Subskrybuj
Mieszczuch z rodzinnymi korzeniami na Podlasiu i w Małopolsce, dokąd stale powraca. Teatrolog z wykształcenia, obieżykraj i ekoista z powołania, autor stałego cyklu Zwierzę w mieście (w miesięczniku „Stolica”) oraz książek o alchemii natury i kultury (Żubry lubią jeżyny, 2018 oraz Warszawa dzika, 2019). Obecnie...

Dzikie miasta

Im większe miasta, tym więcej w nich dzikich gatunków. Labirynt Londynu jest domem dla tysięcy lisów. Nasze miasta roją się od ptaków, i nie tylko.

Było to wiosną tego roku:
– A co pan tu robi?
– Jestem w pracy.

Patrol (policjant i dwóch żołnierzy z WOT) nieufnie patrzy na mój strój i główny rekwizyt – dużą podziurawioną reklamówkę, z której ciurka woda, mocząc wymięte spodnie i gołe stopy w mocno rozdeptanych tenisówkach.

– Prowadzę badania terenowe, jak w okresie suszy hydrogeologicznej można zazielenić obszar obecnie pokryty głównie piaskiem. Które gatunki roślin, nie tylko typowe dla murawy kserotermicznej, najlepiej znoszą długotrwały brak opadów i silne słońce, które najszybciej kiełkują, rosną i zwiększają biomasę, zwłaszcza powierzchnię liści po regularnym podlewaniu minimalną ilością wody.

Marzec 2020 r. Szczyt epidemii i zakaz opuszczania mieszkania z wyjątkiem „zaspokajania niezbędnych potrzeb życiowych”. Czas: godz. 8–9 rano. Miejsce: pobocze ścieżki spacerowo-rowerowej na terenie parku przy zalewie na rzeczce Silnica w Kielcach. Przed mandatem uratowała mnie legitymacja prasowa i fakt, że poprzedni patrol też zadowolił się spisaniem i sprawdzeniem danych w centralnym rejestrze (włącznie z nazwiskiem panieńskim matki).

Misja: podlewanie
Wychodziłem tam codziennie rano i o zmierzchu od początku marca do końca maja. Nagrzaną zieloną od wodorostów wodę z zalewu nosiłem niedaleko od brzegu. Głównym celem był pagórek w kształcie cypla, wystawiony na słońce i wiatr od świtu do zachodu słońca. Ścieżka była wąska i stroma, wspinając się, machałem przeciekającą torbą i zwilżałem dziewanny, krzewy głogu i placki piachu. Na „plaży” podlewałem pojedynczymi kroplami samotne kępki skąpej trawy, rozdzielone ziemią ubitą i spaloną na twarde klepisko. Już na drugi, trzeci dzień wypuszczały nowe źdźbła. Po kilku dniach pojawiały się ptaki – kosy, paszkoty, drozdy, kwiczoły, gołębie grzywacze i te miejskie, a także podobne do nich synogarlice tureckie. Zainteresowaniem białkożernych o tej porze roku kosów i ich kuzynów cieszyły się „spiżarnie” – dołki wyścielone zeszłorocznymi liśćmi. Dłużej trzymały wilgoć, wkrótce pojawiły się tam dżdżownice. Szybciej od trawy i perzu rosły mniszki lekarskie, wypuszczały liczne pąki. Kiedy zakwitły pierwsze, sypnęły się następne, pojawiły się przy nich trzmiele, pszczoły i motyle oraz chmary maleńkich czarnych „cosiów”. Wieczorem śmigały nietoperze, ich głównym celem były leje światła przy latarniach, gdzie roiło się od owadziego drobiazgu. Czasem mieszały się z jaskółkami i jerzykami, choć one wolały przestrzeń nad samą taflą wody.

Torbę niedługo zamieniłem na konewkę, by szybciej nabierać wodę, zwiększyłem też liczbę kursów i miejsc do podlewania. Do strefy zraszania dodałem parów zarośnięty tylko drzewami, bo jesienią został wykoszony do gołej ziemi. Ofiarą padły wtedy wszystkie rośliny runa, krzewinki, krzewy, liczne samosiejki dębów i grabów. Wodę wlewałem w znacznie większe i głębsze „spiżarnie” z kożuchem liści, pod korzenie małych drzewek, w skąpe trawy i pierwsze niezapominajki (szybko utworzyły kępy). Gołe gałęzie drzew przepuszczały słońce i wiatr, a różnice temperatur też przyczyniały się do wysuszenia ziemi na szary popiół. Każda kropla i pokropek z konewki dawały widoczny rezultat. Ptasie czereśnie zaczynały kwitnąć, ale miały wiotkie wierzchołki. Wodę lałem tuż przy pniu, najpierw wsiąkała bez śladu, ale po dwóch dniach czubki drzewek podniosły się i wyprężyły. Nieliczne kwiatki zamieniły się w białe chmurki, przy nich zawirowały trzmiele. Po dwóch miesiącach zamieniły się w zielone kuleczki owoców, przyszłą (latem na drzewie, jesienią na ziemi) wyżerkę dla ptaków.

