jego obu stronach będą nie tylko mocarstwa, ale dwie silne osobowości: geniusze rakietowi von Braun i Siergiej Korolow. Obaj naukowcy będą nadawać bieg rywalizacji, zarówno ze względu na oczekiwania mocodawców, jak i własne ambicje.
Od kwietnia 1961 r. wyścig wkracza w zupełnie inną fazę. Jurij Gagarin, który jako pierwszy człowiek okrążył Ziemię, udowadnia, że myśl techniczna Związku Radzieckiego wyprzedza tę zza oceanu. Amerykanie trzy tygodnie później poślą w Kosmos Alana Sheparda, który odbędzie lot suborbitalny. Misja potrwa jedynie 15 min, co będzie osiągnięciem znacznie mniejszym niż lot ZSRR. Amerykanie, nie chcąc zostawać krok za Sowietami, wyznaczą nowy, śmiały cel: jako pierwsi zamierzają dotrzeć na Księżyc.
Wybieramy się na Księżyc!
Uważa się, że podróż w kierunku Księżyca tak naprawdę rozpoczęła się 12 września 1962 r., kiedy prezydent John F. Kennedy na stadionie Rice w Houston w Teksasie wygłosił przemówienie, do dziś uznawane za jedno z lepszych retorycznie w historii. Mówił wówczas tak:
„Wybieramy się na Księżyc. Wybieramy się na Księżyc w tej dekadzie i robimy inne rzeczy, nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne; ponieważ cel ten posłuży do uporządkowania i zmierzenia najlepszych z naszych energii i umiejętności, ponieważ jest to wyzwanie, które jesteśmy gotowi podjąć, którego nie chcemy odkładać, i z próby sprostania mu zamierzamy wyjść zwycięsko”.
Już wcześniej Kennedy zaznaczał, że będzie chciał wysłać ludzi na Księżyc. Tuż po locie Sheparda w maju 1961 r. mówił w Kongresie: „Jestem przekonany, że nasz naród powinien postawić sobie za cel, aby do końca tego dziesięciolecia umieścić człowieka na Księżycu i sprowadzić go bezpiecznie z powrotem na Ziemię”.
Słowa te stały się motorem napędowym młodej Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (National Aeronautics and Space Administration – NASA). Swój plan Kennedy zaprezentował także rok później, we wrześniu 1963 r., na spotkaniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ, kiedy mając na celu podział ogromnych kosztów związanych z misją na Księżyc, zaproponował przeprowadzenie jej w ramach międzynarodowej współpracy. Miesiąc później Nikita Chruszczow niejako w odpowiedzi podał do publicznej wiadomości, że ZSRR nie planuje wysyłać człowieka na Księżyc. Dziś wiadomo, że nie była to prawda, bo Związek Radziecki już wtedy pracował nad technologią umożliwiającą podróż na Srebrny Glob.
Kennedy, wciąż optujący za lotem na Księżyc, był jednak świadomy, jak potężne może on generować koszty (szacowano je nawet na 40 mld USD). Wiedział także, że mogą być to kwoty nieosiągalne dla budżetu państwa zwiększającego w tym czasie swoje zaangażowanie w wojnę w Wietnamie. Badacze analizujący historię podboju Kosmosu uważają, że gdyby JFK nie został zamordowany w listopadzie 1963 r., to prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych plan zdobycia Księżyca zostałby przesunięty w czasie. Paradoksalnie, to śmierć Kennedy’ego zmobilizowała Amerykę do wypełnienia swoistego testamentu prezydenta i ukończenia misji przed rokiem 1970.
Za wszelką cenę?
Choć to Stany Zjednoczone oficjalnie zadeklarowały lądowanie na Księżycu jako swój cel, to Związek Radziecki przez większość wyścigu kosmicznego nadawał tempo tej grze. Sowieci jako pierwsi wysłali trzyosobową załogę (Woschod 1), potem Aleksiej Leonow jako pierwszy człowiek wyszedł w otwartą przestrzeń kosmiczną (w marcu 1965 r.).
