Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Dobry adres

„Nie mam talentów. Umiem stworzyć dom” – twierdziła Aniela Urbanowiczowa, w której warszawskim mieszkaniu powstał pomysł powołania do życia Klubów Inteligencji Katolickiej, i gdzie regularnie zatrzymywali się redaktorzy „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego".

W 1821 r. urodził się Henryk Reicher – żydowski przedsiębiorca, który budował Sosnowiec. Dwieście lat później, we wrześniu 2021 r., jego praprawnuczka Dorota Woyke-Polec, graficzka i ilustratorka książek, otworzyła w Sosnowieckim Centrum Sztuki – Zamek Sielecki wystawę o losach jego dziesięciorga dzieci i ich potomków. W gęsto rozgałęzionym drzewie rodziny założonej przez Henryka i jego żonę Eleonorę są m.in. Edward Reicher (syn), kolekcjoner polskiego malarstwa, i jego zięć Henryk Grossman, ekonomista, pomysłodawca idei Narodowego Spisu Powszechnego; Michał Reicher (wnuk), lekarz i naukowiec, a cenionego do dzisiaj podręcznika anatomii; Mieczysław Treter (mąż wnuczki) – historyk sztuki, kustosz galerii Lubomirskich w Ossolineum we Lwowie; Zofia Reicher- -Fitelberg (wnuczka) – wybitna okulistka, żona kompozytora Grzegorza Fitelberga; Ignacy Bendetson (zięć) – chemik, działacz Polskiej Macierzy Szkolnej i dziadek plutonowego Jana Bendetsona z powstańczego batalionu „Kiliński”…, itd.

Sosnowiec zawdzięcza Reicherom rozwój i uzyskanie praw miejskich. Polska nauka, kultura, gospodarka i historia – niezliczone zasługi, których opisanie czeka na swojego autora. Środowisko „Tygodnika Powszechnego” i Znaku ma do zawdzięczenia Reicherom Anielę Urbanowiczową – wnuczkę Henryka Reichera, współzałożycielkę warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, zaangażowaną w działania ekumeniczne i dialog polsko-niemiecki. We wspomnieniach redaktorek i redaktorów pozostało jeszcze „mieszkanie Urbanowiczowej przy Nowym Świecie” – adres pani Anieli, który był środowiskową „metą” w stolicy od 1956 r. przez kolejne cztery dekady.

Dom przy Kolejowej

Henryk Reicher, kiedy przyjechał do Sosnowca, miał 38 lat. Był 1859 r. – w linii Kolei Warszawsko- -Wiedeńskiej właśnie połączono miejscowość Ząbkowice (dziś dzielnica Dąbrowy Górniczej) z wsią Maczki (obecnie dzielnica Sosnowca), skąd z Imperium Rosyjskiego można było dojechać koleją do Katowic w Królestwie Prus. W tym samym roku przedsiębiorcy urodziło się czwarte dziecko, a drugi syn – Stanisław, późniejszy ojciec Anieli.

Licząca ponad 300 km linia kolejowa, najdłuższa z projektowanych wówczas w Europie, na tym odcinku przebiegała w bliskim sąsiedztwie Cesarstwa Austrii, którego terytorium rozpoczynało się po drugiej stronie granicznej Białej Przemszy. W ten sposób wieś Sosnowiec położona w szczerym polu, ale w bliskim sąsiedztwie trzech granic nabrała znaczenia strategicznego dla handlu i przemysłu. Henryk Reicher, którego w dokumencie ślubnym z 1851 r. określano zaledwie subiektem kupieckim, dzięki stworzonej przez siebie rodzinnej firmie spedycyjnej Reicher & Co zgromadził imponujący majątek. Stanisław Reicher w 1883 r. założył ze wspólnikami pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę parafiny i cerezyny „Radocha”, gdzie produkowano m.in. świece do oświetlania wagonów kolejowych. Posiadane udziały Towarzystwa Górniczo-Przemysłowego „Saturn” czyniły go współzałożycielem kopalń Saturn i Jowisz oraz cementowni.

Wspomnienie majątku Reicherów pojawiało się czasami na korytarzach warszawskiego KIK-u przy Kopernika w postaci z cicha pęk rzuconej uwagi pani Urbanowiczowej: „Mój ojciec miał połowę Sosnowca, a księgowość tego wszystkiego nie była tak skomplikowana…”.

