Subskrybuj
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Szara godzina

W czasach świec i lamp naftowych to był ten moment, w którym było jeszcze na tyle jasno, by ich wszystkich nie zapalać, ale już na tyle ciemno, by właściwie nic nie dało się zrobić. Można było tylko usiąść i poczekać, aż noc zdecyduje się nadejść.

Jechaliśmy z tego Krosna, kończył się świat, a  oni ciągle gadali. Jakbyśmy nie mogli po prostu w milczeniu sobie w tym pobyć. Nie wiem dlaczego, ale zawsze mam na tej trasie do Rzeszowa tak, że mi się przypomina Dukla Stasiuka. Tamtego wieczora słońce już się schowało i wszystko zrobiło się stalowoszare. Kusiło mnie, by wyciągnąć aparat, ale wiedziałem, że w tych warunkach nie ma nawet szans, by poradził sobie z cieniami. Gdybym tylko zrobił zdjęcie, one rozlałyby się po nim jak czarna woda. Jechaliśmy więc, oni pletli, a ja patrzyłem na jesienne ogniska przy domach i na okna, w których zapalały się światła. Ludzie tam pewnie siadali do kolacji. I znowu było prawie tak, jak chciałem, żeby było. Tyle że oni ciągle gadali.

A to była przecież szara godzina. Wraz z nastaniem elektryczności straciliśmy ją bezpowrotnie.

W czasach świec i lamp naftowych to był ten moment, w którym było jeszcze na tyle jasno, by ich wszystkich nie zapalać (z oszczędności), ale już na tyle ciemno, by właściwie nic nie dało się zrobić. Można było tylko usiąść i poczekać, aż noc zdecyduje się nadejść. Jeśli się wtedy cokolwiek mówiło, to o sprawach, dla których taki zmierzch był najlepszą porą. Idealizuję, rzecz jasna, ale w tym 24/7, w którym dziś żyjemy, takie idealizacje są czasem potrzebne.

Bo nie umiem zliczyć tych razów, kiedy szara godzina ratowała mi skórę. Tak jak nie umiem policzyć tych momentów, kiedy ją przeoczyłem albo ktoś mi ją ukradł i miałem potem poczucie ogromnej straty. Tak było w tym aucie wiozącym mnie z Krosna. Gdy wysiadłem pod moim hotelem w Rzeszowie, musiałem wsiąść na czekający tam na mnie rower i pojeździć po pustym mieście. Niewiele to dało. Kilka dni później znów rozbolały mnie oczy. To było koło Olkusza, złapał mnie tam jakiś dziki głód, musiałem też dać odpocząć nogom. Przez cały dzień wlokłem się przez identyczne wioski sklecone z takich samych domów. Tak już jest wszędzie, nie ma żadnej różnicy. Gdybym tylko dał radę, mógłbym jechać ze wschodu na zachód i poza bólem łydek nie zauważyłbym, że przejechałem, dajmy na to, 600 km – z zachodniego Pomorza gdzieś pod Kraków. Wszędzie jest jednakowo. Dookoła nie było niczego poza tą…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zniszczyć patriarchat w sobie