Jeszcze w 1959 r. Łuna 2, jako pierwsza sonda, dotarła na Księżyc, niosąc na pokładzie insygnia ZSRR. Pamiątkowe medale, o których mowa, miały trafić na powierzchnię naszego satelity w chwili uderzenia sondy o jego powierzchnię. Uważa się jednak, że ze względu na ogromną siłę i wytworzoną podczas tego manewru temperaturę (ponad 10 tys.°C) uległy one całkowitemu zniszczeniu.
W czasie kiedy Rosjanie zdobywali kolejne punkty, NASA rozpoczęła program Gemini. W latach 1965–1966 w Kosmos poleciało dziewięć dwuosobowych statków, które pozwalały na testowanie kolejnych manewrów niezbędnych do prawidłowego lądowania na Księżycu w niedalekiej przyszłości. Ich osiągnięcia dały Amerykanom poczucie, że wychodzą na prowadzenie.
W wyścigu kosmicznym nie mieliśmy jednak do czynienia z samymi sukcesami. Na jeden udany start często przypadało kilka, które kończyły się niepowodzeniem: rakiety wybuchały, próbniki i sondy trafiały na złą orbitę, czasami zawodziła łączność. Dopóki te awarie dotyczyły statków bezzałogowych, nie było to groźne. Sytuacja zmieniła się, kiedy zagrożone było życie astronautów.
John Glenn, który jako pierwszy Amerykanin dotarł na orbitę okołoziemską, mógł z niej nie wrócić ze względu na uszkodzenie osłony termicznej, chroniącej statek podczas wejścia w atmosferę. Kiedy obsługa lotu zauważyła, że czujnik osłony wskazuje na jej awarię, zdecydowała o nieodłączaniu silnika hamującego, tak aby jego uchwyty mogły docisnąć powierzchnię ochronną do kapsuły. Skrócona misja zakończyła się sukcesem, choć późniejsze testy pokazały, że mogło być zupełnie inaczej. Glenn stał się dla wielu ikoną podboju Kosmosu. Wrócił w przestrzeń kosmiczną po 36 latach, w 1998 r. na pokładzie promu kosmicznego, jako najstarszy astronauta w historii. Miał 77 lat.
Wspomniany wcześniej Aleksiej Leonow w czasie swojego spaceru kosmicznego nie był z kolei w stanie powrócić do kapsuły. Napompowany jak balon skafander rozszerzył się podczas pobytu w próżni, powodując niemożność wejścia do śluzy. Leonow praktycznie utknął na zewnątrz statku. Zgodnie z procedurą powinien wrócić do pojazdu, poczynając od nóg, tak aby zająć z powrotem miejsce w fotelu. Niestety, do śluzy udało mu się wejść tylko głową na przód, co zmusiło go do nie lada wyczynu – obrócenia się wewnątrz walca o średnicy 1 m! Wysiłek był tak ogromny, że Leonow zaczął się dusić, a następnie doznał udaru cieplnego. Kiedy wydawało się, że załoga Woschoda 2 kłopoty ma już za sobą, popsuty czujnik położenia Słońca zmusił dowódcę statku Pawła Bielajewa do pierwszego w historii, ręcznie pilotowanego, zejścia z orbity. Niestety, kosmonauci nie mogli o tym poinformować kontroli lotu, ponieważ przebywali poza zasięgiem łączności radiowej. Awaryjne lądowanie w tajdze sprawiło, że dopiero po kilku godzinach śmigłowiec odnalazł kapsułę, a ekipa ratownicza dotarła do niej po trzech dniach, ocalając wycieńczonych kosmonautów.
Astronauci i kosmonauci świadomi byli zagrożenia, jakie niesie ze sobą ich praca. Większość z nich wywodziła się z grupy pilotów doświadczalnych i wojskowych, więc doskonale znali ryzyko i gotowi byli na poświęcenie – nawet to największe.