Operacje finansowe spółki Libella, wydawcy miesięcznika „Więź”, dalekie były bowiem od zasad zarządzania przedsiębiorstwami opartymi o zysk. Podlegały przecież kontroli służb skarbowych kraju, który z trudem tolerował istnienie niepaństwowych podmiotów gospodarczych.

Pierwsze wspomnienie pani Anieli, urodzonej w 1899 r., najmłodszego z pięciorga dzieci wychowywanych przez Stanisława i Marię z domu Perlmutter, pochodzi z rewolucyjnego roku 1905: z okna jadalni domu przy ul. Kolejowej widzi Kozaków szarżujących na protestujących robotników. Jej brat Michał, później ceniony lekarz, zaangażowany w działalność tajnej organizacji uczniowskiej, redaguje z grupą młodocianych konspiratorów petycję, żądając m.in. prowadzenia nauki w języku polskim. Rodzice, znani z wypisywania hojnych czeków na szpital żydowski czy fundusz otwarcia szkoły Talmud Tory w Sosnowcu, nie odwodzą syna od ryzykownych zaangażowań. I płacą za nie, gdy Michał za udział w powstaniu petycji zostaje usunięty ze szkoły z „wilczym biletem”.

Dom przy Klonowej

W 1914 r. na krakowskich Błoniach przy ul. Oleandry Aniela Reicherówna pomagała przy ekwipowaniu strzelców I Kompanii Kadrowej, którzy 6 sierpnia wyruszyli ku granicy Imperium Rosyjskiego. Rodzina podchodziła sceptycznie do jej opowieści o Piłsudskim i jego wojsku, ale ona pozostała wierna ówczesnej fascynacji na wiele lat. Po wojnie, już jako studentka przyrody na Uniwersytecie Warszawskim, zwróciła uwagę na zdolnego prawnika na wysokim stanowisku w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, poznanego na lekcjach tańca, dopiero wówczas, gdy powiedział: „Poznałem teraz nadzwyczajnych ludzi – piłsudczyków”. Starszy od Anieli o osiem lat Stefan Urbanowicz pracował nad nowym podziałem administracyjnym kraju, scalając terytoria znajdujące się przez ponad wiek w trzech odmiennych systemach państwowych.

Od października 1931 r. do stycznia 1932 r. Urbanowicz – już jako prawnik pracujący poza aparatem urzędniczym – będzie bronił przed tym samym Piłsudskim i obozem jego zwolenników przywódców opozycji politycznej: Władysława Kiernika i Wincentego Witosa, działaczy PSL „Piast”, oskarżonych z innymi politykami Centrolewu w tzw. procesie brzeskim. O więzieniu dla opozycjonistów w Brześciu Aniela próbowała rozmawiać na jednym z wykwintnych przyjęć ze znajomymi na długo przed procesem. Zakrzyczeli ją, że takie praktyki wobec opozycji politycznej są w Polsce po prostu niemożliwe…

Aniela – od kwietnia 1921 r. żona Urbanowicza – w czasie procesu brzeskiego była już matką dwóch córek: Haliny urodzonej w 1922 r. i cztery lata młodszej Ewy (studia przerwała, bo nie wyobrażała sobie, że „mogłaby nie być z rodziną podczas obiadu”). Prowadziła długie rozmowy z Bohdanem Pniewskim – utalentowanym i modnym architektem polskiego modernizmu, autorem m.in. projektu kolonii urzędniczej na Żoliborzu czy budynku sądów na Lesznie – na temat kształtu i wyposażenia wnętrza willi, którą ten miał zaprojektować dla Urbanowiczów przy Klonowej. Za sprawą talentów towarzyskich Anieli dom, do którego rodzina wprowadziła się w grudniu 1934 r., stał się jednym z najlepszych adresów stolicy. Pozbawione trosk życie pani domu nie zaspokajało jednak jej ambicji, bo Urbanowiczowa zaangażowała się w działalność Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Organizowała kwesty na utrzymanie „Ogniska” – wiciowej bursy, ale też przyjmowała na obiadach przy rodzinnym stole biedniejszych uczniów i studentów.

