Nie ma jednego dobrego przepisu na coming out, choć istnieje jeden najlepszy przepis na przyjęcie tej wiadomości ze strony bliskich – akceptacja. Rodzice, których dzieci dokonały przed nimi coming outu, najczęściej przechodzą długą drogę w kierunku wsparcia, zrozumienia i akceptacji odmienności swoich pociech. Stale towarzyszy im jednak strach. Dziś podsycany przez język nienawiści, pogardę płynącą ze strony niektórych hierarchów kościelnych i polityków oraz rosnące nastroje homofobiczne w społeczeństwie.
L
Radosław, Szczecin, 61 lat
– Nasza córka wyoutowała się przede mną i żoną dwa lata temu, miała wtedy 24 lata. To najmłodsze z trójki naszych dzieci. Dziś wiem, że przez jakiś czas testowała nasze postawy homofobiczne, prowokowała rozmowy, po których mogliśmy się domyślić, że jest jakiś problem. Teraz oczywiście nie użylibyśmy takiego słowa, w tamtym czasie jednak tak to postrzegaliśmy. W bliższym otoczeniu nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, że dziecko nie spełnia heteronormy. Później okazało się, że tych dzieci jest więcej, że homofobia powoduje, iż wszyscy się w jakimś sensie ukrywają.
Córka miała problemy z wchodzeniem w kontakty romantyczne z chłopakami. Próbowała, ale zawsze to było nieudane, ona była niezadowolona. Mnie i żonę niepokoiły jej stany depresyjne. Widać było, że jest z jakiegoś powodu nieszczęśliwa, że coś ją dręczy, nie pozwala żyć radosnym życiem nastolatki. Dwukrotnie wcześniej przeszliśmy przez okres dojrzewania naszych dzieci. Próbowaliśmy na różne sposoby podchodzić ją w rozmowach, wymyślać scenariusze, jak ją ożywić, społecznie rozruszać, by miała więcej znajomych, by „lepiej” funkcjonowała.
Córka zaczęła napomykać, że może ona jest biseksualna, że nie czuje pociągu do chłopaków, że ją denerwują. To były pierwsze sygnały, poza tym wykazywała także duże zainteresowanie tematami feministycznymi, związanymi z osobami z różnych mniejszości, dużą wrażliwość na wszelkie objawy niesprawiedliwości społecznej, wykluczania, poniżania. W tyle głowy pojawiała się myśl o homoseksualności, ale ona nigdy nie była na głos wypowiedziana, nawet nie próbowaliśmy jej podejmować. Kiedy zaczęła podnosić temat biseksualności, więcej z żoną na ten temat rozmawialiśmy, a po jakimś czasie córka powiedziała, że jest homoseksualna.
Z naszej strony reakcja była typowa dla rodziców w takim momencie, czyli wyparcie. Że dziecko nie wie, o czym mówi, ona jeszcze nie rozumie siebie, że to jej przejdzie, minie.
Córka studiowała w Warszawie, nasze kontakty były rzadsze, nie mieliśmy też głębszego wglądu w jej życie studenckie. Uczyła się dobrze, studia szły zgodnie z planem, otaczała się głównie koleżankami. Na ostatnim roku studiów dostała się na wymianę studencką, wyjechała na semestr za ocean i przy którejś z rozmów na Skypie powiedziała z przekonaniem, że jest lesbijką. Okazuje się, że to typowy model zachowania. Kiedy dziecko się usamodzielni, jest daleko od rodziców, wówczas nabiera odwagi, by im o tym powiedzieć. Odległość sprawia, że może się wyłączyć, kiedy już to powie.
Po coming oucie córki znaleźliśmy się z żoną w trudnym momencie. Ona zrzuciła z siebie jakiś kamień, ale teraz my musieliśmy sobie z nim poradzić.