Pierwszą śmiertelną ofiarą związaną z programem kosmicznym był Walentin Bondarenko, który w czasie dwutygodniowego, naziemnego testu w kapsule wypełnionej czystym tlenem o obniżonym ciśnieniu nieuważnie upuścił wacik nasączony alkoholem na rozgrzaną kuchenkę elektryczną. W kabinie wybuchł pożar. Kiedy pół godziny później, po wyrównaniu ciśnienia w kapsule, lekarzom nadzorującym eksperyment udało się dostać do jej wnętrza, niedoszły kosmonauta był prawie całkowicie poparzony. Obrażenia okazały się śmiertelne – pilot zmarł kilkanaście godzin później. Był styczeń 1961 r. Władze ZSRR starały się ukryć informację o wypadku. Okazało się to jednak trudne, ponieważ pilot pojawiał się wcześniej w oficjalnych przekazach dotyczących lotników-kosmonautów. Jego zniknięcie wywołało falę plotek na temat nieudanych misji i pilotów, którzy zginęli w Kosmosie, zanim oficjalnie ogłoszono sukces lotu Gagarina. Opinia publiczna poznała prawdę o Bondarence dopiero w 1984 r. Być może gdyby Rosjanie ujawnili szczegóły tego wypadku wcześniej, uchroniłoby to astronautów amerykańskich, którzy w podobny sposób zginęli niemal równo sześć lat później.
To właśnie rok 1967 był najbardziej tragiczny w czasie wyścigu na Księżyc. Nie tylko ze względu na to, że obie strony rywalizacji straciły swoich pilotów, ale przede wszystkim dlatego, że obie doprowadziły do tych tragedii pracą w pośpiechu i wkradającą się w nią nieuwagą.
27 stycznia załoga pierwszej planowanej misji Apollo – Virgil Grissom, Ed White i Roger Chaffee – spłonęła żywcem w czasie treningu, na trzy tygodnie przed planowanym startem. W wyniku zwarcia instalacji elektrycznej, w wypełnionej czystym tlenem kabinie, wybuchł pożar. Wadliwa konstrukcja włazu uniemożliwiła ucieczkę z płomieni.
Trzy miesiące później Rosjanie (programem nie dowodził już Korolow – zmarł rok wcześniej w wyniku nieudanej operacji), zmotywowani informacją o zawieszeniu amerykańskiego programu kosmicznego, wystrzelili pełen usterek statek Sojuz 1. Konstruktorzy za wszelką cenę chcieli pokazać prowadzenie ZSRR w wyścigu kosmicznym. Pilotujący statek Władimir Komarow krótko po starcie poinformował jednak o szeregu problemów. Zawodziły kolejne systemy, łącznie z tym odpowiedzialnym za lądowanie. Kosmonaucie udało się manualnie sprowadzić statek z orbity i kiedy wydawało się, że uda mu się bezpiecznie wylądować, zawiodły oba spadochrony. Kapsuła uderzyła w Ziemię z prędkością 140 km/h i doszczętnie spłonęła.
Te wypadki skutkowały półtoraroczną przerwą w programach kosmicznych obu krajów. Pożar na pokładzie Apollo 1 zesłał na NASA ogromną krytykę ze strony opinii publicznej. Agencja musiała solidnie postarać się o wsparcie polityków, aby móc wypełnić wolę prezydenta Kennedy’ego i przekonać Amerykanów, że lot na Księżyc jest ich krajowi potrzebny. Wydarzenia 1967 r. istotnie wpłynęły na proces budowy nowych pojazdów. Skutkowały także stworzeniem procedur kładących nacisk na bezpieczeństwo pilotów. Dzięki wprowadzonym w tym czasie odpowiednim modyfikacjom konstrukcja Sojuza do dzisiaj wykorzystywana jest w transporcie ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS).
Mały krok i wielki skok
20 lipca 1969 r. (w Polsce był wówczas już 21 lipca) Neil Armstrong postawił stopę na Księżycu. Kilkanaście minut później dołączył do niego Edwin „Buzz” Aldrin. Świat usłyszał słynne zdanie Armstronga: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Wyścig kosmiczny tak naprawdę się zakończył. Osiągnięto cel, i to przed końcem dekady, tak jak chciał tego John F. Kennedy.
