Kim byli Żydzi wracający do Kielc po wojnie?
To byli rozbitkowie wydobywający się de profundis, z nor, strychów i obozów. Obdarci i wycieńczeni. Mam przed sobą protokoły oględzin zwłok ofiar pogromu kieleckiego. „Zwłoki płci męskiej, odżywienia miernego, długość 155 cm, z wyglądu około 25 lat”. „Zwłoki płci żeńskiej, odżywienia miernego, długości 153 cm, z wyglądu około 15–16 lat”. To są typowe opisy. A zaraz obok: „Na lewym przedramieniu tatuaż: B-1119”, „A-16416”, „A-61910”. „A” jak Auschwitz, „B” jak Bergen-Belsen, taki jest ten alfabet. Inną kategorię stanowili repatrianci z Rosji, z Syberii, czasem aż z Republiki Komi. Kolejną – żołnierze, którzy przyszli z „wojskiem Żymierskiego”, jak je wówczas określano. Wśród zamordowanych w Kielcach jest ich co najmniej trzech. Dwaj z nich, ppor. Abraham Wajnryb i sierż. Szmul Karp, byli żołnierzami dywizji kościuszkowskiej, uczestnikami bitew pod Lenino, Warszawą i Kołobrzegiem. Obaj zamieszkiwali na ul. Planty 7, gdzie miał miejsce pogrom. Trzeci, też bardzo zasłużony, por. Icchak Prajs, parę dni wcześniej przyjechał do Kielc. Był synem właścicieli Hotelu Polskiego. Nie zabito go na Plantach 7, ale na ul. Sienkiewicza, niedaleko dworca. Był w mundurze obwieszonym orderami, więc ludzie wiedzieli, że to frontowiec. Świadkowie widzieli tę scenę z okien.
Trudno nam sobie wyobrazić, co czuli powracający Żydzi. Często też, wychowani w duchu polityki historycznej, wcale nie jesteśmy tego ciekawi. Sądzimy, że wystarczy wiedzieć o „Żydach w UB”, które zabijało „naszych bohaterów”. Idealizujemy tych ostatnich, a dewaluujemy pierwszych. Nasza wiedza jest sformatowana przez rewolucję antykomunistyczną 1989 r., od której rozpoczęła się nasza epoka. Można zrozumieć, dlaczego antykomunizm wciąż milcząco definiuje nasz horyzont poznawczy, ale trzeba też uświadomić sobie, że jako format myślowy jest on szkodliwy i poznawczo, i moralnie. Bo kategorie „czarnej księgi komunizmu” przeszkadzają zrozumieć pierwszą powojenną dekadę, którą postrzegamy jako budującą historię o „żołnierzach wyklętych”, podczas gdy była ona dramatem społecznym. Tym bardziej nie potrafimy sobie wyobrazić ludzi, dla których komuniści byli nie tylko wyzwolicielami, ale wręcz zbawicielami. W jednej ze swoich książek Henryk Grynberg opisuje scenę, gdy wychodzą z matką z ziemianki, w której się ukrywali, i na zielonej trawie widzą żołnierza radzieckiego z czerwoną gwiazdą na czapce. Ten niesamowity, nieomal soteriologiczny symbol – zieleń trawy w połączeniu z czerwoną gwiazdą – dla wielu Polaków jest wręcz obraźliwy. A to po prostu obraz doświadczenia człowieka, który przeżył wojnę w innych warunkach niż Polacy nieżydowscy. O ile w ogóle ją przeżył.
Żołnierz radziecki nie tylko przez Żydów był postrzegany jako wyzwoliciel.
Oczywiście. W wielu miastach, choćby w Łodzi, żołnierze radzieccy byli entuzjastycznie witani. Owszem, towarzyszył im strach, że gwałcą i kradną, ale była też ulga, że wypędzili Niemców, że przynoszą jakąś zmianę, szansę. Ludzie chcieli w to wierzyć. W książce Portret społeczny pogromu kieleckiego, nad którą pracuję, przypominam tamte nadzieje. Wkrótce zostały one zawiedzione, ale to nie znaczy, że ich nie było. Powojnie było udręką. Życie na wsi było udręką. Szalały bandy – nie mówię o oddziałach zorganizowanych, które przynajmniej dbały o pozory walki – mówię o prawdziwych bandach, takich jak ta, która na wiosnę 1946 r. zgwałciła i zastrzeliła panią Wasilewską z Trzciannego, Sprawiedliwą, a następnie przez lata prześladowała jej rodzinę. Przed tymi ludźmi broniono się, wchodząc w sieć nowej władzy.
Nasza czarno-biała wiedza nie potrafi zasymilować wizji opisywanej przez powojenne źródła, według których historia – czujemy to niemal fizycznie – mogła potoczyć się jeszcze inaczej.
