Subskrybuj
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Nie zarazić się złym językiem

W polityce możemy kogoś traktować jak partnera – tak byłoby najlepiej. Może on być konkurentem – jak w sporcie. Często jest jednak wrogiem – jak na wojnie. Na wojnie nie chodzi o to, by dojść do porozumienia, ale by zniszczyć tego, kto jest po drugiej stronie. To może być droga od słów do przemocy.

Napisaliście Państwo książkę Dobra zmiana. Jak się rządzi światem za pomocą słów analizującą wyrażenia używane przez polityków PiS-u i sympatyzujących z partią publicystów. Które z nich są najciekawsze, najbardziej pomysłowe z perspektywy językowej?

Michał Rusinek: Wyróżniłbym dwa określenia, które – jak przypuszczam – były efektem pracy specjalistów od PR-u. Po pierwsze, sama „dobra zmiana” stanowiąca pewną językową innowację (mówiło się dotąd raczej o „zmianie na lepsze”). Po drugie, „500 plus”. To wyrażenia, które są bezdyskusyjnym sukcesem, weszły nawet do języka przeciwników PiS-u. Gdy powiem ironicznie o „złej zmianie” albo o „500 minus”, to w gruncie rzeczy potwierdzam siłę istniejącej już frazy.

Katarzyna Kłosińska: Większość z tych słów jest retorycznie pomysłowa. Nie chcę jednak mówić o swoich gustach językowych, ale pokazać raczej, jakie niebezpieczeństwa wiążą się z tymi wyrażeniami.

To które z nich najbardziej niepokoją Państwa jako obywateli?

KK: Na przykład te quasi-naukowe: „pedagogika wstydu” albo „seksualizacja dzieci”.

MR: Powiedziałbym, że są to słowa „naukawe”.

KK: „Pedagogika wstydu” sprawia wrażenie określenia naukowego, skoro mowa o jakiejś „pedagogice”, a tymczasem jest sformułowaniem publicystycznym, które w dość arbitralny sposób przykłada etykiety do pewnego rodzaju działań. Gdy jacyś historycy bądź dziennikarze mówią o ciemnych kartach w polskiej historii, od razu przyczepia się etykietę: o, to jest właśnie „pedagogika wstydu”.

A „seksualizacja dzieci”?

KK: To termin psychologiczny, który oznacza czynienie dzieci obiektem seksualnym. Można go użyć w znaczeniu naukowym, np. gdy małe dziewczynki występują jako modelki tak wystylizowane, że zaczynają postrzegać siebie (albo postrzegane są tak przez innych ludzi) jako obiekt pożądania. „Seksualizacją dzieci” nie jest jednak edukacja seksualna bądź rozmowa o seksualności, a w takim kontekście używali tego sformułowania politycy i publicyści prawicy.

Język quasi-naukowy budzi zaufanie do osoby, która się nim posługuje; sprawia wrażenie, że panuje ona nad rzeczywistością, potrafi wyodrębniać z niej pewne aspekty i nadać im odpowiednie nazwy. Tymczasem terminy te nie mają nic wspólnego z nauką.

Całą rozmowę i więcej tekstów znajdziecie w najnowszym numerze papierowym „ZNAKU” (nr 778, marzec 2020 r.).

W Panu też największy niepokój budzą te „naukawe” słowa?

MR: Mnie one tak bardzo nie rażą. Wydaje mi się, że mają umiarkowany potencjał niszczycielski dla języka dialogu. Jest nawet coś komicznego w tej quasi-naukowości. Widać to w żartobliwych reakcjach na „mabenę”, maszynę bezpieczeństwa narracyjnego, której utworzenie proponował prof. Andrzej Zybertowicz. Jej zadaniem byłoby promowanie przez instytucje państwa i media publiczne spójnej opowieści o sytuacji w Polsce. Choć trzeba przyznać, że sam fakt powstania naszej książki i ogromnej ilości materiału do analizy pokazuje, iż mabena jakoś funkcjonuje.

To, co mnie oburza, to określenia mające charakter dehumanizujący.

Na przykład?

MR: „Element animalny”. Tak Jarosław Kaczyński określił pewną część społeczeństwa. Mówił też o „wilczych oczach” czy „wilczych zębach” Tuska.

W polityce możemy kogoś traktować jak partnera – tak byłoby najlepiej. Może on być konkurentem – jak w sporcie. Często jest jednak wrogiem – jak na wojnie. Na wojnie nie chodzi o to, by dojść do porozumienia, ale by zniszczyć tego, kto jest po drugiej stronie. Jeśli pojawia się jeszcze odczłowieczanie, to jesteśmy zwolnieni z obowiązku prowadzenia tej wojny według jakichkolwiek reguł. To może być droga od słów do przemocy.

