Subskrybuj

„Święta wojna”. Żydzi i piłka nożna

Syjonizm potrzebował bohaterów grających z gwiazdą Dawida na piersi. Innym środowiskom sportowe sukcesy nie były aż tak potrzebne. Mecze Makkabi, którym towarzyszyły narodowe symbole i spójna ideologia dla Żydów, stanowiły istotne narzędzie celebrowania narodowej tożsamości.

W pierwszej połowie XX w. Żydzi pokochali piłkę nożną, która w całej Europie stawała się wówczas najchętniej uprawianą i oglądaną dyscypliną sportu. Była znakiem nowych czasów: odpowiedzią na procesy urbanizacji i industrializacji oraz wyznacznikiem wspólnotowych tożsamości klasowych, terytorialnych lub narodowych.

Na ziemiach polskich życie sportowe rozwijało się najdynamiczniej na terenie zaboru austriackiego, którego mieszkańcy cieszyli się zdecydowanie większymi swobodami niż obywatele zaborów pruskiego i rosyjskiego. Nieprzypadkowo zatem to właśnie w Galicji powstały pierwsze zorganizowane kluby piłkarskie, włącznie z najstarszymi, istniejącymi do dziś – Wisłą i Cracovią1. Z liberalnych uprawnień mogli korzystać także przedstawiciele mniejszości, w tym przede wszystkim Żydzi, którzy licznie zamieszkiwali przedwojenny Kraków.

Czym była dla nich piłka nożna? Na to pytanie odpowiedzieć można na wiele sposobów – językiem wielkich idei i społecznych przemian, można też inaczej: z perspektywy ludzi i ich pasji. Jedną z nich jest opowieść o Romanie Wohlfeilerze – znanym piłkarzu Makkabi i pierwszym żydowskim zawodniku w historii krakowskiej Wisły.

„Muskularny Judaizm”

Wielu Żydów wierzyło, że sukcesy na polu sportowym pomogą zwalczyć w Polsce antysemityzm. Przekonanie to stało się popularne zwłaszcza w kręgach rodzącego się na przełomie XIX i XX w. syjonizmu – ruchu społeczno- -politycznego, który dążył do odtworzenia żydowskiego państwa na terenie starożytnego Izraela. W sierpniu 1898 r., w czasie II Kongresu Syjonistycznego w Bazylei, Max Nordau – jeden z twórców ideologii – przedstawił koncepcję „muskularnego judaizmu”. Sport miał zahartować ciała i umysły Żydów, wzmocnić narodową dumę, a zwycięstwa zapewnić szacunek gojów. „Muskularny judaizm” miał być drogą do stworzenia silnego narodu, zdolnego do udźwignięcia ciężaru budowy wymarzonego państwa w przyszłości2.

W tym czasie mieszkańcy różnych europejskich krajów wstępowali do pierwszych sportowych organizacji. Niektóre z klubów miały charakter elitarny, inne były otwarte dla przedstawicieli mniejszości. Do tych drugich chętnie przystępowali Żydzi. Nie zawsze jednak witani z sympatią, zaczęli zakładać własne sportowe kluby i stowarzyszenia3.

Wbrew stereotypom, Żydzi okazali się równie utalentowanymi sportowcami co przedstawiciele innych narodów, a ich wkład w rozwój polskiego sportu jest bezsprzeczny. Znamienny przykład stanowią dzieje reprezentacji Polski w piłce nożnej. Autorem pierwszej bramki dla biało-czerwonych był Józef Klotz – obrońca krakowskiej Jutrzenki. Żydem był też pierwszy pechowy strzelec samobójczego gola – architekt z zawodu – Ludwik Gintel, przez większość kariery reprezentujący barwy Cracovii4. Jedną z większych gwiazd drużyny narodowej w międzywojniu był z kolei Leon Sperling. Pisano o nim: „maleńki lewoskrzydłowy Sperling, wołany »Muniu«, umiejący tak sprytnie wymanewrować dryblingiem przeciwników, że cała widownia rechotała ze śmiechu”5. Pierwszym trenerem naszej reprezentacji narodowej był także Żyd – Józef Lustgarten – wieloletni piłkarz i działacz Cracovii, pomysłodawca nazwy klubu i szanowany piłkarski sędzia.