Proszę posłuchać takiego fragmentu: „Znaczenie polityczne PPR na tym terenie określił najlepiej instruktor PPR Starewicz, mówiąc 28 grudnia [1945 r.] na zebraniu egzekutywy: »musimy sobie jasno zdać sprawę z tego, że wybory już przegraliśmy. Pokutować musimy za nasze błędy początkowej polityki PPR oraz za mylne nasze stanowisko do AK. W związku z tym należy się przygotować do przejścia w konspirację. Rola nasza, nasza aktywność i znaczenie musi osłabnąć«”. Jest to obraz Polskiej Partii Robotniczej w meldunku zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, nie ma powodu kwestionować jego prawdomówności. PPR, która schodzi do konspiracji! Komuniści byli słabi, przegrywali. W to jest nam najtrudniej uwierzyć.
Z czego wynikała słabość tej władzy?
Z braku faktycznego poparcia dla ideologii, przy jednoczesnym masowym wchodzeniu Polaków w struktury władzy komunistycznej. Na poziomie mikrohistorycznym widać to przy analizie obsady posterunków Milicji Obywatelskiej w regionie kieleckim. W nienaruszonym stanie zachowały się książki zwolnień, z których wynika, że właściwie całe kieleckie zapisało się do milicji. Z tych list wyłowiłam najpierw znane mi z badań prowadzonych do Okrzyków pogromowych nazwiska partyzantów, którzy zabijali Żydów w czasie wojny. Ale oprócz nich są tam praktycznie całe wioski! Niech nikt nie wierzy, że wszystkich tych ludzi wysłano do MO na przeszpiegi lub że w Urzędzie Bezpieczeństwa pracowali jako gońcy i kucharki. Chodziło o przetrwanie i kontrolę, o sorty mundurowe, opał i stołówkę, często też dla rodziny. Ludzie, którzy obsadzali posterunki w Kielcach, Jędrzejowie, Sandomierzu, Rytwianach, Busku – nie zawsze robili to jako komuniści. Nie zapisywali się do PPR. Z reguły – zastępczo – wstępowali do Polskiej Partii Socjalistycznej albo też – „będąc poglądów ludowych” – pozostawali bezpartyjni. Chodziło o to, żeby mieć kontrolę nad tym, co się dzieje w okolicy, bronić krewnych, „mieć dostęp”, „coś urwać”, „zrobić interes”. Ta władza dopiero później sformatowała się jako komunistyczna. Lata 1945–1946 to jeszcze okres mgławicy – nie było wiadomo, co z niej wyniknie. Nie wiedziała tego również sama władza, tolerująca w swoich szeregach ludzi, którzy chwilę wcześniej ujawnili się jako akowcy, nawet wysokiego szczebla. Dopiero 1 sierpnia 1946 r., a więc trzy, cztery tygodnie po pogromie kieleckim, wydano rozkaz nr 182 o skrupulatnej weryfikacji MO.
Jak to się ma do pogromu kieleckiego?
Historia pogromu rozpoczyna się od obsady kieleckiej milicji przez ludzi, w których wyobrażeniu doskonale mieściło się porywanie przez Żydów dzieci „na macę” czy też, w zmodernizowanym wątku legendy o krwi, „na transfuzje”. Zauważmy: nie byli to wcale tzw. ludzie prości. Urzędnik, który uruchomił maszynę pogromową, Stefan Sędek, pochodzący z rodziny endeckiej, skończył przed wojną kurs prawa na Uniwersytecie Warszawskim i zdobył doświadczenie w Żandarmerii Wojskowej II Rzeczypospolitej. Jesienią 1945 r. został zastępcą kierownika Brygady Śledczej kieleckiego komisariatu, w którym ojciec Henia Błaszczyka złożył najpierw meldunek o zaginięciu, a następnie o odnalezieniu się syna, rzekomo porwanego przez Żydów. Nie wiadomo, na ile można wierzyć zeznaniom bp. Czesława Kaczmarka, który w okresie swego procesu w latach 50. obciążał Sędka, że przed wojną był członkiem „bojówek, prowadzących kampanię antyżydowską”. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że to właśnie decyzja Sędka o wysłaniu patrolu na Planty w celu dokonania rewizji w domu Komitetu Żydowskiego uruchomiła lawinę zdarzeń, znaną jako pogrom kielecki.