W Rwandzie ludobójstwo zaczęło się właśnie od zabiegów językowych mających na celu dehumanizację przeciwników. Tutsi nazywano „karaluchami” i „wężami”. Podobne procesy opisywał słynny filolog Victor Klemperer w przypadku propagandy nazistowskiej.

Dehumanizujące określenia pojawiają się też po drugiej stronie politycznego sporu. Radosław Sikorski mówił o „dorżnięciu watahy”, a Grzegorz Schetyna o „strząsaniu PiS-owskiej szarańczy z drzewa polskiego państwa”.

MR: To prawda. To też były skandaliczne wypowiedzi. Mam jednak wrażenie, że były pojedynczymi inwektywami, raczej nieprzemyślanymi. Natomiast w przypadku obozu „dobrej zmiany” mamy do czynienia z pewnym spójnym, na chłodno tworzonym projektem językowym i wizją świata, którą próbuje się nam narzucić.

KK: W języku opozycji nie ma aż tak silnej szablonizacji i rytualizacji języka. „Dorzynanie watahy” pojawia się raz, ale nie wraca ciągle na pasku głównego programu informacyjnego.

„Element animalny” też pojawił się właściwie tylko w jednej wypowiedzi Kaczyńskiego.

MR: Ma Pan rację. Choć te słowa przypominają się też, gdy Kaczyński, a za nim prawicowe tygodniki zaczynają przedstawiać uchodźców jako osoby przenoszące egzotyczne choroby, jako zagrożenie biologiczne.

To są pojedyncze wypowiedzi. Pomruki. Jednak jeżeli w obrębie tego całościowego projektu owe pomruki się pojawiają, to one pokazują dla mnie potencjalne niebezpieczeństwo używania języka „dobrej zmiany”. Widzimy, w którą stronę on może się radykalizować. Nie mówię przy tym, że już się radykalizuje.

Myślę też, że ostre wypowiedzi po stronie opozycji są często reakcją na frazy pojawiające się u polityków „dobrej zmiany” – choćby na Twitterze, który jest medium wyjątkowo sprzyjającym agresywnemu językowi.

Co cechuje zatem system językowy „dobrej zmiany”?

KK: PiS wyróżnia, po pierwsze, retoryka wykluczenia. Nie było jej w takim natężeniu u żadnej władzy po 1989 r. Kto nie z nami, ten przeciwko nam: należy do „targowicy”, „sędziowskiej kasty”, „totalnej opozycji” albo „homolobby”. Po drugie, retoryka godnościowa. Ona z reguły charakteryzuje ugrupowania lewicowe – i w tym zakresie PiS ma w sobie wiele z lewicy. Choćby słowo „suweren” – ono pokazuje, że to wy, zwykli ludzie, macie władzę nad politykami, jesteście ważni, nie jesteście jakimś tam elektoratem. Tę retorykę widać też w kwestiach międzynarodowych. Choćby w słynnym „wstawaniu z kolan” – „Niemcy” i „Bruksela” nie będą już dyktować, co nam wolno, a czego nie.

MR: Dla mnie najważniejszym słowem PiS-u jest „sort”: Jarosław Kaczyński podzielił Polaków na lepszy i gorszy sort. Język „dobrej zmiany” jest zbudowany na retorycznej figurze antytezy: cały świat zostaje podzielony bez reszty na dwie części. Przy czym są to części, które pozostają wobec siebie w bezwzględnej opozycji, w żaden sposób się nie uzupełniają. To jest język charakterystyczny i dla PRL-u, i dla Orwellowskiej nowomowy.

W pewnym stopniu skłonność do posługiwania się podziałem antytetycznym jest też w każdym w nas – włącza się w sytuacji zagrożenia, gdy musimy szybko podjąć decyzję: czy ktoś jest swój czy nieswój. Dlatego PiS stara się rozbudzić lęk (np. wobec uchodźców) i nim zarządzać – wskazując wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.

Ta skłonność do ujęć antytetycznych cechowała też opozycję antykomunistyczną: byli w końcu „my” (Solidarność) i „oni” (władza).

