Subskrybuj
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Jak aniołek w niebie śpię…

Dziecko to jeden z najczęstszych tematów holenderskiej sztuki Złotego Wieku. Malcy pozują z rodzicami, są przewijani, wysadzani na nocniki, uczą się i bawią, ba, nawet oddają się hazardowi, a w oberżach palą fajki i pociągają piwo z kufli.

Mam z Rembrandtem pewien problem. Nie za bardzo go chyba lubię jako człowieka, irytuje mnie zwłaszcza jego autoportretowa bufonada, mówiąca o wielce wybujałym ego malarza (chyba z podobnych przyczyn nie przekonałem się do Gombrowicza). Nigdy też nie wybaczę mu sprzedania w 1662 r. grobu Saskii w Starym Kościele i wyrzucenia zetlałych zwłok ukochanej muzy. Van Rijn był wtedy bankrutem – czy to go jednak usprawiedliwia? Co więcej, z zasady unikam tzw. wielkich nazwisk.

Drugo- czy trzeciorzędni pisarze i artyści zawsze wydawali mi się znacznie ciekawsi, a ponadto, w odróżnieniu od twórców opisanych i zbadanych już na dziesiątą stronę, kusili możliwością odkryć i intelektualną przygodą.

Lubię za to amsterdamskie muzeum Het Rembrandthuis – Dom Rembrandta przy Jodenbreestraat 4, w którym malarz mieszkał przez 17 lat, do czasu gdy komornik wystawił cały jego majątek na licytację. Wnętrza zrekonstruowano na początku XX w., posługując się obrazami mistrza i jego uczniów, a przede wszystkim szczęśliwie zachowanym spisem przedmiotów ze wspomnianej licytacji – w ten sposób duch van Rijna poniekąd odzyskał dawny dobytek. Odtworzonym korytarzom i pokojom brak nawet pozoru autentyczności, ale to nie dla nich się tam chodzi, tylko na świetne ekspozycje czasowe. W 2014 r. zobaczyłem wystawę, która zachwyciła mnie do tego stopnia, że wyszedłem z niej z paradoksalnym wręcz poczuciem winy: przecież niczym nie zasłużyłem sobie na taką radość. Była to przyjemność tak wielka, że przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie trzeba jej jakoś spłacić obowiązkiem, choćby pisząc recenzję.

Na wystawie pokazano 66 olśniewających, subtelnych rysunkowych portretów i jeden obraz olejny – ich twórcą był niejaki Johannes Thopas. Nic mi to nazwisko nie mówiło, a jak się potem okazało, jeszcze do niedawna nie słyszała o nim większość historyków sztuki. Życie Thopasa można jedynie próbować naszkicować, snując domysły na podstawie kilku zdawkowych notek w holenderskich archiwach. Pochodził z kupieckiej rodziny z Deventer, która pisała się Pas, Tho Pas i Thopas. Ojciec artysty, także Johannes, wybrał jednak zawód lekarza – medycynę studiował na uniwersytetach we Franeker, Lejdzie i Padwie. Ożenił się z Humaną van der Hagen, z którą miał kilkoro dzieci, a w 1617 r. objął stanowisko miejskiego lekarza w geldryjskim Arnhem. Tam też ok. 1626 r. urodził się przyszły artysta, ale pewności nie mamy – księgi z tego czasu zaginęły. Gdy ojciec zmarł, matka jeszcze dwukrotnie wychodziła za mąż, a Thopas junior prawdopodobnie mieszkał z nią w Utrechcie. Wraz z siostrą być może przeniósł się też na jakiś czas do Amsterdamu. Świadczą o tym portrety (tym razem, wyjątkowo, kolorowe) zamożnych obywatelek i obywateli miasta mające w tle budowle przy placu Dam lub domy na Warmoesstraat czy Damrak. W 1668 r. Johannes zapisany został w gildii malarskiej w Haarlemie, potem przebywał ze swoim bratem w Assendelft, wreszcie dołączył do siostry w Zaandam, gdzie wykonał kilka portretów – o dwóch z nich, przedstawiających pod wiatrakami mennonickie małżeństwo Caescoperów, pisałem tu ostatnio. Zmarł ok. 1688–1695 r.