Kiedy córka miała stany depresji, smutku, ciągłej niewiary w siebie, próbowaliśmy szukać pomocy, chodziła na psychoterapię, ale gdy dowiedzieliśmy, co jest tego przyczyną, to już wiedzieliśmy, o czym rozmawiać. Nasza córka była przygotowana, miała większą wiedzę. Zaproponowała nam udział w Akademii Zaangażowanego Rodzica organizowanej przez Kampanię Przeciw Homofobii. Zgodziliśmy się na to, to był dla nas najważniejszy moment, który pozwolił się nam wszystkim z tym uporać. Spotykaliśmy się w weekendy w grupach zapłakanych i przeżywających ten temat rodziców. Prowadząca zajęcia Katarzyna Remin usiłowała nad nami zapanować i wytłumaczyć, co się dzieje w naszej rodzinie. W czasie tych zjazdów, prócz otwarcia się, poznania innych ludzi, będących w podobnej sytuacji, znaleźliśmy się w grupie, której nie musieliśmy się bać, nie było stresu mniejszościowego. Akademia Zaangażowanego Rodzica dała nam ogromne wsparcie, dużą porcję rzetelnej wiedzy medycznej, społecznej, statystycznej.
Każdy z nas ma wdrukowaną homofobię, społecznie, kulturowo. Nagle stajemy się członkami mniejszości. Dziecko wychodzi z szafy, a my do niej wchodzimy. Przez jakiś czas córka walczyła z tym samotnie, nikt nie udziela takiemu dziecku pomocy czy wsparcia, a my, jako rodzice, byliśmy do tego kompletnie nieprzygotowani. Kiedy próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć, to byliśmy zalewani takimi informacjami, że od samego ich tonu można popełnić samobójstwo. Wiele prac naukowych jest nieaktualnych. My wpadliśmy w depresję i smutek, dociekaliśmy dlaczego, dlaczego my, skąd to się wzięło, jaki popełniliśmy błąd. Na początku myślisz, że jesteś z tym sam.
Po jakimś czasie zaczęliśmy otwierać się na bliższych znajomych, których oceniliśmy, że nie są homofobami. Robiliśmy coming outy jeden po drugim, żeby oszczędzić tego córce. Jej rodzeństwo zaakceptowało ją modelowo. Czuła się niepewnie, chcąc dokonać coming outu przed dziadkami (moimi rodzicami). Towarzyszył nam duży lęk, jak oni zareagują. I tu zdumienie było największe, bo okazało się, że jest tak samo jak z rodzeństwem. Moi rodzice, z którymi nigdy nie rozmawialiśmy na tego typu tematy, mają je głęboko przemyślane i przerobione. Ich znajomi mieli nieheteronormatywne dzieci. Dla nich ten temat był oczywisty. Oni mają między 80 a 90 lat. Okazało się, że dla mojej mamy czymś naturalnym są małżeństwa jednopłciowe oraz to, że dwie kobiety adoptują dziecko. Miała trudność z dopuszczeniem takiej myśli o dwójce mężczyzn, a wtedy mój ojciec bronił prawa gejów do adopcji dzieci. Jeśli chodzi o matkę mojej żony, to nawet nie podejmowaliśmy próby, ponieważ w ostatnim okresie swojego życia znalazła się pod silnym ideologicznym wpływem o. Rydzyka. Nie dawało się z nią w ogóle na ten temat rozmawiać, jak też na wiele innych.
Wychowywaliśmy dzieci, nie przykładając wagi do religii, ale nie eliminując jej. Nasze drugie dziecko – syn – jest wierzące, związało się ze środowiskiem dominikanów. O ile on i jego żona są wspierający, o tyle jej rodzice mają z tym duży problem. Dla nich jest to temat nie do przejścia, choć kiedy spotykamy się rodzinnie, ich zachowanie jest poprawne i nie sprawiają córce przykrości. Ale ich zdanie na temat homoseksualności jest dalekie od tego, co prezentuje np. katolicki „Magazyn Kontakt”.