Piłka nożna stała się najważniejszym sportem dla propagatorów koncepcji „muskularnego judaizmu”. Jako aktywność nieelitarna, tania i łatwo dostępna doskonale spełniała główną ideę Maxa Nordau, czyli zainteresowania jak największej liczby młodych ludzi (także tych ze środowisk robotniczych i konserwatywnych) aktywnością fizyczną. Dawała także możliwość zbicia kapitału politycznego różnym środowiskom i wzmocnienia więzi wewnątrz określonych grup. Było to nie bez znaczenia w kontekście silnego upartyjnienia rzeczywistości społeczno- politycznej międzywojennego Krakowa.

„Victoria”

Zanim jednak młodzi ludzie trafili do profesjonalnych klubów sportowych, nie potrzebowali organizacyjnego wsparcia, bramek ani nawet prawdziwej piłki. Kopali bowiem „szmaciankę”. Do rozegrania meczu wystarczało ciasne podwórko. Na jednym z nich na krakowskim Kazimierzu przygodę z piłką zaczął Roman Wohlfeiler.

„Urodziłam się w rodzinie żydowskiej – tradycyjnej i zarazem postępowej”6 – tak w książce Aleksandra Skotnickiego opowieść o swojej rodzinie zaczyna Eugenia Manor, siostra Romana Wohlfeilera, dziś 88-letnia mieszkanka Beer Szewy. Jej brat przyszedł na świat w 1918 r. Do wybuchu wojny Wohlfeilerowie byli poważaną i dobrze sytuowaną rodziną. Chaja Helena i Kalaman Wohlfeiler przez cały okres dwudziestolecia między-wojennego prowadzili sklep owocowo-warzywny, który znajdował się przy ul. Starowiślnej 18. Mieszkanie Wohlfeilerów mieściło się zaś w centrum miasta – na Zyblikiewicza 15. Ojciec rodzeństwa trudnił się także malowaniem szyldów pismem gotyckim. Społeczność żydowska znała go jako kantora i dyrygenta w Synagodze Wysokiej.

###banner###

Dla Romana od dziecka najważniejsza była jednak piłka. Na Kazimierzu przy ul. Sebastiana 32 mieszkał jego bezdzietny wujek. Romek odwiedzał go niemal codziennie – wspomina Józef Bosak, obecnie 94-letni mieszkaniec Tel Awiwu, członek znanej przed wojną rodziny żydowskiej, z której okupację przeżyło zaledwie kilka osób. Bosak doskonale pamięta podwórko. Od strony Starowiślnej było zarośnięte trawą, z każdej strony otaczał je niewysoki murek, a na nim widniał napis „Victoria” – nazwa klubu. „W klubie było ośmiu, może dziesięciu chłopców, głównie z Sebastiana i Berka Joselewicza, ale też ze Starowiślnej. Głównie żydowscy chłopcy, ale grało z nami też dwóch może trzech Polaków”. Poza piłką – która była kłopotliwa dla mieszkających na parterze lokatorów kamienicy – bawili się też w Indian. „Na murku siedział »chief«, każdy miał swój przydomek np. »Bawole Czoło«, »Chytry Lis«, »Dzika Pantera«, robiliśmy wszystko, co wyczytaliśmy u Karola Maya”7 – wspomina.

Wejście na stadion było stosunkowo dużym wydatkiem, dlatego trzeba było szukać sposobów na ominięcie kas biletowych. Józef Bosak opowiada: „Chodziliśmy też na mecze. Najpierw na Olszę. Żeby coś zobaczyć, siedzieliśmy na wałach. Nie było żadnego problemu, by mecz obejrzeć za darmo. Co do Makkabi, to był taki drewniany parkan. Wydłubywaliśmy »kozikiem« dziurę na mniej więcej 2 cm i tak się oglądało. Na Wisłę chodziliśmy latem. Dookoła stadionu rosły drzewa, na które się wspinaliśmy. Byliśmy wtedy pędrakami, więc nieraz się zdarzało, że przyszedł ktoś silniejszy i nas z tych dobrych miejsc zrzucał. A na Cracovii nie dało się nic wykombinować, więc kiedy przechodził ktoś dorosły, to się prosiło: »Panie, weź mnie«. To byli często murarze, którzy przychodzili na stadion po niedzielnej modlitwie. Oni do bileciarza mrugali i mówili z uśmiechem »To mój syn«. Jak tylko przeszliśmy przez bramę, to prędko biegliśmy zająć miejsce na górze stadionu”.

