Subskrybuj
Pisarka, poetka, tłumaczka, wykładowczyni w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Wydała sześć tomów wierszy, dwa zbiory opowiadań i dwie powieści, w tym nominowaną do nagrody Nike Nieważkość. Jest popularyzatorką ekopoetyki i członkinią ASLE (Association for the...

Jeż na autostradzie: Gość-inność

Powiedzieć, że czas jest trudny, to nic nie powiedzieć. Listopad, od kilku dni prawie nie wychodzi słońce, szkoły zamknięte, uczelnie zamknięte, restauracje i bary zamknięte i strach otwierać gazetę, tak rzadko wiadomości tej jesieni bywają krzepiące. Sięgam po wiersze Sośnickiego z silniejszym niż zwykle poczuciem nietrwałości wszystkiego, w tym samej siebie, zagrzebuję się w starych, dobrze znanych tomach i robi się lepiej, nie weselej, ale jakby jaśniej, mniej obco.

Twórczość Sośnickiego czytuję od wielu lat, mogę to dokładnie policzyć, bo pierwszą jego książką, którą przestudiowałam jako bardzo początkująca autorka, była wydana w 2002 r. Symetria. Miała premierę podczas przedostatniego Portu Legnica (potem festiwal przeniósł się do Wrocławia). Na zdjęciu, które znalazłam w albumie Bitwa o Legnicę (wydanym już po przeprowadzce, w 2004 r.), Sośnicki czyta razem z Marcinem Sendeckim. Stare czasy: dwa lata wcześniej przeżyłam w Legnicy swój debiut, pierwszy występ i wejście w bogaty, choć niełatwy świat współczesnej polskiej poezji.

Po Symetrii czytałam wiersze z wcześniejszego Marlewa (1994), najintymniejszej, najbardziej osobistej książki Sośnickiego, z ulubionymi wierszami, jak Zimą, na trzy godziny przed świtem:

Zimą, na trzy godziny przed świtem

nawołują się na przedmieściach

jak wilki, pociągi z nocą

opuszczoną do połowy masztu.

Okna domu naszego tak nisko,

otwarte okiennice i wiatr

lekko uderza o ścianę
skrzydłami z pogiętej blachy (…)”.

Nadal bardzo lubię ten opisany w Marlewie dom. Dom otoczony zdziczałym ogrodem, wilgotny, zalatujący pleśnią, trochę zagrzybiały, ogrzewany piecem i ciepłem ludzkich ciał. Z chęcią schowałabym się w nim i przeczekała do jakiejś wiosny. Dźwięk pociągu „z nocą / opuszczoną do połowy masztu” był i nadal jest swojski, swojsko smutny. Wracam do dawnego smutku i znajduję w nim ukojenie.

Pisano o Sośnickim, że z biegiem czasu jego wiersze stają się coraz bardziej abstrakcyjne, mniej osobiste, a bardziej filozoficzne. To zależy od tego, jak definiujemy to, co osobiste, bo przecież także myśl bywa wyrazem jakiejś udręki czy obsesji, nigdy nie jest wyzuta z emocji, nigdy odcieleśniona.

###banner###

Jeszcze lepsito wiersz z pozoru oschły i ironiczny. Ale lodowaty, prosty język relacjonuje…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Którędy do snu?