W podłej i cynicznej nagonce, której doświadczamy ostatnio, zdarzyło się też, paradoksalnie, bardzo dużo dobrego. Sporo się o tym mówi, pisze. Wiele osób zrobiło coming outy. Z jednej strony nagonka rośnie, polaryzacja przybiera na sile, z drugiej – akceptacja jest coraz większa, więcej osób wie, o co chodzi, na czym to polega. Widać, że Marsze Równości są coraz większe, pojawiają się także w mniejszych miastach. Demonizacja i nagonka powodują, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie, i to nas najbardziej niepokoi. Uśpienie demonów, które zostały wypuszczone, zajmie pewnie kolejnych
25 lat, czyli całe pokolenie będzie musiało nad tym pracować.
– Moich rodziców zabrała homofobia – napisał jeden z użytkowników na Facebooku pod moją prośbą w dotarciu do rodziców osób LGBT+. Po przeczytaniu tych niezwykle bolesnych słów zdałam sobie sprawę, że nigdy nie uzyskam dostępu do opowieści osób, które nie zaakceptowały swoich dzieci ze względu na tożsamość płciową czy orientację seksualną, że o braku wsparcia ze strony rodziny czy przyjaciół mogą opowiedzieć jedynie ci, którzy coming outu dokonali.
Skutki braku akceptacji są dotkliwe, często bardzo bolesne, niekiedy kończą się tragicznie – depresją, próbami samobójczym – dla osoby, która doświadcza odrzucenia, choćby krótkotrwałego. Brak wsparcia odbija się także na relacjach, które chcą budować osoby LGBT+. Często słyszy się, że geje czy lesbijki nie potrafią stworzyć trwałych związków. Jak słusznie zauważyli Jędrzej i Marek Idziak-Sępkowscy, architekci mieszkający w Krakowie, którzy od 5 lat są po ślubie humanistycznym (parą są od lat 12): – Każdy związek domaga się afirmacji. Jak można budować trwałe relacje, kiedy nie jesteś akceptowany czy akceptowana nawet wśród najbliższych?
Przyczyn braku akceptacji, odrzucenia ze strony rodziny czy przyjaciół jest całe mnóstwo: począwszy od wstydu, przez pytania o to, co ludzie powiedzą (zwłaszcza w małych miejscowościach), po niezgodność z nauką Kościoła. Moja kolejna bohaterka, 34-letnia Magda, pochodzi ze wsi niedaleko Krynicy-Zdroju, obecnie mieszka w Krakowie. Coming outu dokonała 12 lat temu. Utrzymuje kontakty z rodziną, sama mówi, że jest przez mamę i tatę tolerowana, ale temat jej orientacji seksualnej stanowi tabu, powód kłótni i poróżnienia.
Magda, 34 lata, Kraków
– W gruncie rzeczy uważam się za osobę dość konserwatywną. Rodzina jest dla mnie bardzo ważna, dbam o więzi, celebruję wszystkie wydarzenia, rocznice, które wiążą się z życiem rodzinnym. Żyję wartościami, które wyniosłam z domu, które wpoili mi rodzice. Jednak oni mnie nie akceptują. Sami zaprzeczają temu, czego mnie nauczyli: mianowicie że najbliżsi są najważniejsi.
Myślę, że mam kochającą rodzinę, natomiast fakt, że jestem lesbijką, to jedyny temat tabu. Coming out nie sprawił, że rodzice mnie zaakceptowali. Moja mama na początku przekonywała mnie, że może zmienię zdanie, że mi się „odwidzi”. Tato do tej pory myśli, że się „przestawię”. Nie przyjmuje do wiadomości, że to moja natura.
Moi rodzice to prości, dobrzy ludzie, którzy całe życie ciężko pracowali, chcieli dla mnie i mojego rodzeństwa zawsze jak najlepiej. Są katolikami. Bardzo ufają temu, co mówi ksiądz z ambony. Słuchają go, ma na nich wpływ, Kościół kształtuje ich mentalność i to właśnie on bierze odpowiedzialność za to, jacy są. Nigdy nie pomógł im mnie zaakceptować. Kiedy zdałam sobie sprawę, że w jakimś sensie Kościół odebrał mi rodziców, odeszłam od tej instytucji, w przyszłości chciałabym dokonać apostazji, choć wiara długo była dla mnie bardzo ważna.