Zanim spełniły się marzenia o wielkiej karierze, Romek wraz z kolegami rozgrywali mecze pod szyldem „Victorii”. Grali z drużynami z innych ulic. Swój skład miała Brzozowa, Berka Joselewicza i Miodowa. Mecze rozgrywano „na tzw. czarnym polu, po drugiej stronie Starowiślnej, za wałami kolejowymi, pomiędzy murem cmentarnym a parkanem Olszy” – opowiada Bosak. Bramki robiono z dwóch kamieni lub szkolnych tornistrów, które należały do „zalabistów”. „Labas to była szkoła i ci, którzy zamiast iść do szkoły, szli z teczkami grać w piłkę, to byli zalabiści. Miałem jednego kolegę, któremu ukradli raz teczkę z bramki, nie wiem, co on powiedział w domu” – śmieje się.

„Zalabistą” był Roman Wohlfeiler. Jego ojciec nieraz chodził do szkoły tłumaczyć zaległości syna w nauce. „W głowie miał tylko sport. Często uciekał ze szkoły na boisko Makkabi lub pograć w ping-ponga do klubu Hakoah, na róg Sebastiana i Miodowej” – opowiada Eugenia Manor. Dodaje, że Roman nieraz usłyszał w domu, że sport to nie przyszłość, że najważniejsze jest wykształcenie. Kalaman Wohlfeiler chciał przekonać syna do muzyki i kazał mu grać na skrzypcach. „Poddał się, gdy ten pięć razy z rzędu złamał smyczek”8 – ze śmiechem przytacza rodzinną anegdotę córka Romana Mira Sagi.

Podobne dylematy były z pewnością udziałem wielu żydowskich rodzin. W kręgach ortodoksyjnych wykształcono bowiem specyficzny model kulturowy mężczyzny. Żyd swój wolny czas miał spędzać na studiowaniu Tory i Talmudu. Za bezbożne uchodziło wszystko, co mogło go od tego oderwać. Rodzina Wohlfeilerów nie przynależała do społeczności ortodoksyjnej, pielęgnowała jednak żydowską tradycję. Pamięta to Yehuda Maimon, dziś 90-letni mieszkaniec Tel Awiwu, który jako dziecko chodził do tej samej synagogi co Wohlfeilerowie. Ich rodziny były blisko zaprzyjaźnione. „Poza rodziną całe życie kręciło się wokół synagogi. W sobotę modliliśmy się rano i wieczorem. W przerwach był jakiś mały posiłek, wódeczka, po prostu towarzyskie spotkanie w gronie przyjaciół. Romek był bardzo daleki od pobożności, chodził dla ojca. Do pewnego momentu regularnie, potem zaczął się bojkot, mecze grano przecież głównie w soboty”9.