Latem 1939 r. w domu Urbanowiczów w Juracie pojawili się ich najlepsi przyjaciele, m.in. Maria i Jerzy Kuncewiczowie, Zofia Szymanowska (później Chądzyńska, tłumaczka literatury iberoamerykańskiej), Władysław Raczkiewicz (w październiku zostanie pierwszym prezydentem RP na uchodźstwie), Bolesława i Maciej Ratajowie (marszałek Sejmu w latach 1922–1928, zostanie rozstrzelany w Palmirach w czerwcu 1940 r.), Bohdan Tomaszewski (tenisista, po wojnie komentator sportowy), Stefania i Julian Tuwimowie, gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (za kilka tygodni stworzy w Warszawie Związek Walki Zbrojnej, poprzedniczkę AK), Kazimierz Wierzyński, Aleksander Zelwerowicz.

Większość z nich po wybuchu wojny znalazła się na emigracji. Urbanowiczowie nie wyjechali tylko dlatego, że choć opuścili stolicę, nie potrafili się zdecydować na przekroczenie granicy… Za wahania i powrót do domu w listopadzie 1939 r. zapłacili wysoką cenę. Stefan, aresztowany w ramach walki z polską inteligencją, został zesłany do obozu w Oranienburgu-Sachsenhausen. Zmarł w lipcu 1940 r. Dwa lata później gestapo zatrzyma młodszą córkę Urbanowiczów – 16-letnią Ewę, uczestniczkę Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”, by po torturach wysłać ją do Auschwitz. Dziewczyna umarła tam na tyfus w lutym 1944 r. Jej starsza siostra Halina, zaangażowana w konspirację od początku wojny, w 1943 r. została kierowniczką poczty przy Kwaterze Głównej Szarych Szeregów. Ciężko ranną w pierwszych dniach powstania warszawskiego uratuje Aniela, przenosząc na własnych rękach do kolejnych szpitali.

Do willi przy Klonowej, tak ważnej dla niej przed wojną, wprowadziło się Geheime Feldpolizei – żandarmeria Wehrmachtu – i zajmowało ją do maja 1940 r. Zanim ok. 1943 r. Aniela musiała zmienić papiery na aryjskie i wyprowadzić się z Klonowej pod inny adres, żyła z wynajmowania w niej pokoi. Już tam nie wróciła. Po wojnie, na mocy dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy, willę przejął Skarb Państwa. W domu Urbanowiczów zamieszkał Jakub Berman – szara eminencja pierwszych lat Polski Ludowej.

Dom w Słupsku

Za zrujnowany dom w Juracie pani Urbanowiczowa zamówiła dla siebie i córki po dwie pary pantofli u Kielmana, cenionego w Warszawie szewca. W tych butach weszła w nowe życie.

„Nie miałam ochoty wracać do poprzedniego – powie w połowie lat 80. – Chciałam coś robić”.

Na wyborze powojennej drogi na pewno zaważyło spotkanie podczas okupacji kilku ludzi – m.in. ks. Jana Ziei, kapelana Szarych Szeregów, w których służyły jej córki, i kaznodziei u szarych urszulanek przy Gęstej na Powiślu, gdzie chodziła na msze – oraz lektura pewnej 200-stronicowej broszury. Niecały rok po Wrześniu, gdy jej świat, choć wydawał się przygotowaną na wszelkie burze ostoją, posypał się jak domek z kart, pani Aniela przeczytała Manifeste au service du personnalisme – artykuł Emmanuela Mouniera, głównego myśliciela personalizmu społecznego, opublikowany w numerze „Esprit” z października 1936 r.

Książka, która do dzisiaj nie doczekała się polskiego wydania, na Urbanowiczowej robi wielkie wrażenie. Czyta o  autonomicznej wartości osoby ludzkiej, której nie może przekreślić żadna ideologia ani ustrój, i o wartości wspólnoty, w której najważniejsze są wolność i równość, a jednostka nie jest pozostawiona sama sobie.

Wspólnoty wynikającej z chrześcijaństwa, gdzie wolność jest ściśle powiązana z odpowiedzialnością, a więc nie tylko z prawami, także z obowiązkami. Mounier krytykuje taki rodzaj demokracji, który co prawda gwarantuje każdemu prawa, ale nie zajmuje się tym, na ile sytuacja ekonomiczna…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Z czego się śmiejemy