Sędek nie był jedyną postacią, w której obecność w kieleckiej MO w roku 1945 trudno nam dziś uwierzyć. Na jej czele stoi Wiktor Kuźnicki, o którym wiedziano, że „woli akowców niż pepeerowców”, i wcale się tego nie wstydzi. Od początku rywalizował on z ponurym szefem UB Władysławem Sobczyńskim o to, który z nich jest lepszym komunistą i patriotą. Za Sobczyńskim stała przeszłość w NKWD, za Kuźnickim wojna domowa w Hiszpanii. Obaj walczyli o „Polskę bez Żydów”, ale tylko ten drugi głosił to publicznie. W swoim gabinecie Sobczyński z rozmysłem pozwalał sobie na stwierdzenie, że w „UB siedzą sami Żydzi”, a na konferencji szefów MO ogłosił, że „jeśli ma być Polska bolszewicko-żydowska, to niech będzie lepiej NSZ-owska”. Prawie natychmiast, zresztą nie tylko za sprawą Sobczyńskiego, opinie te trafiają do centrali w Warszawie. Która jednak wcale nie reaguje, Kuźnicki nie dostaje nawet nagany. Wprawdzie kadry Komendy Głównej nie zgodzą się na oficjalne mianowanie proponowanych przez niego ludzi, wprawdzie jednego z nich przezwą nawet „starym żandarmem, dwójkarzem i faszystą”, ale na tym koniec. Brak mianowania w niczym nie przeszkodzi Kuźnickiemu zatrudnić swoich kandydatów w Komendzie Wojewódzkiej. I tak w ścisłym dowództwie kieleckiej milicji pojawia się ppor. dr Tadeusz Majewski, „który przez 3 miesiące przebywał w więzieniu PUBP w Częstochowie, jako podejrzany o NSZ, zwolniony z braku dowodów”, oraz wspomniany „dwójkarz i żandarm” Stefan Dobroczyński, teraz Szef Wydziału Śledczego KW MO. Dobroczyński, który tuż przed zatrudnieniem ujawnił się jako major AK, faktycznie był przed wojną zawodowym oficerem policji. Jeśli dodamy do tego, że stanowisko kwatermistrzowskie w Komendzie Wojewódzkiej Kielc obejmuje kpt. Antoni Jarosz, który utracił rękę, „jak robił zasadzkę na rodzinę narodowości żydowskiej” (o czym pisałam w Okrzykach pogromowych, cytując wstrząsającą relację Zelmana Bauma), obraz stanie się w miarę kompletny.
Wygląda na to, że władzę tworzyli reprezentanci polskiego społeczeństwa. Tymczasem naszą świadomością wciąż rządzi stereotyp „żydokomuny”.
To byli mieszkańcy Kielecczyzny, wśród których byli też Żydzi – polscy obywatele, którym władza komunistyczna pozwoliła wierzyć w równouprawnienie, znosząc bariery w zatrudnieniu, otwierając dla nich urzędy państwowe. Oczywiście oni też wchodzili w obręb tej władzy, ale iluż ich było w porównaniu z Polakami nieżydowskimi, którzy zasilili kieleckie MO i UB? Właśnie przed tą oczywistością bronimy się za pomocą kategorii „nadreprezentacji Żydów” we władzach. Posługiwanie się nią podwójnie nas kompromituje. Albowiem po pierwsze, oznacza, że milcząco aprobujemy logikę numerus clausus (lub nullus), a więc kwot dla poszczególnych grup etnicznych, kwot, które mimo protestów części społeczeństwa rozpowszechniły się w kraju w okresie międzywojennym. Po drugie, zakładamy narodową, a nie obywatelską koncepcję wspólnoty polskiej. Obie te rzeczy są nie do zaakceptowania w społeczeństwie demokratycznym, i to właśnie chciały zmienić władze Polski lubelskiej. Na to też czekali Żydzi. Pierwszym szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego został żydowski Polak Adam Kornecki, ale pochodzenie wytknięto mu już w październiku 1945 r. i aby nie drażnić – „schowano go”, zastępując antysemitą Sobczyńskim, za którego rządów zdarzył się pogrom. Wyliczanie proporcji we władzach kieleckich zasłania istotę rzeczy: masowy akces Polaków do komunizmu i zawiść, jaką wzbudzali Żydzi, którzy zajęli stanowiska.
Czy wśród mieszkańców Plant 7, ofiar pogromu, byli pracownicy UB?
Według wszelkiego prawdopodobieństwa – mówię to na podstawie znanych mi relacji ocalałych i źródeł zastanych – nie było tam ani jednej takiej osoby. Zresztą bezpieka miała własne mieszkania przy ul. Focha, dziś Paderewskiego.