Futbol a polityka

W dwudziestoleciu międzywojennym społeczność żydowską Krakowa charakteryzowało niezwykłe zróżnicowanie. Pełne podziałów było zwłaszcza życie polityczne. „Walki toczyły się między fanatycznymi w swej zawziętości klerykalnymi chasydami (dziś powiedzielibyśmy: fundamentalistami), syjonistami, asymilantami, komunistami, socjalistami, socjalistycznymi syjonistami i syjonistycznymi socjalistami, a nawet syjonistycznymi komunistami, liczba kombinacji była niezmierna” – wspomina Henryk Vogler w książce Wyznanie mojżeszowe. Wspomnienia z utraconego czasu (s. 15). Owa różnorodność odbijała się także w świecie futbolu, czyniąc z niego trafną metaforę antagonizmów dzielących żydowską mniejszość. Przed wojną w rozgrywkach Polskiego Związku Piłki Nożnej zagrało w sumie ok. 20 żydowskich drużyn z Krakowa10. Żydowskie kluby związane były z różnymi środowiskami, stało za nimi różne społeczno-ekonomiczne zaplecze. Większość z nich znajdowała się w trudnym położeniu. Niektóre nie posiadały nawet własnego boiska, rozgrywając mecze na obiekcie Olszy. „No to chodźmy, panowie, na tę świętą wojnę” – rzucił raz, przed derbowym meczem z Wisłą, obrońca Cracovii Ludwik Gintel. Od lat 20. ubiegłego stulecia określenie to funkcjonuje do dziś. Mało kto pamięta, że historia „świętej wojny” jest dłuższa, a jej pierwotny kontekst zupełnie inny od współczesnego. Dotyczył on rywalizacji dwóch drużyn żydowskich – Jutrzenki i Makkabi11. „Rety Kasza olaboga, / gdzie tu ręka gdzie tu noga, / gdy Jutrzenka gra z Makkabi, / Żydek Żydka srogo dłabi”12 – rymowano ponoć, gdy zespoły stawały naprzeciw siebie. Oba kluby prezentowały wysoki i wyrównany poziom, grały w Klasie A – najwyższej lidze okręgowej. Nie to było jednak główną przyczyną animozji. Te miały zdecydowanie bardziej społeczno- -polityczny niż sportowy charakter. Założone w 1909 r. Makkabi było instytucją syjonistyczną. Zawodnicy klubu ubierali się w biało-niebieskie barwy narodowe, ich herb dumnie ozdabiała gwiazda Dawida. Nazwa nawiązywała natomiast do wodzów bohaterskich powstańców, którzy walczyli przeciwko starożytnym Grekom i Rzymianom. Boisko stanowiło jedno z ważniejszych ośrodków żydowskiego życia. „W święta państwowe i żydowskie święto Lag Be’Omer (w 18. dniu miesiąca Iyar) orkiestra hebrajskiego gimnazjum (…), poprzedzona biało-niebieskim sztandarem, szła pochodem na boisko, gdzie odbywały się popisy gimnastyczne i zawody sportowe uczniów i uczennic” – opisuje w książce Co o mnie i o Tobie Polsko… Rafael F. Sharf (s. 240). Z kolei w gronie założycieli Jutrzenki (powstała rok po Makkabi) znalazła się głównie młodzież pochodzenia robotniczego i zwolennicy asymilacji. W późniejszych latach w klubie doszło do głosu stronnictwo polityczne Bund – żydowska socjalistyczna, antysyjonistyczna partia polityczna, istniejąca w latach 1897‒1948 na terenie różnych państw europejskich. Boisko Jutrzenki znajdowało się tuż przy Błoniach Krakowskich (w okolicach dzisiejszego stadionu Wisły). Efektowny jak na tamte czasy obiekt mógł pomieścić 4 tys. widzów. Stadion Makkabi znajdował się natomiast przy brzegu Wisły, na granicy dzielnicy żydowskiej przy ul. Koletek i Dietla (dzisiejszy Klub Sportowy Nadwiślan). Klub był dobrze prosperującą organizacją. Przedstawiciele najbogatszej warstwy żydowskiej społeczności – lekarze, prawnicy, przedsiębiorcy – hojnie zasilali jego kasę. Podziały były na tyle znaczące, że Makkabi i Jutrzenka nie miały oporów, by w walce przeciwko sobie zawierać sojusze z polskimi drużynami. Jutrzenka sympatyzowała z Cracovią. Przed wojną Cracovia, jako klub demokratyczny, nie stawiała nowym członkom barier natury narodowościowej, religijnej ani klasowej. Z tego powodu cieszyła się popularnością głównie w środowiskach lewicowych i wśród przedstawicieli mniejszości. „Zrozumiałe, że wśród dzieciarni i młodzieży żydowskiej, a także – jeżeli chodzi o starszych – mniej lub bardziej lewicujących, Cracovia cieszyła się specjalną sympatią jako klub, który przyjmował w swoje szeregi każdego chętnego, bez żadnych ograniczeń wyznaniowych czy narodowościowych”13 – opisywał Henryk Vogler. Inaczej było w Wiśle, do której w latach międzywojennych przynależeć mogli tylko Polacy. To właśnie z tamtych czasów pochodzi opinia – do dziś wykrzykiwana na stadionie Wisły i „zdobiąca” mury osiedlowych bloków – że Cracovia to klub żydowski. W dwudziestoleciu międzywojennym stosunki pomiędzy klubami charakteryzowała większa złożoność. Nie do końca można mówić o prostym podziale na wspierającą Żydów Cracovię i wrogo nastawioną Wisłę. Gdy na jednym z walnych zebrań Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej (KOZPN) Jutrzenka została zaatakowana…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wolność od/do religii