Jacek Woźniakowski mówił o sobie, że miał w życiu szczęście, dużo szczęścia. To poczucie – i towarzysząca mu postawa wdzięczności – stało się dlań, jak sądzę, szczególnie dojmujące pod koniec długiego i spełnionego żywota, gdy musiał radykalnie ograniczyć swoją aktywność. Rzecz charakterystyczna: swemu ostatniemu dziełu – prawdziwym „okruchom pamięci”, zebranym i opublikowanym, gdy zbliżał się już do dziewięćdziesiątki – nadał tytuł: Ze wspomnień szczęściarza.
Był człowiekiem mądrym. Zdawał sobie sprawę, jak wiele „zawdzięcza różnym osobom z kręgu rodziny i przyjaciół, domom, w których upływało [jego] dzieciństwo i młodość, wojsku, wojennemu konspirowaniu, instytucjom, a zwłaszcza ludziom, z którymi pracował”, ale też doskonale rozumiał „zobowiązanie, jakie nakłada długowieczność”. Dlatego właśnie – mimo choroby i zapadającej kurtyny zapomnienia („słabości ciała znacznie ograniczyły moje możliwości obcowania ze słowem pisanym”) – zdecydował się na publikację tej, częściowo autobiograficznej, książki. We wstępie do niej pisał: „Nie wiem, czy ta przeszłość jest pouczająca, bliskie mi są jednak słowa Papiniego, że kto nie zagląda do przeszłości, ten w przyszłość bieży na oślep”. I chyba chciał nas przed tym ostrzec.
W kwietniu 2020 r. autor Ze wspomnień szczęściarza skończyłby 100 lat.
Żył długo (prawie 93 lata). Zrobił bardzo wiele: dla kultury, Kościoła i Polski. Jego rozlicznymi zaangażowaniami (był m.in. historykiem sztuki, wykładowcą, eseistą i pisarzem, wydawcą, działaczem katolickim i społecznym, samorządowcem, tłumaczem, krytykiem literackim i dziennikarzem) można by obdzielić kilka, jeśli nie kilkanaście, osób. Lekko złośliwy Kisiel pisał o nim, że „to człowiek szalenie zdolny, ale (…) za dużo srok trzyma za ogon”. I dalej: „Działa w sposób specyficzny, w pewnym stylu (…). Może nie wyzyskał wszystkich swoich zdolności…”.
Może nie wyzyskał? Przerasta moją wyobraźnię to, co mógłby jeszcze zrobić,…