Spotkania pod blokiem
Pod swoim blokiem wystawiłem kilka płaskich pojemników z wodą, szybko znikała wypijana i wychlapywana przez ptaki. Okupowały je wróble, sikorki modre i bogatki, szpaki, gołębie, synogarlice, ale regularnie zalatywały też kawki, gawrony, sójki, pliszki szare i kopciuszki. – Dziś w nocy przyszedł tam jeż i pił, pił i piiił… – relacjonowała sąsiadka.

Na „półwyspie” pojawił się jego kuzyn. Przy pierwszym spotkaniu fuknął i skurczył się w kulę. Ostatnią kroplę z konewki spuściłem na jego kolczasty grzbiet – podskoczył i zwinął się jeszcze mocniej.

Następnego wieczoru jeż znowu przytuptał. Przy drugiej „kroplówce” już się nie zwijał do końca, przy kolejnej popatrzył na mnie – z dołu, ale tak jakoś z góry. Odpuściłem mu głupie kawały.

Nie płoszył się już na dźwięk moich kroków i nie zmieniał stałej trasy od dołka do dołka z dżdżownicami „na tacy”.

Prysznic z trzepoczących skrzydeł kąpiących się ptaków podlewał krzewy pod blokiem. Jaśmin i głóg zazieleniły się najszybciej, spod ubitej ziemi zaczęły wychodzić inne kiełki i pędy. W okresie ponad dwóch miesięcy – od marca do maja – było tylko kilka opadów, ale każdy zadziałał jak zielony dynamit. Z pewną zazdrością patrzyłem na efekt, który wywoływał drobny deszczyk czy mżawka. Skarpa pagórka była najpierw naga i szara w wielu miejscach, każda kropla dawała obłoczek drobnego kurzu, potem powstała stała, chociaż cienka warstwa. Zraszana wieczorem, wydawała ożywczy zapach „petrichor”, straciła pierwotną zakurzoną martwotę. Zwiadowcy roślin wychodzili z podziemia i kolonizowali nowe obszary.

Ptaki nad zalewem zaczęły żerować coraz bliżej mnie i konewki. Najbardziej mnie zaskoczył kos, stały bywalec podblokowy. Chlusnąłem wodą na „klepisko”, rozlała się cienką warstwą – podbiegł charakterystycznym kosim truchcikiem, pochylił się i napił raz, drugi i trzeci z samego brzegu kałuży, choć tuż obok miał napełnione pojniki. Codziennie się w nich kąpał i skrupulatnie badał wyraźnie już ciemniejsze, stale wilgotne okolice. Fachura. Dobrze wiedział, co robi – czatował na świeże białko, które tutaj samo wychodziło spod ziemi.

Synogarlice są mniejsze i delikatniejsze od gołębi – dawały się im więc odpychać od ziarna, które sypałem w chłodne poranki. Wbrew zakazom ornitologów wiosną i latem trochę dokarmiam ptaki – zwłaszcza po zimnych, wilgotnych nocach i porannych przymrozkach, których nie brakowało jeszcze w maju. Wróble pojawiły się z tegorocznym przychówkiem – mimo iż potomstwo było już wielkości rodziców, to trzepotało skrzydełkami i wymuszało dokarmianie prosto do dzioba. Synogarlice w konspiracji przed gołębiami zwabiłem raz i drugi na parapet na trzecim piętrze. Wystarczyło potem, że o tej samej porze, ok. godz. 17 uchylałem okno, a już słyszałem wysokie „phu-phuuu…!” i spadała mi na głowę beżowa sierpówka vel cukrówka. Przysiadała przy dłoni i zerkała to jednym, to drugim ciemnym paciorkiem, zanim zaczynała wyjadać ziarno wysypane pod dziób. Idylla trwała krótko, już po chwili przylatywała reszta rodziny – dwie pozostałe synogarliczki. Zwykle od razu wynikał spór o miejsce dziobania, zaczynały się przepychanka i tuptanko. To było jeszcze nic. Prawdziwa rozróba następowała, kiedy pojawiał się ciężki kaliber – zwaliste gołębie. Każdy symbol pokoju po chamsku rozpychał się, wszczynał burdy, bez pardonu dawał jeden drugiemu w dziób, wodził się za łby i na pożegnanie walił obfite kupy.

