Subskrybuj
Pisarz i fotograf. Autor cykli reporterskich oraz książek tłumaczonych na angielski, niemiecki, rosyjski i węgierski. Współtwórca festiwalu literackiego MiedziankaFest. Razem z Julią Fiedorczuk założył Szkołę Ekopoetyki przy Instytucie Reportażu. Ostatnio opublikował Dwunaste: Nie myśl, że...

Ziemisty

Jak miejscowość ma miękki peron, to się w niej wysiada na zupełnie innych warunkach.

Nie mogę go odżałować. Ostatnio gdzieś w internecie mignęły mi zdjęcia i tak zobaczyłem, że nawet ślad po nim nie został. Są kostka betonowa, barierki, jakaś wiata. Bierzwnik, zachodniopomorskie, powiat choszczeński. Całą tę linię teraz remontują, z Poznania do Szczecina jeździ się objazdami. Ale te objazdy mniej mnie bolą niż to, co zrobili z tym peronem.

Pierwszy raz wysiadłem tam któregoś listopadowego dnia i coś mi chyba w niego od razu wrosło. Jakiś korzonek.

Jechałem wtedy na spotkanie autorskie w gminnej bibliotece. Pociąg zgrzytnął i się zatrzymał, wysiadało trochę ludzi i nikt z nich na ten peron oczywiście nie zwrócił najmniejszej uwagi. Pode mną natomiast ugięły się kolana. Bo takich miękkich, trawiastych peronów już wtedy było mało. Nawet w Janowicach Wielkich taki zabetonowali i nigdy im tego nie wybaczę. A ten w Bierzwniku trwał.

Uważam po prostu, że takie perony są bardziej uczciwe.

Wychodząc z pociągu, stawia się na takim stopę i od razu się wie, że dworzec, tory, cała miejscowość i wszystko, co ludzkie, dookoła (a nie ma tego w takich miejscach zwykle dużo), stanowią tylko nieśmiały dodatek do tego, co pierwotne. Taki peron mówi, żeby sobie zbyt wiele po stacji nie obiecywać. Jeśli miejscowość ma miękki peron, to się w niej wysiada na zupełnie innych warunkach. Rozmyślałem o tym wszystkim w zupełnie innym zakątku Polski i solidne cztery lata później. Siedziałem na dworcu w Głuszycy nieopodal Wałbrzycha i czekałem na ostatni pociąg w stronę Kłodzka. Trochę liczyłem, że spóźni się on, a spóźnienie to będzie wręcz haniebne. Gdyż pod moimi stopami był znów miękki peron. A od czasu Bierzwnika nauczyłem się, że takie chwile i miejsca trzeba celebrować. Przyszedłem tu z gór, z Sokołowska, do którego ciągle nie umiem się przekonać. Za każdym razem gdy tam jestem, coś każe mi stamtąd jak najprędzej uciekać. Pewnie chodzi o to, że łatwiej mi tam spotkać znajomych z Warszawy niż na Mokotowie. Ale może jeszcze nie do końca wiem, co o tym Sokołowsku myślę; może zresztą nic konkretnego o nim myśleć nie muszę. Tak czy inaczej, ruszyłem…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Planeta Śląsk