###banner###
Szanuję katolików, którzy są autentyczni i kochają ludzi wokół siebie. Jest to zgodne z religią. Ale nie zgadzam się z instytucją Kościoła katolickiego w Polsce. Ten Kościół nie przygotował moich rodziców na to, że mogą mieć takie, a nie inne dziecko, że jestem taką samą osobą jak moje rodzeństwo, że mam takie samo prawo kochać. Zdarzały się rozmowy z moją mamą, podczas których próbowałam wyjaśnić, że kocham tak samo, jak ona kocha ojca. Moi rodzice mnie tolerują, ale nie akceptują. Bardzo mnie kochają, ale nie potrafią sobie poradzić z moją odmiennością. Źródła braku akceptacji upatruję w Kościele. To Kościół moje relacje sprowadził do seksu, ostatnio do pedofilii. Moje rodzeństwo ma małe dzieci. Czasem myślę sobie, że ojciec, sięgając po „Gościa Niedzielnego”, wyczyta, że jestem pedofilką i zacznę zagrażać bratankom i siostrzeńcom. To dla mnie najstraszniejsze, przerażające. Moi rodzice mają dostęp do Radia Maryja, „Gościa Niedzielnego” oraz wypowiedzi proboszcza z naszej wsi. Z tych łam i ust nigdy na mój temat i mojej społeczności nie padło żadne pozytywne słowo. A to ten Kościół ich kształtuje, nie „Tygodnik Powszechny” czy łagodny ton papieża Franciszka, do którego nie mają, z wiadomych względów, łatwego dostępu.
Mama i tato bardzo się boją opinii z zewnątrz, opinii wsi. To ich paraliżuje. Kiedy chciałam z moją partnerką przyjechać na imieniny czy inne uroczystości rodzinne, był jeden wielki dramat. Jeśli w jakikolwiek sposób ja zostałabym ujawniona, oni razem ze mną. To jest też demonizowanie. Wiele osób się na pewno domyśla. Najgorsze było traktowanie mojej partnerki jak powietrza, jakby jej nie było. Mówienie, że ja jestem częścią rodziny i nikt inny się nie liczy. To dla mnie trudne, kłóciliśmy się, zdarzało się, że nie utrzymywaliśmy kontaktu przez wiele miesięcy. Negatywna energia i emocje chodzą w parze, rodzą konkretne skutki. To wpływa na związek. Dwa razy w życiu miałam depresję, właśnie przez to, że nie czuję pełni akceptacji. Nie do końca umiem sobie z tym poradzić sama. Bardzo trudno jest się uwolnić od pewnych schematów, kiedy masz oczekiwania względem rodziny.
Długo byłam zagubiona. Żyłam w hermetycznym środowisku i kiedy zaczęłam odkrywać siebie, to był szok, nie umiałam sobie z tym poradzić. Liczyłam, że rodzice staną na wysokości zadania. Kiedyś pisałam listy do mojej mamy, ale ona nigdy nie zareagowała na nie tak, jak ja bym tego chciała. Proponowałam mojej mamie terapię. Chciałam, żeby porozmawiała z sensownym księdzem. W ubiegłym roku wykupiłam rodzicom prenumeratę „Tygodnika Powszechnego”. Mimo wszystko chciałabym znaleźć przestrzeń, by namówić moją mamę, żeby przyjechała na spotkanie grupy My, Rodzice albo skontaktowała się z konkretną mamą osoby homoseksualnej, która mogłaby z nią mądrze porozmawiać.