Gołąb, czyli nasz King Kong
Każdy z tych niegdyś dzikich gatunków ma inny miejski życiorys. Niektóre długi, liczący wiele wieków, inne to świeża fala imigrantów, sprzed zaledwie kilku dekad. Wszystkie korzystają z naturalnych pradawnych instynktów, uczą się też nowych zachowań. Każdy gatunek i osobnik robi to na swój własny sposób. W azjatyckich miastach sępy korzystają z prądów powietrznych, które są większe i silniejsze pomiędzy betonowymi urwiskami niż na otwartych naturalnych przestrzeniach, a i padliny też tam nigdy nie brakuje. Europejskie aglomeracje – „asfaltowe dżungle” – też mają wielu dzikich lokatorów. To ogólnoświatowy (naturalny?) trend. Czyżby ewolucja trwała w najlepsze?

Gołąb jest jak King Kong. Kiedy patrzy na wysokie betonowe wieżowce, oczami genów widzi wysokie skaliste ściany, na jakich przez tysiąclecia gnieździli się jego praprzodkowie. Dlatego okupuje miasta – bloki, ich balkony i gzymsy.

Czasem przysiada, ale nigdy się nie gnieździ na drzewach i krzewach. Podobnie postępują jerzyki – tak jak gołębie są to teraz miejskie ptaki. Obydwa gatunki już nie występują w pierwotnych, wydawałoby się, że naturalnych, a więc (niby) najlepszych dla nich warunkach. Maleńka populacyjka jerzyków z Puszczy Białowieskiej, która gnieździ się w szerokich dziuplach drzew, wysokich na kilkadziesiąt metrów, to unikat potwierdzający regułę.

Miasta jako „wyspy ciepła” dają więcej pokarmu (i miejsc na gniazda) niż naturalne biotopy. Ile mamy skalistych gór w nizinnej Polsce? Jerzyki jedzą tylko białko w powietrzu – drobne latające owady, tych w mieście nie brakuje. Nie umieją wić gniazd, wystarczy im mały dołek, płytkie zagłębienie w suchym i równym podłożu. Musi ono jednak spełniać dwa warunki. Po pierwsze, powinno znajdować się gdzieś na wysokiej ścianie; a po drugie, mieć dobry korytarz powietrzny na dolot i start. Kiedyś korzystały ze skalnych występów, teraz też wykorzystują „gotowce” – zakamarki wysokich budowli, zwłaszcza szczeliny pod dachami, nigdy blisko parteru. Są tradycjonalistami do szpiku kostek i od czubka dzióbka aż po koniuszki długich skrzydeł, dzięki którym należą do najszybszych gatunków w świecie ptaków. Nigdy nie zmieniają perfekcyjnych nawyków, odruchów i metod. Inaczej postępują liczne miejskie nietoperze, które szybciej dostosowują się do nowych sytuacji. Przez wieki nauczyły się żyć w pobliżu ludzi, zasiedlać ich budynki, strychy, wieże (zimą piwnice i schrony), a od niedawna potrafią też żerować na ścianach blokowisk. Chropawa, nierówna powierzchnia i faktura betonowych elewacji to idealna wylęgarnia, kryjówka i miejsce do zimowania miliardów owadów. Dobrze o tym wiedzą także sikorki bogatki i modraszki. Spiżarnia jest otwarta i dobrze zaopatrzona również zimą. W okresie lęgów każda z sikorek zjada codziennie tyle, ile sama waży – posila się przeróżnymi mikroskopijnymi owadami oraz ich jajkami i larwami. Jedna para – karmiąc siebie i pisklęta – eksterminuje kilka kilogramów komarów, much, meszek. Ile waży jeden komar? Ile komarów składa się na jeden gram i kilogram? Musi z tego wyjść astronomiczny wynik. O tyle mniej też śladów na naszej skórze.

Większym rekordzistą w połykaniu komarów i meszek jest tylko jerzyk – on, jak dokładnie policzono, zjada ich 20 tys. na dobę.

Warto o tym pomyśleć, kiedy letnią porą popatrzy się na Wawel, a czarne skwirzące masy jerzyków śmigają na jego tle. Wieki i ułamki sekund w jednym kadrze.

Wróbel, cwany ulicznikSprawnym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przystanek: miasto