Sowieci nie mieli wyjścia i musieli zaakceptować, że ostatecznie przegrali tę rywalizację, choć trzeba przyznać, że walczyli do końca. Na trzy dni przed startem Apollo 11 wystrzelili sondę Łuna 15, której zadaniem było pobranie próbek gruntu i dostarczenie ich na Ziemię kilkanaście godzin przed amerykańską załogą. W ten sposób radzieccy naukowcy chcieli udowodnić, że nie ma potrzeby wysyłać człowieka na Księżyc, skoro ten sam ładunek można zdobyć znacznie taniej, przy użyciu bezzałogowej sondy. Łuna 15 nie wróciła jednak nigdy na Ziemię – rozbiła się na księżycowym Morzu Przesileń w czasie, kiedy Armstrong i Aldrin przebywali na powierzchni naszego satelity. Ostatecznie sowieckim naukowcom udało się sprowadzić księżycowe próbki dopiero we wrześniu 1970 r.
Projekt Apollo, który kosztował w przeliczeniu na dzisiejszą wartość amerykańskiej waluty 153 mld USD, zaangażował ogromną część społeczeństwa. Podczas gdy jedne firmy tworzyły komponenty rakiety, inne budowały elementy modułu dowodzenia, a jeszcze inne projektowały lądownik księżycowy. Zakończone sukcesem lądowanie było efektem pracy kilkuset tysięcy, jeśli nie milionów ludzi. W tak ogromnym projekcie coś mogło pójść jednak nie tak, wielkie znaczenie miał czynnik ludzki. To człowiek musiał zareagować, kiedy maszyna zawodziła. Nie bez powodu wybrano Armstronga jako pilota pierwszej próby lądowania. Miał on ogromne doświadczenie jako oblatywacz maszyn dla wojska. Cechowały go skromność i odpowiedzialność. Swoją zimną krew pokazał też podczas poprzedniej misji (Gemini 8), kiedy awaria silników sterujących niemal doprowadziła do katastrofy. Także podczas lotu Apollo 11 jego umiejętności okazały się kluczowe. Zaplanowane miejsce lądowania, na które astronautów skierował komputer pokładowy, okazało się pełne głazów. Armstrong przejął stery i wylądował w wybranej przez siebie, bezpiecznej lokalizacji. Kiedy podpory lądownika dotknęły powierzchni Księżyca, paliwa w lądowniku wystarczyło na mniej niż 30 s lotu.
Opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy, że równie niebezpieczny jak lądowanie był start z powierzchni Księżyca.
Jeżeli silnik lądownika nie odpaliłby – astronauci nie wróciliby do domu. Na tę okoliczność przygotowaną przemowę miał już Richard Nixon, urzędujący wówczas w Białym Domu.
W odnalezionym w 1998 r. dokumencie czytamy: „Będą oni [astronauci – przyp. autora] opłakiwani przez ich rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez ich naród; będą opłakiwani przez ludzi na świecie; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać swoich dwóch synów w nieznane”. Dzisiaj wiemy, że szczęśliwie ta wersja nie była potrzebna. Niewiele jednak brakowało, a świat musiałby usłyszeć te słowa. Podczas powrotu do wnętrza lądownika Aldrin uderzył plecakiem, zawierającym zestaw do podtrzymywania życia, w przełącznik odpowiedzialny za odpalenie silnika. Kawałek ułamanego włącznika astronauci odnaleźli na podłodze tuż przed startem. Jedyne, co mieli na podorędziu i co mogło prowizorycznie zastąpić uszkodzony element, to długopis. Aldrin jego właśnie użył do zainicjowania startu. Dzisiaj „długopis, który uratował Apollo 11”, możemy oglądać w Muzeum Lotnictwa w Seattle.
Zdobyliśmy Księżyc. Co dalej?Po lądowaniu Apollo 11 opinia publiczna bardzo szybko przestała zajmować się Księżycem. Wysłana cztery miesiące później misja Apollo 12 cieszyła się dużo mniejszym zainteresowaniem. Lot Apollo 13, który w kwietniu 1970 r. niemal zakończył się kolejną tragedią, sprawił, że krytyka NASA osiągnęła rekordowo wysoki poziom. Zaczęto kwestionować opłacalność lotów nie tylko ze względu na koszty, ale właśnie bezpieczeństwo załóg. Kiedy w grudniu 1972 r. ostatni astronauci skróconego programu Apollo opuszczali Księżyc, wydawało się, że powrót w te rejony nieba to kwestia kilkunastu…