Johannes wzmiankowany jest w archiwach rzadko, a jeśli już, to wyłącznie w towarzystwie swoich sióstr i braci. Jak się niedawno okazało, nie bez powodu. Był bowiem niepełnosprawny, nie słyszał i nie mówił, przez całe życie posiadał więc opiekunów prawnych. W Republice nie był bynajmniej jedynym takim artystą, by wymienić tylko głuchoniemego Hendricka Avercampa, malarza słynnych ślizgawek, wciąż reprodukowanych na bożonarodzeniowych pocztówkach, Maertena Boelemę, twórcę martwych natur, czy Jana Janszoona de Stomme (Niemego), portrecistę z Groningen. Radzili sobie całkiem nieźle, a ten ostatni w języku migowym wypowiadał się nawet w sprawach teologicznych. Thopas całe życie spędził zaś pod kuratelą rodziny i niewątpliwie musiał polegać na jej finansowym wsparciu. Spadek po ojcu i honoraria za rysunkowe portrety oraz nieliczne obrazy (zachował się tylko jeden, drugi znamy z odwzorowania na ówczesnej rycinie) z pewnością nie mogły zapewnić mu wystarczających środków do życia. Z archiwalnych zapisków rysuje się obraz Thopasów jako silnie ze sobą związanych emocjonalnie, solidarnych i odpowiedzialnych za losy krewnych. Może byli po prostu nadopiekuńczy? A może – to jedynie domysły – Johannes wymagał znacznie większej troski, bo był społecznie niedostosowany, np. prócz niemoty przydarzył mu się też autyzm?

Rudi Ekkart, autor angielskojęzycznego katalogu towarzyszącego wystawie w Domu Rembrandta, nie bez powodu zatytułował go jednak Deaf, Dumb & Brilliant. Johannes Thopas, Master Draughtsman (Głuchy, niemy i olśniewający. Johannes Thopas, mistrz rysunku). Rysunek to technika w powszechnym odbiorze zwykle niedoceniana, a nawet lekceważona. Ot, jakieś szkice piórkiem, ołówkiem bądź kredką. Ze względów konserwatorskich (blakną w świetle) nie można ich też na stałe pokazywać w galeriach (rasowi kolekcjonerzy mają jednak pewien sposób, wieszają takie prace w… domowych ubikacjach). Mój dobry przyjaciel Piotr Borusowski z Muzeum Narodowego w Warszawie, specjalista od dawnych rysunków właśnie, zawsze powtarza, że są one najbardziej autentycznym i intymnym przejawem twórczości, najlepszym sposobem na poznanie charakteru artysty. Chcąc zanotować pomysł, nie sięga się przecież po pędzel, ale po ołówek, szkicuje szybko i zdawkowo na wszystkim, co wpadnie w rękę, np. na odwrotnych stronach rycin czy listów. Thopas to jednak zupełnie inny przypadek – w rysunkowym medium osiąga on największy stopień wyrafinowania. Stoją za tym nieprawdopodobna wręcz precyzja, dyscyplina i praca, z których widz nie zdaje sobie sprawy, gdyż na koniec pojawia się wrażenie spontanicznej lekkości, jakby rysownik geniusz nonszalancko kreślił linie na papierze. Fachowcy określają to włoskim terminem sprezzatura. Na rysunkach Thopasa często widzimy dzieci. Przebrany za myśliwego chłopiec, przedstawiony na tle polowania w lesie, trzyma łuk i sięga po strzałę z kołczana. Inny, w czepeczku i stroju przepasanym potrójnym łańcuchem, ściska łapkę przyjaciela, usadowionego na stole długowłosego pieska. Dziś wzięlibyśmy go bez…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czego szukamy w Kosmosie?