Na kamiennym podeście, oparty o balustradę, siedzi ociężały mężczyzna o niezbyt inteligentnej twarzy. O jego zamożności świadczą kosztowne czarne jedwabie i atłasy oraz bieluśkie koronki. W upierścienionej ręce trzyma jakiś dokument i z pogardliwą rezerwą spogląda na żebraczkę w czerwonej kapocie, która proszalnie wyciąga dłoń. Synek kobiety kornie wznosi oczy do potencjalnego darczyńcy. Dom stoi nad wodą. Na okolonym okiennicą parapecie ustawiono bukiet, kwietną martwą naturę z przepysznym tulipanem. Nad sceną góruje wieża Starego Kościoła – jesteśmy w Delft, a dokładnie: przy najstarszym kanale miasta Oude Delft. Jest też na obrazie szczupła dziewczyna w wytwornej sukni, ze złożonym wachlarzem i w komplecie perłowej biżuterii (sznureczek na szyi, bransolety, kolczyki). O niej za chwilę.
Obraz sygnowano i datowano: Jan Steen, 1655. Z pewnością nie jest to najlepsze dzieło słynnego twórcy złotego wieku; błędy w oddaniu proporcji powinien wychwycić pierwszy lepszy adept liceum plastycznego. W 2004 r. amsterdamskie Rijksmuseum nabyło je jednak za bulwersującą (wówczas…) kwotę prawie 12 mln €, co natychmiast obudziło głosy sprzeciwu. Intelektualne elity musiał niewątpliwie rozwścieczyć fakt, że zakupiono obraz, który zdobił okładkę wielce kontrowersyjnej, zarówno wielbionej, jak i znienawidzonej, książki na temat holenderskiej kultury, czyli The Embarrassment of Riches. An Interpretation of Dutch Culture in the Golden Age (Kłopot z nadmiarem. Interpretacja kultury holenderskiej złotego wieku), monografii Simona Schamy z 1987 r. Od trzech dekad kształtuje ona popularne wyobrażenia na temat Republiki, atrakcyjne i pokupne, choć nierzadko błędne i przeszarżowane. Wszystkie anglosaskie powieści historyczne oraz uwodzicielskie filmowe gnioty o XVII-wiecznej Holandii (traktujące o dziewczynach z perłami, kolekcjonerkach domków dla lalek lub rzekomych ofiarach tulipanowej gorączki) biorą tę pracę za najważniejszy punkt odniesienia. Dlatego krytycy podnosili, że muzeum tak naprawdę nie nabyło Steena, ale… subiektywną wizję Schamy.
Obraz nosił przez lata umowny tytuł Burmistrz Delft z córką. Zakupowi płótna przez instytucję państwową towarzyszyły dyskusje, do których każdy chciał dorzucić swoje trzy gorsze. Zastanawiano się choćby, czy należy mówić o portrecie rodzinnym czy też o scenie rodzajowej. Czy nie mamy do czynienia z przedstawieniem o charakterze wybitnie moralizatorskim, krytyką złudnych światowych bogactw i rozkoszy? Wanitatywny bukiecik nie pojawił się zapewne na okiennym parapecie bez powodu. A może jest to komentarz do dramatycznych wydarzeń sprzed kilku miesięcy? W październiku 1654 r. wyleciała w powietrze miejska prochownia. Spora część Delft legła wtedy w gruzach, były setki zabitych i tysiące rannych. Gdyby nie fakt, że część mieszkańców wybrała się wtedy na wielkie jarmarki w Hadze i Schiedamie, tragedia byłaby znacznie większa. Tysiące ludzi utraciły bliskich, dachy nad głową, pracę i zostały zmuszone do żebrania. Najbardziej znane ofiary eksplozji to Carel Fabrituis, obiecujący wychowanek Rembrandta, i… jego obrazy (ocalały tylko nieliczne, w tym słynny Szczygieł).
Dwaj amsterdamscy historycy sztuki stwierdzili, że Steen musiał namalować swych sąsiadów, kupca zbożowego Adolfa Croesera i jego córkę Catharinę. Byli tak przekonujący i skuteczni, że dopięli swego: dzieło dostało nowy, oficjalny tytuł. Z kolei wybitna znawczyni dziejów holenderskich kobiet historyczka Els Kloek opowiadała się za dawną identyfikacją, czyli uznaniem namalowanych osób za burmistrza miasta Delft Gerrita vel Geralda Corneliszoona Briella van Welhoucka oraz jedną z jego córek: młodszą Annę bądź – co bardziej prawdopodobne – starszą Agathę, na którą w domu mówiono Aagje. Obie strony z braku jakichkolwiek twardych dowodów opierały się jedynie na hipotezach i swobodnych skojarzeniach.