Owszem, na Plantach mieszkał wspomniany już sierż. Szmul Karp, który był komunistą z Bytomia. Komuniści Żydzi nie bardzo lubili się z syjonistami, którzy w odróżnieniu od nich chcieli jak najszybciej wyjechać do Palestyny. Karp zapewne należał do kieleckiego PPR-u. Wspomina go Jechiel Alpert, przewodniczący syjonistycznego Ichudu na Plantach 7, który złożył dla Yad Vashem szczegółową relację dotyczącą przebiegu pogromu, spisaną przez Idę Fink: „Kilka miesięcy przedtem [przed pogromem] odbyła się akademia żałobna w rocznicę powstania w getcie warszawskim. Została ona zorganizowana pod naciskiem wojewódzkiego komitetu PPR, względnie pracowników tego komitetu, Żydów – jednym z nich był Karp, który potem zginął. Akademia odbyła się w budynku przy Plantach 7, prezydium – pamiętam – było liczniejsze od publiczności. Byli przedstawiciele partii i władz i przedstawiciele fabryk. Każdy z nich przemawiał, to znaczy przeważnie przemawiali Polacy, z Żydów przemawiałem tylko ja. Ten przedstawiciel Huty Ludwików, kiedy przemawiał, twierdził, że Żydzi powinni teraz zostać w kraju i pomóc w odbudowie zniszczonej Polski, nie powinni patrzeć z daleka, bo to jest ich kraj, ich ojczyzna. I ci sami robotnicy później brali udział w pogromie”.
Na Plantach mieszkała też Helena Kiraga, nosząca takie samo nazwisko jak naczelnik IV Wydziału WUBP w Kielcach. Ale gdybyśmy na podstawie podobieństwa nazwisk mieli wnioskować o zatrudnieniu, to enkawudzista Sobczyński miałby coś wspólnego z ks. Sobczyńskim, zaufanym kapłanem bp. Kaczmarka. A nie ma.
Można sobie wyobrazić, że Żydzi, którzy przeżyli Zagładę, powinni być traktowani w specjalny sposób, jako wymagający szczególnej opieki. Panowała natomiast zupełnie inna atmosfera. Część polskiego społeczeństwa nie była zadowolona, że się uratowali.
Atmosferę społeczną, jaką zastawali Żydzi, którzy przeżyli wojnę, można by w najlepszym razie opisać jako obojętność lub lęk, że trzeba będzie zwrócić „pożydowskie”. W gorszym – jako otwartą wrogość. Ewa Szuchman, sekretarka zabitego Seweryna Kahane, przewodniczącego Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji Historycznej, wspominała: „Gdy szliśmy coś kupić na bazar, wtedy mówiono: »Co to, żyjesz? Co to, zostałaś?«. W takiej formie. Nikt nie był szczęśliwy, że tam mieszkaliśmy”.
Na prowincji było jeszcze gorzej. W książce Mój obcy kraj? Michał Rudawski wspomina żołnierza Borucha Mehla, który w II połowie 1944 r. widział, jak szkolni koledzy zabijają jego rodzinę, a po przejściu frontu zostają szefami okolicznych posterunków MO. Pisze też o zaoranym przez sąsiadów kirkucie w Przytocznie. „Po tym jak Żydów stąd, z Łusobyk i okolicy, Niemcy wywieźli, nie było już kogo tam chować. Szkoda przecież, żeby ziemia się marnowała” – tłumaczono mu później.
Przyczyny tego stanu rzeczy można by sklasyfikować, kojarząc je emblematycznie z dwiema książkami. Pierwszą jest Strach Jana Tomasz Grossa, drugą Wielka trwoga Marcina Zaremby. Pierwsza mówi o strachu żydowskim, druga o polskim.
Czego się bali Żydzi?Bali się legendy o krwi, a właściwie śmiercionośnego polskiego strachu przed nią. To mit oparty na tradycji, którą w Europie znamy od roku 1144 (w angielskim Norwich znaleziono wtedy ciało młodzieńca, o zabójstwo którego dobre parę lat później oskarżono Żydów). Wśród relacji uratowanych z pogromu znalazłam opis, w którym pewien Żyd, jeszcze w pasiaku, odwiedza w Kielcach Polaka, u którego na początku wojny zostawił część swoich rzeczy. I ten człowiek się nim bardzo serdecznie zajmuje, przygotowuje dla niego kąpiel, gości go przez tydzień, jest jego bratem. Ale nie przychodzi z ofertą pomocy w chwili pogromu. Tłumaczy, że akurat tego dnia zaginęła jego córka Wandeczka i „był w strachu, że Żydzi ją zabili”. Inny Żyd, który odzyskał fabrykę kafli, zostaje z kolei ocalony z pogromu dzięki temu, że robotnik z tej fabryki ukrył go na strychu. Ale córka tego robotnika, osoba z wyższym wykształceniem, nie daje sobie wytłumaczyć, że Żydzi nie porywają dzieci, jak…