W związku z tym, że jestem bardzo rodzinna, chciałabym równego traktowania nas wszystkich. Tak jak moje rodzeństwo tworzy rodziny z wybranymi przez siebie osobami, tak samo ja mogę tworzyć rodzinę. Chcę, żeby osoba, z którą będę, była przez najbliższych ciepło, dobrze, przyjaźnie przyjmowana.
G
Agnieszka, 42 lata, Kraków
– Nie boję się, że mój syn jest gejem. Boję się, że mój syn jest gejem w Polsce.
To dla mnie trudne. Zwłaszcza dlatego że Marek nie czuje zagrożenia. Wychował się w domu, w którym każdy może być sobą, nawet jeśli jest totalnie odmienny. Czasami się boję, że on jest otwarty, bez większych zahamowań mówi i pokazuje, kim jest. Marek studiuje wymagający kierunek, boję się, że np. trafi na wykładowcę, który jest homofobem. Są tacy. Trudna dla rodzica jest świadomość, że za bycie gejem można zostać pobitym, zwyzywanym, oplutym. Coming out mojego syna miał miejsce po liceum. W zasadzie ogłosił, że jest gejem, i stwierdził, że jest tego pewny. Nie miał, nie ma wątpliwości, kim jest, co czuje. Powiedziałam tylko OK i zapytałam, jak długo o tym wie. Odpowiedział, że od szkoły podstawowej, że już wtedy miał takie przeczucie. Przyjęłam informację, że, tak jest i tyle. Nie mam powodów do zastanawiania się dlaczego. Podejrzewam, że dla niego coming out mógł być trudnym momentem, na pewno słyszał o różnych reakcjach rodziców, choć wydaje mi się, że wiedział, iż nie będę mieć z jego homoseksualnością problemu. Mam wielu znajomych ze społeczności LGBT+. Dla mnie jako rodzica było to emocjonujące i poczułam się po prostu dobrze, że on nie robi uników, że chce mi powiedzieć. Chodziłam na spotkania dla rodziców w Polisferze, jednak zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję wsparcia, że to spotkania dla rodziców, którzy przechodzą wewnętrzne przemiany, nie rozumieją, uczą się akceptować. Nie miałam takiego problemu – przyjęłam to od razu. Wyobrażam sobie, że homoseksualność dziecka może być ogromnym problemem, jeśli dla kogoś np. drogowskazem jest Kościół katolicki. Słyszałam opowieści o tym, że księża namawiają do wyrzucania z domu homoseksualnych dzieci. Jesteśmy protestantami. Nie rozumiem polskiego katolicyzmu ani znajomych, którzy chodzą na marsze, aktywnie uczestniczą w manifestacjach i jednocześnie chodzą do Kościoła, który zwalcza wyznawane przez nich wartości. Wiara jest jednak osobista, trudno z nią dyskutować. Bycie w mniejszości ustawia na całe życie. Musiałam tłumaczyć w szkole, dlaczego nie byłam u komunii. To jest moment, w którym uczysz się powiedzieć, że jesteś inna, ale nie musisz za to przepraszać. Inny nie znaczy gorszy. Dotyczy to mniejszości seksualnej, religijnej… Jestem też samotną matką od bardzo dawna i o ile w Krakowie nie ma w tym nic nadzwyczajnego, o tyle kiedy pojadę do mojej rodziny na Śląsk Cieszyński, to już jestem jedyna. Tam wszyscy są rodzicami, parami, mężem, żoną. Duże miasto zapewnia anonimowość. Kraków ma społeczność otwartą, choć są miejsca, gdzie osoby LGBT+ nie są mile widziane, ale umówmy się, że można żyć w środowisku, które nie ma z tym problemu. Relacja z moim synem jest dla mnie najważniejsza. Dużo rozmawiamy i wiem, że mój syn nie miał obaw przy coming oucie, iż go nie zaakceptuję. Marek lękał się, że będę się o niego bać. Mówi o tym wyraźnie i otwarcie. Staram się wciąż uczulać go na to, że ktoś może zareagować negatywnie. Oboje jednak nie rozumiemy,…