Dziewczyna istnieje niejako poza sceną. Wybiegła szybko z domu – wręcz słychać szelest atłasu i stukot obcasów, niebawem zniknie nam poza kadrem. Ma duże smutne oczy, na których dnie czai się niepokój, poważne spojrzenie, zdradzające być może znajomość życiowych trosk, oraz lekko zaciśnięte usta.
Jest zupełnym przeciwieństwem ojca – zadowolonego z siebie sybaryty, który na pewno zaraz pouczy żebraczkę i odprawi ją z kwitkiem. Wiem, szanujący się ikonolog w taki sposób obrazów nigdy nie interpretuje, ale ja przecież piszę esej, a nie artykuł naukowy. No i bardzo bym chciał, żeby tą młodą kobietą była właśnie Agatha-Aagje, bohaterka jednego z największych skandali XVII-wiecznej Republiki.
Patrycjusz Gerrit Briell van Welhouck miał ogromne ego i am bicje, co chyba tłumaczy, czemu podpisywał się bardziej „światową” wersją swego imienia – Geraldo. Piastował ważne funkcje, należał do prestiżowych stowarzyszeń bogatych regentów, kilka razy został też wybrany na burmistrza Delft. Z pięciorga dzieci przeżyły tylko dwie córki, a sfrustrowany brakiem męskiego potomka ojciec postanowił wydać je za mąż jak najlepiej. Panny burmistrzanki musiały zdobyć stosowną edukację, w tym teologiczną. Prywatnych lekcji religii zaczął im więc udzielać ewangelicki duchowny Arnold Bornius. Gdy po raz pierwszy przekroczył próg domu przy Oude Delft, Aagje miała 16 wiosen, zaś nauczyciel 39 lat, był wdowcem i ojcem trojga dzieci. Uczucie wybuchło dwa lata potem, latem 1655 r. (tak samo datowany jest obraz Steena). Z archiwalnych dokumentów, pism sądowych i pamfletów wynika, że Arnold musiał być mężczyzną poczciwym, niekonfliktowym i cichym, Aagje zaś energii nie zbywało. W sierpniu amant wręczył dziewczynie list, w którym poprosił o jej rękę i uprzedzał uniżenie, że zgodzi się na wszystkie warunki, a jeśli pokażą mu drzwi, przyjmie swój los z pokorą i zniknie na zawsze. Dziewczyna przekazała pismo ojcu, który stanowczo odmówił. Trudno mu się zresztą dziwić, reformowany predykant, inaczej niż katolicki proboszcz z dawnej Rzeczypospolitej, stał na dolnych szczeblach holenderskiej drabiny społecznej i ledwo wiązał koniec z końcem, zaś określenie „wdowa po pastorze” było synonimem dziadówki. Na taki mezalians zgody być nie mogło. Dochodziły do tego spora różnica wieku oraz ta nieszczęsna trójka dzieci… Geraldo był pewien, że Aagje wpadła w sidła sprytnego łowcy posagów.
Wybuchł konflikt, którym przez najbliższe lata żyła cała Holandia. Po osiągnięciu pełnoletności Agatha kazała dać ukochanemu na zapowiedzi. Ojciec wniósł sprzeciw, a gdy gmina ociągała się z odpowiedzią, z hukiem przeniósł się do Kościoła walońskiego, wytoczył Borniusowi proces i zatrudnił biegłych w Piśmie teologów z Uniwersytetu Lejdejskiego, którzy mieli udzielić odpowiedzi na pytanie, czy dziewczyna może wyjść za mąż bez zgody rodziców. Ci, ewidentnie przerażeni rozgłosem, oświadczyli, że nie, nie może, ma jednak… prawo do odwiedzania wybranka trzy razy w tygodniu w towarzystwie matki przyzwoitki. Gdy któregoś dnia Aagje poszła do domu Arnolda sama, ojciec zamknął ją w areszcie domowym, z którego słała dramatyczne listy. W końcu uciekła do Hagi i poprosiła o interwencję sąd. Bezskutecznie, kazano jej bowiem podporządkować się rodzicielskiej woli. W najbliższych latach, po kolejnych apelacjach panny van Welhouck, sprawa trafiła do Sądu Najwyższego Prowincji Holandii, została przywołana jako casusw kilku uczonych traktatach prawnych i teologicznych oraz w pamfletach. Wszystkie werdykty były negatywne, a opinie na temat „rozwydrzonej pannicy” bez wyjątku krytyczne. „Ten albo żaden” – uparła się dziewczyna. Rozumiem ją doskonale, kiedyś postąpiłem dokładnie tak samo. W przypadku Agathy ostatecznie można jednak mówić o pewnym happy endzie. Zgon ojca nie oznaczał, że stała się wolna, matka została bowiem zobowiązana w testamencie do egzekwowania dawnej decyzji małżonka. Aagje twardo negocjowała przez następnych pięć lat i…