MR: Owszem, co więcej, władza PRL-owska też myślała w kategoriach my–oni. Rewolucje, patrząc historycznie, zwykle polegały na tym, że te strony zamieniały się miejscami, ale antyteza pozostawała antytezą. Po 1989 r. rządowi Tadeusza Mazowieckiego i liberalnym mediom udało się zaproponować inną wizję świata, inny język. Chodziło nie o zamianę miejsc, ale o przezwyciężenie podziałów. W kategoriach historyczno-politologicznych wyrażała to „gruba kreska” Mazowieckiego, która też była oczywiście zabiegiem językowym. Albo wierszyk Ernesta Brylla zamieszczony przed wyborami czerwcowymi na początku programu wyborczego strony solidarnościowej: „jesteśmy wreszcie we własnym domu / nie stój, nie czekaj / co robić? Pomóż!”. Zwracam uwagę na sformułowanie „własny” dom. W tym domu różnice między nami można opisywać nie w kategoriach bezwzględnej opozycji, ale różnorodności, pluralizmu. Możemy razem usiąść przy stole i się dogadać. Konsensus bądź kompromis – to słowa, które weszły wówczas do obiegu – są do osiągnięcia. ralnym mediom udało się zaproponować inną wizję świata, inny język. Chodziło nie o zamianę miejsc, ale o przezwyciężenie podziałów. W kategoriach historyczno-politologicznych wyrażała to „gruba kreska” Mazowieckiego, która też była oczywiście zabiegiem językowym. Albo wierszyk Ernesta Brylla zamieszczony przed wyborami czerwcowymi na początku programu wyborczego strony solidarnościowej: „jesteśmy wreszcie we własnym domu / nie stój, nie czekaj / co robić? Pomóż!”. Zwracam uwagę na sformułowanie „własny” dom. W tym domu różnice między nami można opisywać nie w kategoriach bezwzględnej opozycji, ale różnorodności, pluralizmu. Możemy razem usiąść przy stole i się dogadać. Konsensus bądź kompromis – to słowa, które weszły wówczas do obiegu – są do osiągnięcia.

KK: W Polsce często nasuwa się od razu określenie „zgniły kompromis”.

MR: Niestety. Ten język różnorodności czy, odwołując się do figury retorycznej, język enumeracji nie zastąpił oczywiście zupełnie języka antytezy. Ale zaproponowano go, pokazano, że można mówić inaczej. W wielu ludziach zostało jednak przeświadczenie, że potrzebne jest rozliczenie z poprzednim systemem albo wręcz zemsta, że w nowej Polsce „ludziom żyje się gorzej”. Uważali oni, że ten nowy język jakoś wykluczył ich i ich potrzeby. Politycy „dobrej zmiany” skutecznie wykorzystali te emocje.

Zatrzymałbym się przy tej figurze antytezy. Można przekonywać, że obywateli dzielą w ten sposób obie strony politycznego sporu. Różnią je tylko kryteria różnicowania. Prawica odwołuje się do podziału według lojalności narodowej: są patrioci i są zdrajcy. Liberalne centrum zaś częściej dzieli wedle poziomu racjonalności: są politycy racjonalni i są radykałowie, szaleńcy, przedstawiciele „sekty smoleńskiej” etc. Przypomnę podział zaproponowany (niezbyt skutecznie) w kampanii prezydenckiej w 2015 r. przez Bronisława Komorowskiego na Polskę racjonalną i Polską radykalną.

MR: Strategie różnicowania i wykluczania są stosowane przez polityków różnych opcji. Partie chcą pokazać, co je wyróżnia, i to jest uzasadnione. Widać to zwłaszcza w przypadku koalicji, gdy głównie mniejszy partner zwraca uwagę na swoje propozycje programowe, podkreśla swoją odrębność. Wydaje mi się jednak, że opozycja stosuje język oparty na antytezie rzadziej – i jak Pan sam zauważył – bez większych rezultatów. Są też sytuacje, gdy np. u przeciwnika politycznego pojawiają się istotne elementy antydemokratyczne – wówczas wykluczenie go jest uzasadnione.

KK: Ciągłe budowanie opozycji to nieszczęście polskiego życia publicznego.

Poświęciłam polskim dyskursom politycznym po 1989 r. habilitację. Wyodrębniłam tam dwa sposoby mówienia o polityce: etyczny i pragmatyczny. Pierwszy postrzega ją jako miejsce realizacji wartości etycznych (bądź sprzeniewierzania się im, zdrady) i często zakłada pewną bezkompromisowość w dążeniu do osiągnięcia tych wartości (bo nie ma nic ważniejszego niż moralność). Drugi widzi politykę jako pewnego rodzaju grę interesów, co wynika z obserwacji, że żeby rządzić, trzeba się umieć dogadywać. W polskiej polityce dominuje ten pierwszy model, zwłaszcza wśród ugrupowań prawicowych; proszę zwrócić uwagę, że samo sformułowanie „gra interesów” brzmi dla nas podejrzanie. PiS to jeszcze wzmocnił. Dobrym przykładem jest sprawa głosowania na Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej. Porażka 27 do 1 była dla polityków „dobrej zmiany” „moralnym zwycięstwem”. Nieważne, że się nie dogadaliśmy, nie przegłosowaliśmy innego kandydata; ważne, że nie daliśmy sobie w kaszę dmuchać.

Czy Platforma proponowała właśnie pragmatyczne podejście do polityki? Jej symbolem mogłaby być „ciepła woda w kranie”.

KK:Do pewnego stopnia tak. Dla ugrupowań liberalnych ta „ciepła woda w kranie” stała się symbolem takiego sposobu prowadzenia polityki, który miałby przynosić jak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak mówi prawica?